piątek, 24 grudnia 2010

Cuda, cuda

Czy znacie takie osoby: Krzysiek Sałapa, Darek Łach, Darek Tabiś, Basia Filipowska? Ja nie miałem pojęcia o ich istnieniu aż do ubiegłego piątku, gdy w Klubie Bolko odbył się wyjątkowy koncert. Jego najważniejszymi wykonawcami byli niepełnosprawni artyści, śpiewający przeboje polskiego rocka, bluesa i popu. Przyznam, że dawno już, żaden występ nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ludzie, wśród których byli cierpiący na choroby, których nawet nazw wolałbym nie znać, zaprezentowali się tak, że trudno to opisać. Głos Darka Tabisia śpiewającego „Sen o Wiktorii” Dżemu, był równie przejmujący jak niezapomniany wokal Ryszarda Riedla. Jeżdżący na wózku Darek Łach zaśpiewał bluesa Tadeusza Nalepy, prawie niczym jego autor. Gdy wybrzmiały ostatnie nuty wyśpiewanych przez Basię Filipowską „Małych tęsknot” Krystyny Prońko, owacjom nie było końca. A gdy Krzysiek Sałapa, dokładnie nie wiadomo jak trzymający mikrofon, bo właściwie nie ma rąk, palnął „W cieniu wielkiej góry” Budki Suflera, rozentuzjazmowana publiczność długo śpiewała wspólnie z nim refren utworu.

Poszedłem na koncert, bo ktoś mnie zachęcił. Jednak nie spodziewałem się cudów. A zobaczyłem je na własne oczy!

Cud pierwszy – rzucające się w oczy niezwykłe relacje pomiędzy grupą niepełnosprawnych artystów (wyżej wymieniłem tylko niektórych), a osobami, które z nimi pracują. Wiadomo, że sceniczny show rządzi się swoimi prawami i kreuje nieco umowną rzeczywistość. Jednak pomimo pamięci o tym, już od pierwszej piosenki zaprezentowanej przez chór wręcz „opadała mi szczęka” z wrażenia. Nie jestem znawcą przedmiotu, jednak nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był świadkiem takiego nadzwyczajnego kontaktu pomiędzy dyrygentem (Agnieszka Krauz), niepełnosprawnymi i wspierającymi ich osobami. Patrząc na ekspresję dyrygentki i entuzjazm jej zespołu, nie miałem wątpliwości, że dla niej zaśpiewaliby wszystko, co im zaproponuje. A słowo „wszystko” w piosence Skaldów „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” było dla mnie absolutnie autentyczne i przekonywujące, bo odnosiło się do ich rzeczywistego przeżywania tej konkretnej chwili. To „wszystko” było ich życiem, było taką więzią i porozumieniem miedzy nimi, o jakiej może marzyć każdy, nawet jeśli uważa, że ma mnóstwo przyjaciół. Według mnie zobaczyliśmy, jak reaguje wrażliwe, prawdziwie poruszone ludzkie serce.

Cud drugi
– ile dobroci, piękna, mogą – jeśli chcą – ofiarować sobie ludzie. Dotyczy to niepełnosprawnych artystów oraz znakomitych muzyków z zespołu „Symbolika” kierowanego przez Karolinę Tuz, którzy otworzyli przed nami swój świat. Dotyczy to publiczności, która w ten ich świat weszła, zachwyciła się jego urodą i przez swoje reakcje utwierdziła występujących na scenie, że posiadają coś bardzo, bardzo wartościowego. Dotyczy to oczywiście wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że taki koncert wydarzył się w naszym mieście. Przede wszystkim szefa stowarzyszenia „Motyl” z Wałbrzycha, nauczycieli, uczniów i rodziców Szkoły Społecznej w Świdnicy. Dzięki ich zaangażowaniu doświadczyliśmy czegoś naprawdę wyjątkowego. A oni, tak myślę, obserwując ile dobrych emocji, wzruszeń powstało w wyniku ich pracy, mogą odczuwać ogromną, zasłużoną satysfakcję.

