czwartek, 31 grudnia 2009

Życzenia na rok 2010

Życzę Świdniczanom, żeby w nadchodzącym roku „gra miejska” (patrz wpis niżej), pomimo wszystkich obaw, nie zamieniła się w „gry wojenne”.
Wszystkim nam potrzeba, szczególnie w trudnych czasach, nadziei na lepsze jutro. Jest na to szansa, jeśli z wielkim sercem i wytrwałością podejmować będziemy swoje codzienne obowiązki, a unikać będziemy działań powodujących zamęt i destrukcję. Takiej postawy mieszkańcy Świdnicy mają prawo oczekiwać w szczególności od osób, którym w wyborach lokalnych powierzyli prowadzenie spraw miasta.
Bardzo bym chciał sprostać takim wymaganiom. Życzę, żeby dla dobra Świdnicy, każdemu samorządowcowi także to się udało.

Gra miejska

W noworocznym numerze „Wiadomości Świdnickich” znalazła się gra planszowa. Na trasie, którą posuwają się pionki, umieszczono pola z krótkimi opisami niektórych zdarzeń mijającego roku. Redakcja zachęca do zabawy słowami: „Razem ze Świdnicką Grą Miejską 2009 jeszcze raz przeżyjesz to wszystko, co wydarzyło się przez minione dwanaście miesięcy. …ustaw pionki na polu (Start) i zobacz lokalną rzeczywistość w krzywym zwierciadle”.
Pomysł, moim zdaniem, bardzo trafiony. W dowcipny, trochę szyderczy sposób komentując życie miasta, dziennikarze proponują czytelnikom konwencję gry. Zresztą już wcześniej lokalne media niektóre fakty przedstawiały w sposób zbliżony do relacji z zawodów sportowych. Na przykład informacje o nieudanych próbach wyboru następcy Michała Szukały na stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej przypominały doniesienia z meczu Wojciech Murdzek i Wspólnota Samorządowa kontra opozycja (PO i SLD) i nielojalni koalicjanci (PiS). Cóż, można i tak opisywać samorządową rzeczywistość, nie musi to stanowić żadnego problemu. Prawdziwa bieda polega na czym innym.

W minionych miesiącach logika totalnej gry dla samej gry zawładnęła umysłami większości radnych. I do tego stopnia ograniczyła ich zdolność kontaktu z realnym światem, że zapamiętali się w swej walce do upadłego o cokolwiek, choć bez sensu. Wiem, że moja ocena jest radykalna, ale postawa radnych SLD, PO i PiS w ostatnim czasie, a szczególności podczas sesji we wtorek ,29 grudnia, upoważnia mnie do takich stwierdzeń. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nie przyjęto w grudniu budżetu na rok następny. Nawet nie umieszczono go w porządku obrad, chociaż projekt zaopiniowany bez jakichkolwiek uwag ze strony Regionalnej Izby Obrachunkowej został przez prezydenta Wojciecha Murdzka złożony na czas. Wcześniej wyczerpana została w całości procedura pracy nad budżetem, ustalona przez radnych stosowną uchwałą. Był czas, aby o wszystko zapytać lub zadziwić świat swoimi własnymi genialnymi pomysłami. Najwidoczniej ich zabrakło, a nieliczne wnioski dotyczące zmian w pierwotnym projekcie dokumentu zostały przez prezydenta prawie w całości uwzględnione w jego ostatecznej wersji. Nie było żadnego powodu, żeby nie głosować budżetu, który radni współtworzyli przez wiele tygodni. A jednak zwyciężyła taktyka: zróbmy zamęt, a może da się w ten sposób zdobyć jakieś punkty.

