niedziela, 2 kwietnia 2017

Wielki szacunek.



Podobno nie ma ludzi niezastąpionych w pracy. A ja sądzę, że są. Jedna z niewielu osób, które tak oceniam, właśnie przeszła na emeryturę. Swoje zdanie o niej opieram, w jakiejś mierze, także na opiniach innych ludzi. Jednak w największym stopniu wynika ono z osobistych doświadczeń. W czasie 12 lat wiceprezydentury, osoba ta była moim najważniejszym współpracownikiem. Myślę o pani Marii Kasprowicz Gładysz, którą podczas wczorajszej sesji Rady Miejskiej żegnano po kilkudziesięciu latach pracy w Urzędzie Miejskim. Ceniłem ją za wiele rzeczy. Wymienię tylko niektóre.  
  
Jeśli ktoś uważa się za „młodego wilka” lub fightera, który kasuje wszystkich swą kreatywnością, powiem mu jedno – nie pusz się, bo nie znałeś pani Marii. Przeogromna była ilość sytuacji, w których do głosu dochodziła jej pomysłowość i umiejętność znalezienia właściwego rozwiązania.  A zdolności te nieustannie poddawane były próbie, gdyż wraz z prezydentem Murdzkiem i wiceprezydentem Wawryniewiczem, a potem Skórskim mieliśmy ogromną ilość  nieszablonowych pomysłów. Jak wiadomo, czym innym jest generowanie idei, a czym innym weryfikacja ich realności oraz praktyczne wdrożenie. W każdym z wymienionych aspektów pani Maria odgrywała ogromną rolę. Dlatego uważam, że ma bardzo znaczący wkład w wywindowanie Świdnicy z pozycji jednego z wielu polskich prowincjonalnych ośrodków do poziomu krajowej ekstraklasy miast powiatowych. 

Daleki jestem od umniejszania roli wielu innych urzędników miejskich, z którymi współpracowałem. Każdy z nich przyzna jednak, że pani Maria imponowała swym oddaniem pracy, jej jakością, w tym dbałością o detale oraz ilością czasu, jaki jej poświęcała. Z tego powodu niektórzy określali ją nieco ironicznie, jako „mrówkę”. Jak sądzę był to wyraz uznania, ale także nutka pewnej zazdrości, że stać ją na tak wielkie zaangażowanie. I co najważniejsze, zaangażowanie to przynosiło spektakularne efekty. Jednym kłopotem związanym z jej „ciągiem do pracy” była trudność „wygonienia” jej na należny urlop lub wytłumaczenia, że właściwym miejscem jego spędzania nie jest II piętro w urzędzie. 

Wkrótce po objęciu władzy zmieniliśmy zastaną strukturę organizacyjną urzędu miejskiego. Pani Maria objęła funkcję dyrektora kluczowego departamentu. Jednak jej rola nie ograniczała się do wypełniania zakresu przypisanych obowiązków. Dla bardzo wielu urzędników bezpośrednio jej podległych lub z innych komórek organizacyjnych była „ostatnią deską ratunku”, gdy nie potrafili poradzić sobie z jakimś problemem. Jeśli czasem miewałem o coś do niej pretensje, to właśnie o to, że nie jest wystarczająco asertywna i bierze na siebie zbyt wiele. Przyznawała mi rację, ale niczego to nie zmieniało, bo nie potrafiła odmawiać pomocy osobom o nią proszącym.  Na tym polegał pewien paradoks. Pani Maria ze względu na rozległość kompetencji, wagę i złożoność powierzanych zadań oraz  stopień zaufania, jakim ją obdarzaliśmy, miała prawo czuć się i postępować, jak najważniejszy dyrektor. W rzeczywistości prezentowała wobec innych najmniej „dyrektorski” styl bycia i pracy. Pewnie z tego właśnie powodu, a nie tylko szacunku jakim ją darzyli pracownicy urzędu, dla wielu z nich była powiernikiem i pośrednikiem, gdy widzieli konieczność zwrócenia uwagi na błędy lub niesprawiedliwość decyzji podejmowanych przez prezydentów.  Dla mnie było jasne, że jeśli o czymś takim słyszę z jej ust, sprawa jest ważna.  

Pani Maria odznaczała się także wyjątkowym stopniem lojalności. Była to jednak lojalność nie tyle wobec kolejnych szefów („przeżyła” kilku prezydentów i wiceprezydentów), co wobec Świdnicy. Zawsze jej dobro było kryterium jakiejkolwiek oceny zastanego przez nas w 2002 stanu miasta, który w oczywisty sposób wpływał na decyzje i działania naszej ekipy. Pani Maria zawsze bardziej wolała mówić o tym, co sensownego udało się zrobić naszym poprzednikom, niż wdawać się w krytykę ich dokonań (nie była to powszechna cecha wśród  urzędników).  Identycznie motywowane były jej odniesienia do radnych miejskich. Pani Maria zdecydowanie dystansowała się od „polityki”, mogąc służyć za „wzorzec z Sevres” dla wszystkich pracowników urzędu, którzy swą rolę widzieli wyłącznie, jako część „korpusu cywilnego” służącego miastu. Jestem przekonany, że wszystkie wymienione zalety pani Maria wykazywała także w ostatnich dwóch latach, gdy w Świdnicy zmieniła się władza. 

Nie chcę, żeby nuta pesymizmu, oczywista gdy ktoś ceniony odchodzi, zdominowała pointy, sparafrazuję znane powiedzenie. Nie martwmy się, że pani Maria przestaje być pracownikiem w UM. Cieszmy się raczej, że jako jeden z filarów urzędu, zrobiła dla miasta tak dużo dobrych rzeczy. Wielki szacunek!