Cud trzeci – ile można mieć w sobie radości życia. Moim zdaniem, warto to podkreślić, bo nierzadko brakuje nam zdolności cieszenia się życiem chociaż składa się ono także z trosk, rozczarowań, dramatów. Być może każdy z występujących artystów oddałby cały swój talent muzyczny i wszystkie owacje na stojąco, którymi nagrodzić go może publiczność, żeby, choć na krótką chwilę odzyskać wzrok lub wstać z inwalidzkiego wózka. Być może. Nie da się jednak zaprzeczyć, że występujący w klubie zaprezentowali się nam nie tylko, jako ludzie niezłomni, ale także cieszący się tym, co robią. Nie powiedzieli ani słowa, że chodnik niedostatecznie odśnieżony, pociągi spóźnione lub przeszkadzają im rozbrykane dzieci. Wyszli na scenę i całym swym występem wyrazili afirmację życia, jakie jest. Dlaczego właśnie tak? Być może, dlatego że odkryli, że wszystko, co jest rzeczywiście dobre, ważne, prawdziwie piękne, dociera do nas przez drugiego człowieka. Być może spotkali wokół siebie takich właśnie ludzi.

Pisząc to w Wigilię Bożego Narodzenia, pamiętam, że metodą, jaką Bóg wybrał, aby wkroczyć w naszą rzeczywistość, było przyjście na świat wyjątkowej Ludzkiej Istoty.

Życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga, żeby ścieżki życia prowadziły nas do spotkania z tą wyjątkową Obecnością, a my sami żebyśmy stali się dla innych nadzieją na takie spotkanie.

PS.
Po koncercie było mi jeszcze zdecydowanie „mało”. Pół soboty spędziłem na you tube, szukając piosenek artystów, którzy wystąpili w Świdnicy. Nie wszystko, co prezentowali u nas jest dostępne w sieci. Jeśli jednak ktoś ma ochotę przekonać się, co mnie tak „trzepnęło” zachęcam do Internetu. Jest tam na przykład taki kawałek: http://www.youtube.com/watch?v=Z2DbRKC5jV4&feature=related.
Warto też zajrzeć na stronę stowarzyszenia „Motyl”, za sprawą, którego doszło do świdnickiego koncertu:
www.stowarzyszeniemotyl.org

sobota, 18 grudnia 2010

Minuta niezgody

We wtorek 14 grudnia obradowała Rada Miejska. Tadeusz Grabowski zaproponował uczczenie minutą ciszy pamięć ofiar grudnia 1970 i stanu wojennego. Termin sesji wypadł dokładnie pomiędzy datami wprost odnoszącymi się do tych historycznych wydarzeń. Radny nie wygłaszał ocen, nie szukał winnych, nie wzywał nikogo do sypania głowy popiołem. Tylko i wyłącznie poprosił o wyrażenie hołdu poległym.

Ilu ich było? Dokładnie nie wiadomo. Oficjalne dane dotyczące tłumienia robotniczych protestów w 1970 roku Gdańsku, Szczecinie, Gdyni, Słupsku i Elblągu mówią o kilkudziesięciu zabitych. Nieoficjalnie podaje się liczbę kilkuset. Stan wojenny to około 100 przypadków zgonów, które w oparciu o twarde dowody lub poszlaki uznaje się za śmierć o podłożu politycznym.

Kim są ofiary? Różnie. Zalicza się do nich uczestników strajków i demonstracji, ale także przypadkowych świadków ulicznych zamieszek. Należą do nich bez wątpienia ofiary skrytobójczych mordów politycznych. Bez dwóch zdań w tej kategorii mieści się także sierżant milicji, który w pierwszych dniach stanu wojennego zginął w czasie szamotaniny w autobusie miejskim z młodzieńcem, który chciał go rozbroić. Słowo ofiara, idealnie pasuje do tych robotników Stoczni Gdyńskiej, którzy o świcie 17 grudnia 1970 roku przyjechali kolejką miejską do pracy, odpowiadając na apel ówczesnego sekretarza PZPR Kociołka. Przed bramą stoczni zostali rozstrzelani.

Dlaczego warci są pamięci Polaków? Bo niezależnie od obiektywnej i naszej prywatnej, subiektywnej oceny historii, sympatii politycznych, różnic zapatrywań i poglądów ich śmierć przybliżyła nas do obecnej, niepodległej Polski. A w niej, na jednej sali obrad mogą się dzisiaj spotkać i pracować dla Świdnicy ludzie o skrajnie różnych rodowodach. Jest tu miejsce dla Grabowskiego, który organizował podziemną Solidarność, ale jest miejsce także dla Markiewicza, który w stanie wojennym ją zwalczał.

Z jakiego powodu propozycja radnego Grabowkiego została odrzucona przez radnych SLD? Czy ludzie, których ofiara życia przyczyniła się do zlikwidowania okupacyjnego, komunistycznego reżimu, nie zasługują na tak drobny gest szacunku, jak minuta ciszy?