Niestety, nie doszło także do zapełnienia wakatu na stanowisku przewodniczącego Komisji Rozwoju. Od kilku miesięcy pozostaje ono nie obsadzone z braku chętnych do objęcia funkcji. Obiektywnie niekorzystny brak osoby kierującej pracami komisji był powodem wylewania przez opozycję krokodylich łez i przypisywania odpowiedzialność za ten stan rzeczy Wspólnocie Samorządowej. Gdy w końcu z trudem udało się przekonać panią Grażynę Ciążeńską, by została szefem komisji, z premedytacją wywołano na sesji żenującą dyskusję. W jej wyniku pani radna, znana zarówno ze swej uczciwości, jak i ogromnej wrażliwości, poddała się wywołanej presji i zrezygnowała z kandydowania. Czy o taki stan rzeczy chodziło dryblerom z opozycji i z PiS? Może zakiwali się we własne nogi, bo logikę gry stawiają ponad wszystkim? A co ugrali w ten sposób dla Miasta?

Najwyraźniej perspektywa przyszłorocznych wyborów samorządowych powoduje, że duża część radnych za wszelka cenę szuka okazji żeby rozegrać mecz, skonfrontować się z innymi. Myślą sobie: dzisiaj pograjmy, a potem zobaczymy, co z tego wyniknie. Moim zdaniem dla Świdnicy, na pewno nic dobrego. A dla uczestników rozgrywek i zabaw, chyba podobnie. Bo, nawet jeśli, wielu mieszkańcom znane są zasady gry w kartofla, berka lub dupniaka, wirtuozi tych dyscyplin nie są szczególnie cenieni. Dlatego dla dobra Miasta i samych siebie może warto skupić się na działaniach konstruktywnych, a jedynie w wolnych chwilach dla relaksu i przyjemności zagrać w Świdnicką Grę Miejską 2009. Na mecie czeka obiecująca zapowiedź: „Uśmiech z twojej twarzy nie zniknie przez cały przyszły rok”.

wtorek, 22 grudnia 2009

Życzenia na Boże Narodzenie

Uczestniczyłem wczoraj w uroczystym spotkaniu opłatkowym w kurii biskupiej. Jak co roku ważna była także część artystyczna wprowadzająca zebranych w klimat Bożego Narodzenia. Chór z Wałbrzycha perfekcyjnie przedstawił opowieść o parobku sierocie wypędzonym z domu przez złego gospodarza w śnieżną wigilijną noc. Nikt nie przyjął go do swego domu. Aby nie zamarznąć, schronił się wśród gałęzi rosnącego na leśnej polanie świerku. Bóg nie dopuścił do tragedii. Drzewo w cudowny sposób roztoczyło opiekę nad malcem i uratowało mu życie. Przejeżdżający tamtędy książę przygarnął chłopca, który, gdy dorósł, został arcybiskupem i mocą swego urzędu wydał następujące polecenia. Nakazał, aby w domach ubierać odświętnie choinki i wieszać na nich smakołyki oraz żeby przy wigilijnym stole stawiać dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego przybysza. Wszystko po to, by każdy znajdujący się w tym czasie w trudnej sytuacji mógł uzyskać pomoc, a ludzie stali się bardziej wrażliwi na potrzeby innych. Pięknie opowiedziana historia komentująca i tę powszechną, i tę typowo polską tradycję. Był morał, happy end i dużo optymizmu. A mimo to dla mnie coś nie jest tak, coś lekko zgrzyta. Tak, już wiem, dlaczego.

Z okazji Bożego Narodzenia życzę nam wszystkim, żebyśmy przez swój egoizm lub zabieganie nie zbudowali świata, w którym najbardziej oczywiste odruchy serca muszą być wprowadzane metodą zarządzeń, poleceń i instrukcji. Życzę, żebyśmy nie musieli dekretować normalnej, ludzkiej wrażliwości. Życzę, żeby czynienie dobra było zwyczajną, codzienną rzeczą, a nie czymś wyjątkowym lub świątecznym. Życzę, żeby radość z dzielenia się tym, co mamy, była większa niż żal z ograniczenia stanu swojego posiadania. Życzę, żeby przyjaźń i życzliwość okazywana drugiemu człowiekowi zwielokrotniona do nas wracała.

