poniedziałek, 12 czerwca 2017

Powrót D'Artagnana.



Długa jest lista sportowców,  rockmanów i różnych celebrytów, którzy po odejściu „ na emeryturę”, podejmują próbę reaktywowania swej kariery.  Rzadko kiedy są to udane powroty. Częściej budzą one niesmak i  poczucie, że dawni idole rozmieniają na drobne  zdobytą kiedyś chwałę. Niestety, złudne okazuje się przekonanie, że świat czeka na ich z utęsknieniem. Otóż zwykle nie czeka! A ponadto, rozbudowane ego lub wyrachowanie skutecznie tłumią instynkt ostrzegający przed samozaoraniem. 

Opisany wyżej syndrom „starzejącego się  D’Artagnana” dotyczy także polityków. Ostatnio przypadłość ta dosięgnęła Władysława Frasyniuka. Spektakularne porażki wyborcze formacji politycznych, których był twarzą, spowodowały, że na długi czas zniknął ze sceny politycznej. Cóż, tak się zdarza, że czasem wybory są zwycięskie, a kiedy indziej kończą się klęską. O ile jednak, kiedyś Władek miał wystarczającą klasę, bo odejść w dobrym stylu, teraz próbuje przypomnieć o swoim istnieniu w żenujący sposób.

Pomysł na polityczny come back polega, w uproszczeniu, na wywołaniu wrażenia, że pan Frasyniuk represjonowany w latach 80-tych, ponownie jest ofiarą niedemokratycznego, policyjnego państwa. To ma być dowodem słuszności opinii, że w dzisiejszej Polsce, Władek czuje się, jak w stanie wojennym. A skoro tak, to można postawić znak równości pomiędzy rządem PiS  i zamordyzmem komuny. Nawet, jeśli oczywiste jest, że to ewidentna nieprawda.

Gdyby faktycznie, obecna władza postępowała, jak junta Jaruzelskiego i Kiszczaka (nie od rzeczy przypomnieć, że przyjaciele polityczni Władka określali ich mianem „ludzi honoru”) inaczej wyglądałyby sobotnie wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Uczestnicy pikiety zakłócającej legalne zgromadzenie  poświęcone Smoleńskowi zostali wyniesieni (dosłownie) przez policjantów poza obręb manifestacji i wylegitymowani. Nikogo nie zatrzymano na dłużej, nikogo nie uderzono, nikomu nie wręczono wilczego biletu uniemożliwiającego znalezienie pracy. 

Czy tak to się odbywało w latach 80-tych? Czy to z powodu „wynoszenia” demonstrantów śmierć poniosło około 100 osób? Czy ktoś policzył wszystkich uczestników protestów spałowanych przez ZOMO lub okaleczonych do tego stopnia, że zostali inwalidami? Czy do „wynoszenia” demonstrantów służyły wtedy pojazdy pancerne, armatki wodne, zainstalowane na samochodach wyrzutnie granatów z gazami łzawiącymi lub ogromne dmuchawy rozpylające gaz na ogromnej przestrzeni? A może porównać obecną wolność artystycznej ekspresji, publicznych wypowiedzi i obiegu informacji ze standardami z minionych czasów? Potrafi ktoś podać dokładną liczbę drukarzy, kolporterów i czytelników podziemnych wydawnictw, którzy byli tropieni, więzieni, zmuszani do wyjazdu za granicę? Ma z tym coś wspólnego teraźniejszy lament Gazety Wyborczej z powodu pozbawienia jej wielomilionowych dotacji ze strony państwa lub Krystyny Jandy z tego samego powodu? 

Nie jestem ani jedynym, ani przesadnie ważnym uczestnikiem wydarzeń lat 80- tych. Jednak moja pamięć o nich jest zupełnie inna, niż wynikać ma z groteskowego pitolenia pana Frasyniuka i jego towarzyszy. A jeśli się mylę, bo tamte czasy były takie, jak dzisiejsza „dyktatura Kaczora”? Wtedy powstaje pytanie, na czym oparty jest nimb bohaterstwa Władka. Jeśli rzeczywiście, takie byłyby ówczesne realia, przywódca Solidarności nie musiałby być wcale „kozakiem”. Bo, niby z jakiego powodu, skoro w kontaktach z policją panował pełny savoir vivre? Tacy jak ja pamiętają, że po 13 grudnia Władysław Frasyniuk był przywódcą strajku i pomimo pogoni SB przemykał się pomiędzy wrocławskimi fabrykami. Pamiętamy relacje, że prowadził głodówki w więzieniu i „naparzał” się z klawiszami. Po co to robił, jeśli celem aparatu represji było jedynie „wyniesienie” go i ewentualne oskarżenie o popchnięcie policjanta?  A właściwie, po co się ukrywał w stanie wojennym, po co było to całe podziemie, poświęcenie, strach i ofiary? Czy przypadkiem budując dzisiaj bzdurne paralele pomiędzy całkowicie nieporównywalnymi sytuacjami nie uwłacza pamięci ludzi, którzy w jakikolwiek sposób czynnie przeciwstawiali się komunie?  

Jak donosiły media, niedawno na jednym z publicznych spotkań pan Frasyniuk starał się być wyjątkowo wyrazisty i ekspresyjny. Mówił o wk…niu obywateli. Pewnie są tacy i nawet znajdą się całkiem uzasadnione powody do niezadowolenia. Jestem jednak przekonany, że ilość zdenerwowanych rodaków bardzo wzrosła, nie z tych powodów, jakich chciałby  Władek. Na pewno nie każdemu spodobał się widoczny w klapie jego marynarki znaczek z napisem j…bać PiS, a tym bardziej fakt, że nosił go w rocznicę Smoleńska, a owo zdanie zapisano cyrylicą.  Nie sądzę także, aby większość ludzi utożsamiający się z dawną Solidarnością zachwycona była obecnością podczas pikiety znanych pułkowników SB i LWP. Jeśli dodać doniesienia, że Andrzej Milczanowski - inny ważny działacz „S” wprost mobilizuje w Szczecinie byłych esbeków do walki z rządem, ilość wkurzonych Polaków zwiększa się bardzo istotnie. 

Co ja o tym sadzę? Uważam, że można być wyrazistą opozycją, nie zgadzać się z PiS i nie lubić pana Kaczyńskiego. Przyzwoici, odpowiedzialni ludzie nie powinni jednak aprobować działań, których jedynym celem doraźnym jest sprowokowanie ulicznych zajść, najlepiej z dużą liczbą poszkodowanych. Dopóki „wyleniały” D’Artagnian jest tylko żałosny, to pół biedy. Gorzej, jeśli wspólnymi siłami totalnej opozycji uda się, choćby częściowo, zrealizować  jej wrogi Polsce plan.