Przypomniała mi się końcowa scena z filmu „Śmierć jak kromka chleba”. Oficer ze sztabu dowodzącego pacyfikacją kopalni „Wujek” domagał się bezwarunkowej kapitulacji strajkujących. Przywódcy strajku wprowadzili go do sali, w której położono ciała zastrzelonych przez ZOMO górników. Co zrobił ów pułkownik? Oddał honory poległym. Salutując pozostał w milczeniu przez dłuższą chwilę. Zrobił tak, chociaż przyczynił się do ich śmierci, był po drugiej stronie konfliktu, uważał strajkujących za przeciwników, może nawet wrogów. Dlaczego 29 lat później sześcioro świdnickich radnych, którzy chyba nie mają powodu źle myśleć o upominających się o chleb i wolność stoczniowcach, górnikach, studentach itp. sprzeciwia się symbolicznej chwili pamięci o nich? Czy wystarczającym wytłumaczeniem są słowa wypowiedziane przez radnego Markiewicza, że zgoda na proponowany gest byłaby równoznaczna z tym, że: „niedługo będziemy czcić spotkania sprzątaczek”.

Mam do tej sprawy bardzo osobisty stosunek. Ofiary stanu wojennego kojarzą mi się z czymś więcej, niż tylko z kronikarskim zapisem. Byłem uczestnikiem, świadkiem niektórych wydarzeń. Podczas pacyfikacji strajku w nocy 15.12.1981 na Politechnice Wrocławskiej zmarł pracownik uczelni pan Tadeusz Kostecki. W przeciwieństwie do innych ofiar tego czasu, nie został zatłuczony przez ZOMO. Nie wytrzymało chore serce, a zomowcy walili pałami nie jego, lecz osoby, które domagały się przywołania karetki pogotowia. Znajdowałem się o kilkanaście kroków od miejsca, w którym to się działo.
31 sierpnia 1982 roku we Wrocławiu podczas demonstracji ulicznej zastrzelony został pan Kazimierz Michalczyk, wracający z pracy tokarz z „ELWRO”. Stało się to na ul. Legnickiej. Byłem tam, ale nie wiem, kiedy dokładnie milicja otworzyła ogień. Widocznie w zawierusze ulicznej walki nie rozpoznałem strzałów ostrą amunicją. Czy ci dwaj ludzie zrobili coś złego, co powoduje, że radni SLD odmawiają im prawa do wdzięcznej pamięci współczesnych Polaków?

Albo, czy kogokolwiek przekonuje stwierdzenie pana Markiewicza o niedopuszczalności „upolityczniania” obrad Rady? Wiem, że grób Kazimierza Michalczyka na Cmentarzu Grabiszyńskim był kilkukrotnie dewastowany przez tzw. nieznanych sprawców. Po prostu umieszczony na pomniku orzeł w koronie zbyt „upolityczniał” cmentarz, który przecież, jako miejsce ostatecznego spoczynku różnych ludzi, z natury rzeczy, jest apolityczny. Jak wyglądały ze strony bezpieki starania o brak „upolityczniania” cmentarzy po wydarzeniach grudnia’70 na wybrzeżu, można było zobaczyć choćby w „Człowieku z żelaza”. Naprawdę nie umiem i nie chcę milczeć, gdy człowiek piszący w latach 80 tych listy pochwalne na cześć SB, sprzeciwia się, pod pozorem troski o apolityczność, oddaniu hołdu poległym w wyniku działań komunistycznego aparatu represji.

Daleki jestem od tego, aby stawiać znak równości, tam, gdzie ewidentnie nie powinno go być. Nie przypisuję nikomu z radnych jakiejkolwiek odpowiedzialności za przelaną przed laty krew. Przyznam jednak, że nie potrafię zaakceptować sytuacji, gdy ktokolwiek, choćby pobieżnie znając fakty dotyczące grudnia 70 i 81 roku, może zachować się tak, jak sześcioro radnych. I nie umiem znaleźć odpowiedzi, w jaki sposób oddanie czci ofiarom tych dwóch ważnych wydarzeń, zupełnie nieodległych w czasie, może przeszkadzać w obradach Rady Miejskiej. Wszakże toczą się one w sali nieprzypadkowo udekorowanej biało czerwonymi flagami, a na ścianie umieszczone jest państwowe godło.