Aby tak się stało, nie znam innego sposobu niż przyjęcie za pewne, że w Wigilijną Noc wkracza w nasze życie Bóg. Objawia się najbardziej konkretnie, jak tylko można – w osobie drugiego człowieka. Ta niezwykła Obecność sprawia, że tworzone przez nas zbiory praw, kodeksy i systemy etyczne mają jakikolwiek sens. Życzę, żeby Święta Bożego Narodzenia pozwoliły nam odkryć, że ten najważniejszy z nich, absolutnie pierwotny, mamy głęboko zakorzeniony w swym sercu. I dzięki temu szansę na życie prawdziwie wolne i spełnione ma każdy: zły gospodarz, parobek, książę, duchowny oraz my – ubierający świąteczne choinki i nakrywający do wigilijnego stołu.

Polska przyszła do Powiewiórki

W poniedziałek nad ranem wróciłem z kilkudniowej podróży na Wileńszczyznę. Byłem między innymi w Powiewiórce i przyznam, że dawno już nie czułem się tak dowartościowany jako Świdniczanin. Chyba nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo wdzięczni są nam mieszkańcy tej wioski (i nie tylko oni). Dla nich nieomal wydarzył się cud. Wydawało się im, że drewniany kościół z 1774 roku skazany jest na nieuchronne zawalenie. Mieli przekonanie, że jego ruiny właściwie ostatecznie potwierdzą dramatyzm ich osobistych losów. Prawie wypaliła się już w nich nadzieja, że przywiązanie do wiary i polskości, które z taki trudem utrzymywali przez dziesięciolecia, zostanie zauważone i wsparte przez rodaków mieszkających w Polsce. A jednak stało się inaczej. Dwa lata temu, gdy byłem tam po raz pierwszy, obiecałem, że nie zostawimy ich samych sobie. Dzięki zaangażowaniu bardzo wielu ludzi, dzięki ofiarności mieszkańców naszego miasta i Dolnego Śląska, dobiega końca najważniejsze zadanie remontowe, decydujące dla ratowania kościoła. Jedna z połaci dwuspadowego dachu całkowicie pokryta jest nowym, drewnianym gontem. Na drugiej części prace są tak zaawansowane, że ich zakończenie nastąpi w ciągu najbliższych tygodni. Na przeszkodzie stanąć może tylko wyjątkowo mroźna zima. Tamtejsi mieszkańcy wyrażają swe myśli bardzo wprost: „Polska przyszła do Powiewiórki”. A stało się to za sprawą Świdnicy, położonej w najbardziej oddalonym od Wileńszczyzny rejonie Ojczyzny, traktowanej przez nich prawie jak świętość. Jest dla nich zupełnie zdumiewające, że prezydent tego miasta (nie ma oczywiście znaczenia, że to właśnie ja) przejeżdża w kilkunastostopniowym mrozie prawie tysiąc kilometrów, żeby uczestniczyć z nimi we mszy św. i zobaczyć, jak postępuje remont. Przekazano na moje ręce ogromną ilość podziękowań i życzeń z okazji Bożego Narodzenia. Byłem wzruszony ich słowami i autentycznie dumny, że jako świdniczanie zdaliśmy ważny egzamin. Możemy być pewni, że dla Polaków z Powiewiórki będą to święta najradośniejsze od wielu lat. Ci z nas, którzy dołożyli choćby przysłowiowy grosz do ratowania kościoła, mogą mieć powód do rzeczywistej satysfakcji i tym bardziej radosnych świąt. Niewątpliwie na Wileńszczyźnie kolędy śpiewane będą także z myślą o nas. A ponieważ moralne zobowiązanie do niesienia pomocy nie ustaje, warto chyba kontynuować nasze zaangażowanie i dać sobie kolejną szansę na czynienie dobra. Bardzo jestem ciekaw, co myślą o tym czytelnicy mojego bloga. Napiszcie proszę, swoją opinię.

czwartek, 17 grudnia 2009

Granit i białe skarpetki

Niezły ubaw mieli moi synowie podczas oglądania zdjęć z rodzinnego albumu. Spostrzegli, że podczas ślubu do granatowego garnituru i czarnych butów założyłem białe skarpetki. Trudno im było wytłumaczyć, że w Polsce 1984 roku nikogo to nie raziło. Przeciwnie, powszechnie uważano to za przejaw elegancji. I cóż z tego, że na całym cywilizowanym świecie, każdy na moim miejscu miałby ciemne skarpetki? W tym czasie nawet nie przychodziło mi do głowy, zastanawiać się nad tym. Taki szyk był u nas obowiązujący, chociaż dzisiaj możemy z niedowierzaniem kręcić głową.

