czwartek, 22 marca 2018

Drugi Popielec


W piątek uczestniczyłem z synem w Ekstremalnej Drodze Krzyżowej, trasa z Wrocławia na Ślężę. Około 50 kilometrów przebytych śnieżną nocą, w milczeniu. Miało boleć i bolało. A mimo tego, to dla mnie piękny czas przeżyty na serio, sam na sam ze swoimi myślami i z Nim. Ktoś z rodziny powiedział: jesteście wielcy, hardcor. Cóż, trochę nie na temat, bo przecież nie chodziło o wyczyn.

W sobotę umarł Zdzichu Deutschmann.  Znałem go długo, choć niezbyt dobrze. Widziałem w nim znakomitego inżyniera i wyjątkowo skromnego człowieka. Dopiero pracując nad tekstem do niedawno wydanego albumu „Na ratunek katedrze” w pełni uzmysłowiłem sobie, że pracę dla niej traktował jak misję. Znajomy powiedział: dobrze, że jeszcze zdążyłeś to opisać. Pewnie racja, ale jakże nieadekwatna dla podsumowania dzieła jego życia. 

W poniedziałek zgasło życie, które od kilku dni ledwie się tliło w profesorze Leszku Stefańskim, moim wychowawcy z liceum. Niewiele osób darzyłem równie wielkim szacunkiem. Zresztą, nie tylko ja. Gdy otrzymałem sms-a o jego śmierci, odpisałem, że dzień wcześniej byłem z żoną u niego w szpitalu. Odpowiedź brzmiała: to przykre. Przykre? Co to znaczy?

W krótkim czasie kumulacja trzech bardzo poruszających mnie wydarzeń i trzy wypowiadane w dobrej wierze komentarze, nie oddające istoty sprawy. Wiadomo, że w naszej naturze jest próba nazywania doświadczenia, z którym się zderzamy. Męczyłem się więc,  szukając w myślach jakiegoś bardziej odpowiedniego określenia, adekwatnego do opisanych sytuacji. Nie znalazłem żadnego, w pełni zadowalającego. Najbliższe sedna wydało mi się słowo Popielec.

Dlaczego Popielec? Bo szczególnie wtedy, zdając sobie sprawę z kruchości ziemskiej egzystencji , jednocześnie dostrzegam jej wartość. Po prostu, uświadamiam sobie istnienie sacrum, nadającego sens mojemu trwaniu i podejmowanym wysiłkom. To nic, że podlegam przemijaniu. Nie szkodzi też, że cenię sobie swą niezależność, staram się całe życie być wyprostowanym i wysoko nosić głowę, a choroba lub cierpienie mogą mnie „zmielić”, uczynić całkowicie bezradnym, bezwolnym, odpychającym. Nie muszę rozpaczać, gdy tak się stanie ze mną lub tymi, których kocham. W Popielec mam szansę wzruszyć i przejąć się tym, że jest On, który każdą ludzką biedę ogarnia, zabierając ze sobą na krzyż. Dlatego stale mogę trwać w nadziei, że nie przerazi mnie żadna droga.  

Cudownie, że można w życiu spotkać niezwykłych architektów, fantastycznych nauczycieli i próbować ich naśladować, nawet jeśli nie ma się ich talentu, charakteru, dobroci. Dobrze, że można im towarzyszyć, gdy odchodzą, wyrazić swą przyjaźń i wdzięczność.  I nie być smutnym, lecz cieszyć się, że byli z nami podczas naszej wędrówki, ważniejszej i dłuższej niż jakakolwiek Ekstremalna Droga Krzyżowa. 

Popielec rozpoczynał Wielki Post. Wydarzenia ostatnich dni spowodowały, że niejako doświadczyłem go powtórnie. Po tym nie czuję się ani jak zdobywca, ani jak pocieszyciel, ani jak cierpiętnik. Popielec – to wtedy, gdy nabierasz odwagi do życia, mimo że jesteś prochem.
W rozważaniach przygotowanych na drugą stację EDK znalazło się wezwanie, aby nie marnować życia, jedynie je udając i pielęgnując własne lenistwo. A skoro tak, to zebrałem się w sobie i napisałem ten tekst.