sobota, 12 września 2015

Liczby i łosie.


Czy Platforma Obywatelska uważa Polaków za durniów? Zastanawiam się nad tym nie po raz pierwszy. Jednak to, co usłyszałem dzisiaj (a bardzo wytężałem słuch) podczas konwencji wyborczej PO spowodowało, że pytanie stało się wyjątkowo aktualne.

Pani premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że wprowadzi „powszechny, sprawiedliwy i prosty” podatek dochodowy PIT na poziomie 10 %. Obecna skala podatkowa to, w uproszczeniu: 18 % dla zarabiających do 7 000 miesięcznie plus 32 % nadwyżki ponad ten próg, dla zarabiających więcej. Wygląda więc na to, że nasze pensje wzrosną, bo mniejszą daninę będziemy płacić państwu. Jednak to nie koniec dzisiejszych rewelacji. Pani Ewa Kopacz zapowiedziała także zniesienie składki na ZUS i NFZ. No, to super!

Pierwsza lampka ostrzegawcza zapala się jednak, gdy mowa jest o dacie wprowadzenia tych dobrodziejstw. Półgębkiem wspomina się coś o roku 2017 lub 2018.  Dlaczego dopiero wtedy, skoro od 8 lat PO sprawuje rządy w Polsce, w tym 5 lat miała swojego prezydenta? Mogła przeprowadzić dowolną reformę fiskalną, a nie ogłaszać rewolucji podatkowej na miesiąc przed wyborami. Nawiasem mówiąc, minister Mateusz Szczurek (od finansów) twierdzi, że to wszystko, co premier zapowiada, jako konkret, jest zupełnie wstępną koncepcją.

 Druga, jeszcze bardziej jaskrawa lampka (a właściwie lampa), zapala się, gdy zastanowimy się nad liczbami. Nie jestem specjalistą od makroekonomii, ale w dobie Internetu łatwo dotrzeć do podstawowych danych. W sieci znalazłem na przykład informację, że w roku 2015 wpływy z podatku PIT szacowano na poziomie 44 miliardów. Jeśli w kieszeniach obywateli ma zostać więcej pieniędzy niż dotychczas, państwo powinno pobrać chyba mniejszą kwotę. Oczywiście, historia zna przypadki, gdy obniżenie stawek podatkowych, paradoksalnie zwiększało wpływy. Klasycznym przykładem jest akcyza na alkohol. O ile jednak, mogą wskutek zmniejszenia obciążeń i ewentualnego upowszechnienia płacenia podatku PIT (ograniczenie szarej strefy) wzrosnąć dochody budżetu? O 10, 20 czy 50 procent? Załóżmy optymistycznie, że zamiast dotychczasowych 44 miliardów, do kasy państwa wpłynie nawet 66 miliardów (co wydaje się abstrakcyjnie wysokim skokiem), czyli o 22 miliardy więcej niż obecnie.

Jednak, ponieważ według zapowiedzi Platformy Obywatelskiej nie będą pobierane składki na ZUS i NFZ, te 22 miliardy powinny wystarczyć na sfinansowanie wydatków na ubezpieczenia społeczne i ochronę zdrowia. Czy jest to możliwe? Zamiast odpowiedzi na pytanie podam dwie liczby. Ze składek odprowadzanych do ZUS w 2015 roku wypłacone mają być emerytury, renty i zasiłki na kwotę 177 miliardów. Na utrzymanie szpitali, leczenie w przychodniach i leki dla chorych mają być wydatkowane składki pobrane na NFZ  w kwocie 66 miliardów. Łącznie z pieniędzy pobranych od Polaków płacących podatki wydatkowana będzie na te dwie dziedziny życia zawrotna suma ponad 240 miliardów.  Czy wymaga jakiegoś komentarza zestawienie liczby 240 i 22? Czy poważny jest ktoś, kto stawia między nimi znak równości?  

 

Na wypadek, gdyby ktoś usiłował tłumaczyć, że ewidentny niedobór środków (218 miliardów!) można uzupełnić przesuwając pieniądze z innych „kieszeni” budżetu państwa, spieszę donieść, że wszystkie dochody budżetu w 2015 roku szacowane są na około 270 miliardów.  Czy w związku z tym, warto jeszcze raz stawiać pytanie o wiarygodność dzisiejszych zapowiedzi  premier Ewy Kopacz i jej stronników?

Jak się zastrzegałem wcześniej, nie jestem ekspertem w dziedzinie ekonomii. Jeśli ktoś potrafi wykazać jakiś zasadniczy błąd w uproszczonym zestawieniu elementarnych liczb, które przedstawiłem, będę wdzięczny za wyprowadzenie mnie z błędnego odczucia. Jakie to odczucie?

W telewizji widziałem reklamę kredytu, w którym zapłacone odsetki podobno wracają do kredytobiorcy jak bumerang. Emitowany jest także inny spot, w którym łosiem okazuje się człowiek, dający się nabrać na mało atrakcyjne oferty ubezpieczeniowe. Moje odczucie, wracając do postawionego wyżej pytania, jest takie, że Platforma Obywatelska traktuje nas, jak stado łosi, a na dodatek trzepniętych w głowę bumerangiem. Czy populacja tych zwierząt  jest w Polsce duża, przekonamy się 25 października podczas wyborów parlamentarnych.