Przypomniałem sobie o żartach ze ślubnego stroju, gdy poznałem niektóre komentarze po zakończeniu przebudowy placu JP II. Rozumiem, że nie każdemu musi się on podobać. To jest kwestia indywidualnego gustu - o którym, umówmy się – nie dyskutujemy. Pojawili się jednak krytycy używający argumentów całkowicie bałamutnych i niedorzecznych. Marudzą, że jakiś betonowy (nie odróżniają nawet betonu od granitu) dziwoląg, kompletnie bez sensu zajął miejsce swojskiego skweru. Biadolą też, że powstała „pustynia” zupełnie nie pasująca do otoczenia. Otóż postanowiłem porównać, jak to jest gdzie indziej. Coś niecoś widziałem podczas podróży po Europie, a internet daje jeszcze większe możliwości zbadania sprawy. Dlatego na kilku portalach pooglądałem sobie otoczenie gotyckich katedr we Francji, Włoszech, Niemczech i Hiszpanii. Nie zauważyłem tam trawników i rabatek z kwiatami. Każdy może sam sprawdzić, że wszystkie budowle, w tym te najsłynniejsze np. w Reims, Tours, Chartres, Kolonii, Ulm, Asyżu i Barcelonie od strony głównego portalu wejściowego mają wolną przestrzeń z kamienną posadzką. Od wieków taki jest po prostu kanon architektoniczny, wywodzący się z prostej zasady. Mówi ona, że żaden element otoczenia nie powinien odciągać uwagi od dominującej, monumentalnej bryły kościoła. Stąd względna surowość placów i brak dużej liczby przestrzennych elementów ozdobnych. Jakoś ludziom tam mieszkającym nie przyszły do głowy skojarzenia z lotniskiem, czy lodowiskiem. Takie porównania formułują tylko świdniccy „znawcy” przedmiotu, chociaż plac JP II zaprojektowano i wykonano zgodnie z powyższą, powszechnie stosowaną regułą. Moim zdaniem nasza katedra jest także wyjątkowej urody i zasługuje, żeby na niej koncentrować spojrzenia.

Cóż to ma wspólnego z kolorem skarpetek? Według mnie, bardzo wiele. Wszakże każdemu wolno uważać, że do czarnego smokingu lub fraka najbardziej pasują białe skarpety, najlepiej frotte. Jednak aspirowanie do roli eksperta, a tym bardziej doradzanie komuś, aby tak się nosił, budzi raczej zażenowanie. Podobnie jest z naszym placem. Nikt nie zadekretował obowiązku chwalenia dzieła. Jeśli komuś się nie podoba, szanuję jego zdanie. Ale przekonywanie siebie i innych, że dawny skalniak był super w porównaniu z obecnym stanem, mówiąc delikatnie, nie jest szczególnie mądre. Na szczęście nie można wykluczyć, że za jakiś czas krytykanci przejrzą na oczy. Wtedy wraz z innymi będą prawdopodobnie chichotać ze swych dzisiejszych upodobań. Może to być nawet całkiem sympatyczny moment. Pod warunkiem, że obecnie, nie będą się nadmiernie nakręcać, wbrew faktom próbując wciskać nam kit. Ja synom przyznałem, że kiedyś niefrasobliwie uległem modzie lat osiemdziesiątych. Komu lub czemu niektórzy recenzenci placu ulegli, nie będę dociekać.