I ostatnia rzecz. Nawet generał Jaruzelski, który dla wielu Polaków stanowi wręcz symbol bezprawia, przemocy i zdrady o poległych w stanie wojennym wypowiadał się, jako ofiarach trudnej historii. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek publicznie traktował ich z lekceważeniem lub poddawał w wątpliwość tragizm ich śmierci, stosując prostackie porównania do błahych wydarzeń (Markiewicz –spotkania sprzątaczek). Czy nie jest przejawem wyjątkowej pogardy dla tego, co wielu uznaje za świętość narodową – zachowanie radnych SLD. Panowie Markiewicz, Solecki, Szalkiewicz przed minutą ciszy ostentacyjnie opuścili salę obrad. Państwo Słaniwska-Moskal, Stefańska-Broda i Wołosz nie podnieśli z krzeseł swego dupska, gdy inni stojąc trwali w milczeniu.

Jedna minuta. Czy wystarczy nam w rozpoczynającej się kadencji Rady Miejskiej godzin dobrej pracy, żeby zrównoważyć zło, które się wydarzyło, jako sprzeciw przeciwko tej jednej minucie?

środa, 8 grudnia 2010

Dziesiąty trędowaty

Zakończyła się wybory samorządowe. Wypada, więc chyba napisać coś o tym. Dlatego piszę, ale może nieco inaczej niż zwykle.

W ostatni czwartek rozmawialiśmy z przyjaciółmi o wykładzie, jaki we wrześniu wygłosił ksiądz Julian Carron – odpowiedzialny Ruchu Komunia i Wyzwolenie. Była w nim przywołana dobrze znana opowieść o dziesięciu trędowatych, których Chrystus uzdrowił. Ponieważ tylko jeden z nich zawrócił z drogi, aby podziękować swemu wybawcy, historia ta często przedstawiana jest, jako ilustracja ludzkiej niewdzięczności. Carron wydobył z niej inną głębię. Zwrócił uwagę, że jeden z nich nie zadowolił się ani cudownym darem uzdrowienia, ani atrakcyjnym towarzystwem pozostałych dziewięciu przeszczęśliwych towarzyszy. Chciał czegoś więcej. Intuicja podpowiadała mu, że nawet drugie życie, które w praktyce mu podarowano, nie daje całej pełni, potrzeba czegoś zdecydowanie większego, niezależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy.

Co to ma wspólnego z zakończonymi wyborami? Dla mnie ogromnie dużo, bo odnoszę tę biblijną opowieść do mojego „dzisiaj”. Wszakże wybory mogę ocenić, jako sukces. Kierowana przeze mnie kampania wyborcza przyniosła zwycięstwo. Największa liczba oddanych głosów, największa liczba mandatów w Radzie Miejskiej, ponowna elekcja prezydenta Wojciecha Murdzka. Ja sam także dobrze wypadłem, uzyskując drugą po prezydencie ilość głosów wśród wszystkich ubiegających się o mandat radnego. Przez kolejne cztery lata będę wiceprezydentem. Jestem w gronie szczęśliwców, którzy mogą powiedzieć: dałem radę! Jednak to powodzenie nie może zagłuszyć ważnych pytań: czy mi to wystarcza i po co mi to zwycięstwo?

Nie wiem, co mnie spotka jutro, a życie jest przecież tak kruche i nieprzewidywalne. Myślę, że poszukiwanie sensownej odpowiedzi na postawione pytania jest ważniejsze od radości z wyborczego sukcesu. Jest ważniejsze od chęci udowodnienia, że jest się lepszym, niż plotą zaciekli krytycy. Jest ważniejsze niż dążenie do realizacji najbardziej spektakularnych inwestycji lub zwalczenia odradzającej się czerwonej zarazy. Jest ważniejsze niż świadomość, że zdecydowana większość świdniczan nie zdobyła się nawet na minimalny wysiłek, żeby pójść na wybory i pokazać, że nie jest im wszystko jedno, kto będzie rządził Świdnicą.