Natomiast życzliwie zwrócę im uwagę na jeszcze jedną rzecz. Gdyby z pl. Piłsudskiego w Warszawie usunąć Grób Nieznanego Żołnierza, kamienna nawierzchnia oczywiście straciłaby rację swego istnienia. Nowy plac JP II bez pomnika papieża jeszcze takiej racji nie miał jeszcze nawet szansy uzyskać. A przecież całość projektu, jego kompozycja i generalne założenia są pomnikowi podporządkowane. Dlatego właśnie taki wzór kamiennej posadzki. Po to są schody z wypisanymi hasłami papieskich pielgrzymek. Temu służy świetlny szlak naprowadzający na miejsce lokalizacji obelisku. Poczekajmy, więc (może rok) spokojnie z negatywnymi opiniami do czasu powstania rzeźby. Zobaczmy jak wiosną rozkwitnie nasadzona już zieleń, a od strony ul. Spółdzielczej pojawią się gazony z ozdobnymi roślinami. Jestem spokojny, że końcowy efekt będzie zadowalający. Także dla miłośników skarpetek w kolorze śniegu.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Dobry profesor

Kolejne obchody rocznicy 13 grudnia. Wróciły wspomnienia.
Byłem wtedy na II roku studiów na Politechnice Wrocławskiej. Pamiętam jak kilka dni przed stanem wojennym wymądrzałem się wobec przerażonych rodziców, że do konfrontacji z komuną musi dojść, bo jest ona nieunikniona. I bardzo dziwiłem się reakcji rodziny. Dlaczego wątpią w zwycięstwo? Gdy w niedzielę rano okazało się, że generałowie wypowiedzieli wojnę, pognałem do Wrocławia. Było dla mnie oczywiste, że na Politechnice będzie strajk i mnie nie może na nim zabraknąć. Bo po pierwsze oburzenie na czerwonych, a po drugie sztubackie pragnienie, żeby zdążyć się zasłużyć. Chyba pierwszy dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy około południa przechodziłem obok siedziby „S” na Mazowieckiej. Pod budynkiem „oni”, a wśród ludzi stojących w pewnym oddaleniu, opowieści o nocnej pacyfikacji i zdemolowaniu biura. Lepiej poczułem się, będąc już w gmachu głównym przy Wybrzeżu Wyspiańskiego. Znajome twarze, uściski dłoni. Jednak nawet bez liczenia widać było, że jest nas mniej niż się spodziewaliśmy.

Przy budynku gromadzili się wrocławianie. Przychodzili, żeby nas wesprzeć, ale także szukając wsparcia. Informacje o aresztowaniach i represjach oraz obecność wojska i ZOMO na ulicach na wszystkich robiły wrażenie. Nam w grupie łatwiej było podtrzymywać wiarę w sukces. Jednak następnego dnia poczułem, że i moja się chwieje. Naklejaliśmy na gmachu przy pl. Grunwaldzkim wielkie litery układające się w napis STRAJK POLITECHNIKI (dobra robota, bo mimo zamalowania, przez kilka lat były całkiem czytelne). Robiliśmy to, wychylając się z okien II piętra. Wtedy przez plac przejechała długa kolumna wozów pancernych na gąsienicach. Ich widok przerażał. 14 grudnia wieczorem ksiądz (jeśli dobrze pamiętam ks. Orzechowski) odprawił mszę św. i udzielił nam absolucji generalnej. Wzruszenie i wielka powaga, chociaż nie dopuszczaliśmy myśli, że dla kogoś z nas to rozgrzeszenie będzie ostatnim. Jednak naprawdę powiało mrozem. Przed snem bawiliśmy się jeszcze z kumplami w sumowanie wyroków, jakie moglibyśmy dostać na podstawie różnych artykułów dekretu wojennego. Dodawaliśmy sobie otuchy, przekonując się nawzajem, że gdyby czerwoni mieli siłę, to już by u nas było ZOMO. A skoro jeszcze go nie ma…. Ledwie usnąłem, do naszej sali wpadł ktoś z okrzykiem: „ZOMO w budynku” i pobiegł dalej.

Zerwaliśmy się i ruszyliśmy do auli. Tam ktoś starał się zaintonować hymn, ale próbę szybko zgasili pałami. Pamiętam ich oczy. Nie miałem wątpliwości, że gotowi są zatłuc na śmierć. Potem przez szpaler pałujących pognano nas do wyjścia w holu głównym. Widziałem jak zwierzaki w mundurach demolują, co im wpadnie w ręce. Na ladzie szatni stały jakieś słoiki z dżemem. Uznając za wrogie, co do jednego je roztrzaskano. Czekaliśmy na otwarcie drzwi i wyprowadzenie, nie wiadomo, dokąd. Wtedy powstało zamieszanie. Grupa ludzi pochylała się nad kimś leżącym. Okrzyki „wezwijcie pogotowie!” tłumiono jak wcześniej hymn. Potem okazało się, że pan Tadeusz Kostecki nie przeżył zawału serca. Ponieważ obowiązywała godzina milicyjna, kazano nam w środku nocy przejść do akademików na pl. Grunwaldzkim. Utworzyliśmy kondukt. Wielu niekompletnie ubranych. Niektórzy zawinięci w koce. Czułem się przerażony i upokorzony. Pustymi zaśnieżonymi ulicami, w ciszy doszliśmy do celu. I tam, w klubie studenckim zdarzyło się coś wyjątkowego. Był z nami profesor Andrzej Wiszniewski, prorektor. Widział, że mamy poczucie totalnej klęski. Żeby rozładować napięcie powiedział, coś takiego: „Zwróciliście uwagę, że oni też byli mocno zdenerwowani? Cóż, trudno się dziwić. To przecież pierwszy w ich życiu pobyt na uczelni”. Rozległ się śmiech i nieoczekiwanie, zmienił się nastrój. Ustąpiło poczucie bezsilności i beznadziei. Jeszcze chwilę wcześniej kompletnie zdruzgotani, otrząsnęliśmy się z poczucia definitywnej przegranej.

Jakże wdzięczny byłem wtedy profesorowi za ten żart. Także między innymi dzięki niemu, w ciągu tych kilku dni zakończonych koczowaniem w akademiku w ekspresowym tempie wydoroślałem. Stałem się o wiele bardziej dojrzały. Przeszedłem drogę od poczucia mocy, przez przerażenie do spokojnej, odpowiedzialnej determinacji trwania przy swoich wartościach. Ani naiwne zadufanie w swoje siły, ani paraliżujący strach nigdy już się nie powtórzyły. A kilka godzin później, w tym samym akademiku odbierałem wraz z innymi niewielki kawałek pergaminu z podpisem Frasyniuka. Taką legitymację, z którą szliśmy do fabryk obstawionych czołgami zanieść bibułę i uzyskać informacje do kolejnych komunikatów.

Piszę o tym, bo także dzisiaj, w zupełnie innych okolicznościach, każdy człowiek przechodzi podobną godzinę próby, pokazującą, ile faktycznie jest wart. Taki sprawdzian charakteru, o decydującym znaczeniu dla całego życia. Rodzaj współczesnego Westerplatte. Może go zdać i występować przed światem z podniesionym czołem. Można go oblać i być może na zawsze, pozostać z przetrąconym kręgosłupem. Naprawdę, warto w takich momentach rozejrzeć się i mieć przy sobie „dobrego profesora”.

niedziela, 13 grudnia 2009

Wartość wody

Czytałem niedawno, że po latach wysiłku naukowcom udało się potwierdzić obecność wody na Księżycu. Pewnie rozpocznie to dyskusję o możliwościach i kosztach jej wykorzystania. Dla nas to czysta abstrakcja, chociaż mój złośliwy znajomy mówi, że być może cena wody w Świdnicy osiągnie wkrótce poziom księżycowy. Odpowiadam mu, że przesadza, a do kosmicznych rozmiarów urosła wyłącznie demagogia uprawiana w związku z ustaleniem taryf na 2010 rok.
Przyjrzyjmy się liczbom. Nowe ceny powodują, że łącznie za metr sześcienny wody i ścieków w gospodarstwie domowym zapłacimy o 72 gr więcej. Pilnując skrupulatnie zużycia, można osiągnąć wynik około 2,5 do 3 m3/osobę, czyli dodatkowy wydatek to około 2 zł miesięcznie. Gdy jednak te liczby przemnoży się przez dwa miliony m3 dostarczane do domów przez ŚPWiK, wychodzą ogromne kwoty. Co się z nimi stanie? Zostaną wydane głównie na inwestycje, dzięki którym uzyskamy pewność, że wody nikomu nie zabraknie. Cóż nam bowiem, po nieco niższej cenie, jeśli w kranach będzie sucho. A taka groźba jest realna. Ponad stuletni zakład uzdatniania wody na ul. Bokserskiej „trzyma się na agrafkach”. Za kilkanaście milionów właśnie rozpoczynamy budowę nowego, żeby zdążyć przed ostateczną agonią starego. Lista inwestycji na 2010 rok jest oczywiście dłuższa, ale na tyle bezdyskusyjna, że nawet opozycja jej nie neguje. Zamiast tego wykazuje tzw. wrażliwość społeczną. Stąd kilka zdań o tym.
Na pewno są rodziny, dla których miesięczne wydatki zwiększone nawet o równowartość paczki papierosów są trudne do przyjęcia. Czy to jednak oznacza, że cenę wody powinno się ustalać na poziomie, który nie stwarza żadnych problemów nawet żyjącym z socjalu? Sądzę, że nie. Tak niską cenę płaciłby, każdy odbiorca. Również ten zużywający miesięcznie 10 i więcej m3/osobę. W istocie dotowane byłyby wydatki prawie wszystkich mieszkańców, bo najbiedniejsi stanowią jedynie część (zdecydowanie mniejszą) naszej społeczności. Kto dopłaciłby różnicę? To przecież oczywiste! Musiałaby zrobić to rada miasta z budżetu, czyli pieniędzy nas wszystkich. A ponieważ, jak wiadomo, zdecydowana większość wpływów podatkowych pochodzi od płatników o najniższych dochodach, kółko się zamyka. Można się tylko zastanawiać, jaką mielibyśmy motywację do racjonalnego zużycia wody. Pomyślmy, gdyby cenę benzyny kształtowano w oparciu o zawartość portfela właściciela najstarszego malucha jeżdżącego po drogach, prawdopodobnie najbardziej ucieszyliby się użytkownicy największych paliwożerców. Moim zdaniem lepiej jest, gdy każdy płaci realną cenę za ilość wody, na której zużycie go stać. Najubożsi i tak są wspierani przez system opieki społecznej.
Warto także się zastanowić, jaka jest ta obiektywna wartość wody. Gdy porównamy się do innych miast, to okazuje się, że pod względem niskiej ceny jesteśmy w pierwszej trzydziestce wśród 240 miast powyżej 50 tys. mieszkańców. Trudno też chyba uzasadniać, że jesteśmy biedniejsi od mieszkańców sąsiedniej gminy wiejskiej Świdnica. Tam woda kosztuje 3.76 zł/m3, u nas po podwyżce 2,86 zł/m3. Na Dolnym Śląsku w niektórych gminach mieszkańcy płacą za wodę i ścieki łącznie nawet ponad 8 zł/m3 (np. Ząbkowice 8.27 zł, Wałbrzych 9.93 zł). U nas łączna cena wynosi 6.81 zł/m3. Zaryzykuję zdanie, że właściwa cena to taka, która jest wypadkową dobrze uzasadnionej propozycji przedsiębiorstwa wodociągowego oraz rozsądku i poczucia odpowiedzialności radnych, uwzględniających rzeczywiste potrzeby gospodarki wodno-ściekowej. Szkoda, że tym razem w 23 osobowej radzie w Świdnicy osób takich było tylko 9. Jestem jednak przekonany, że pozostali odetchnęli z ulgą po ogłoszeniu wyniku głosowania taryfy na 2010 rok. To, co konieczne wprowadzono, a oni mogą dalej wykazywać się troską o „szarego człowieka”. Obawiam się, że zmiana tej metody postępowania radnych jest równie trudna, jak wyśledzenie wody na Srebrnym Globie.


środa, 9 grudnia 2009

Zaczynam...

Witajcie!
Dłuższy czas wahałem się przed podjęciem decyzji o prowadzeniu bloga.
Pokusa jest spora. Wszakże nie o wszystkim, co ważne chcę, mogę i mam możliwość wypowiadania się jako wiceprezydent miasta. Bo chociaż na pewno nie jestem ortodoksyjnym zwolennikiem konwenansów, przyjmuję do wiadomości pewne ograniczenia wynikające z pełnienia tej funkcji. Co innego jednak swobodne pisanie w czasie wolnym, jak się utarło mówić, „po godzinach”. Stąd tytuł bloga.
Mam także obawy. Pierwsza dotyczy tego, że „po godzinach” to u mnie bardzo niewielki kawałek dnia. Może więc być kłopot z częstotliwością wpisów. Druga, ważniejsza, wiąże się z tym, że chciałbym, by moje pisanie nie było „przeciw” komuś lub czemuś, lecz „za” i „na rzecz” tego, co dobre, racjonalne, wartościowe. To nie wyklucza krytycyzmu ani polemiki. Jednak z obserwacji wynika, że są dwa odmienne sposoby jej prowadzenia. W pierwszym dąży się do przytłoczenia czytelnika pesymizmem i poczuciem beznadziei. Robi się wszystko, by narzucić przekonanie o nadciągającej megakatastrofie, którą możemy przetrwać jedynie stosując się do rad autora. Inaczej świat opanują adwersarze blogera (w domyśle – istne szkieletory). W drugiej metodzie pokazujemy przede wszystkim, że jeśli podniesiemy głowę i rozejrzymy się, to zauważymy, że istniejące problemy, wady i ułomności nie znikają. Ale pomimo tego, dosyć często na naszym niebie świeci słońce. W Świdnicy, na Dolnym Śląsku, w całej Polsce. Bardzo bym chciał właśnie tak redagować mój blog.
Żeby to jeszcze jaśniej wytłumaczyć, posłużę się przykładem. Szukając dobrych wzorców, przeglądałem strony wielu blogerów. Były różne. Ale wśród nich spotkałem też taki, którego zarówno forma jak i treść przypominały produkcję jadowitych komunikatów w ponurym, przerażającym grobowcu. Takie czarne na czarnym. Bez bieli i innych kolorów. Tam promienie słoneczne pewnie nigdy nie docierają. To ja tak nie chcę! Zdecydowanie wybieram życie, jakim naprawdę jest, pamiętając, że – jak powiedział ktoś mądry – jest ono dramatem, ale nie tragedią!
O czym będzie ten blog? Skoro sprawy Miasta tak bardzo mnie pochłaniają, to pewnie zdominują moje pisanie. Zresztą, może jest to jedyna sposobność nieco dokładniejszego przedstawienia niektórych spraw. Media z konieczności muszą posługiwać się skrótem, uproszczeniem. Tutaj jest komfort wniknięcia w szczegóły, bo czytać będą tylko zainteresowani daną problematyką. Czasem pewnie napiszę także coś na inny temat. Jak zadeklarowałem wcześniej interesuje mnie życie, a ma ono tak wiele barw. Mam nadzieję, że także Czytelnicy wniosą tu sporo zdrowego fermentu i dynamizmu. Czekam na Wasze oceny i komentarze. Mile widziane będą także informacje na przykład o ciekawych miejscach i imprezach. Jak ktoś podeśle interesujący link, podpowie książkę wartą przeczytania lub dobry dowcip, będę również wdzięczny.
Tytułem wstępu już wystarczy. Czas wybrać pierwszy temat. Cóż, skoro wielu osobom pisanie kojarzy się z laniem wody, pewnie warto popełnić tekst o nowej taryfie wodociągowej.
Zapraszam wkrótce!