Okaże się, czy znajdę odpowiedzi obiektywnie prawdziwe, a jednocześnie mnie zadowalające. Jednak jestem pewien, że dalsza praca w samorządzie, tak jak całe życie, powinna być dążeniem, żeby stać się takim, jak dziesiąty trędowaty. Wierzę także, że im silniejsze będzie we mnie to przekonanie, tym bardziej będę użyteczny dla swojego miasta i jego mieszkańców.

czwartek, 25 listopada 2010

Dżentelmen i gentleman

Dzisiaj usłyszałem w radio, znaną mi już wcześniej żartobliwą, definicję słowa dżentelmen. Wieczorem sprawdziłem stosowne zapisy w słowniku współczesnego języka polskiego. Przeczytałem w nim, że określenie to oznacza mężczyznę kulturalnego, dobrze wychowanego, taktownego, umiejącego się zachować w każdej sytuacji, honorowego, rycerskiego. A ponieważ z powodu zaangażowania w wybory samorządowe prawie wszystko kojarzy mi się ostatnio z kampanią wyborczą, moje myśli podążyły w tę właśnie stronę.

Zastanowiłem się, czy dżentelmenem można nazywać kandydata, który agituje za pomocą „czarnej” i „szeptanej” propagandy odwołującej się do najbardziej prymitywnych wyobrażeń o pracy samorządu. Dodatkowo osobnik taki, jako stałą metodę działania stosuje insynuację i oszczerstwo. Ponadto wydaje wyborczą gazetkę pełną kłamstw.
A na dodatek wszczyna antykościelną histerię.

Ktoś taki dżentelmenem na pewno nie jest ani według definicji słownikowej, ani tej podanej przez redaktora audycji radiowej. A brzmi ona następująco: dżentelmen to jest człowiek, który potrafi powiedzieć komuś niecenzuralne słowo na literę „s” (oznaczające w przybliżeniu prośbę, żeby delikwent się oddalił) w taki sposób, że rozmówca odczuje przyjemne podniecenie z powodu czekającej go podróży. I na tym zakończę rozważania dotyczące zagadnień językowych.

Powrócę natomiast do problemu wyborów, a ściślej stylu prowadzonej kampanii wyborczej przez SLD i pana Adama Markiewicza, który aspiruje do funkcji prezydenta naszego miasta. Wydanie przez nich wyjątkowo napastliwego i wrednego biuletynu pt „Zanim zagłosujesz” spowodować mogłoby moją gwałtowną, bardzo emocjonalną rekcję. Ponieważ jednak dobre wychowanie zobowiązuje (też chcę być dżentelmenem) do bardziej powściągliwego wyrażania swych uczuć, zwracam się do nich z uprzejmym apelem:
Drodzy,
panowie Adasiu i Januszku oddalcie się, najlepiej niezwłocznie i jak najdalej. W Świdnicy mieszkają w większości mądrzy ludzie, którzy doskonale znają was i wasze metody postępowania. Dlatego nie dadzą się ponownie zmanipulować przed drugą turą wyborów. Oddalcie się, please.

Tak dla jasności, ostatnie słowo apelu nie jest obelgą. Oznacza „proszę” w języku angielskim. To ten język, w którym dżentelmen to gentleman.

piątek, 19 listopada 2010

Czekając na powyborczą nudę

Już za kilka godzin zakończy się kampania wyborcza do samorządu. Jaka była?
Każdy ma w tej sprawie własne zdanie. Ja przedstawię subiektywną ocenę z punktu widzenia osoby odpowiedzialnej za działania Wspólnoty Samorządowej.

Nawet nieprzychylne nam osoby, przyznają, że byliśmy najlepiej zorganizowani i wykazaliśmy się największa inwencją. Nasi konkurenci praktycznie nie mieli na nasze posunięcia właściwej odpowiedzi.

Bardzo widoczne jest to w sferze programowej. Gdy przejrzałem relację z ostatniej debaty kandydatów na prezydenta właściwie wszyscy mówili o tych samych zamierzeniach, o których mówił w kampanii Wojciech Murdzek. Tyle tylko, że on robił to z pozycji kogoś, kto operuje konkretami, bo w większości są to projekty już rozpoczęte. Nasi konkurenci byli w stanie wygłaszać jedynie ogólniki. W tej sytuacji, chcąc się wyróżnić czymkolwiek, zgłaszali postulaty z kosmosu. Bo czy poważna może być deklaracja Mariusza Barcickiego, który nie ma żadnego doświadczenia w kierowaniu jakąkolwiek strukturą, że poprowadzi (to słowo podkreślał) miasto rezygnując z jednego zastępcy.
Całkowitą bezradność w formułowaniu własnego programu wykazała także Platforma Obywatelska. W tysiącach krążących po mieście ulotek i w reklamach prasowych Zbigniew Szczygieł mówił: TAKĄ WIDZĘ ŚWIDNICĘ… miasto wspierające przedsiębiorców; miasto dobrze wykorzystujące środki unijne; miasto cyklicznych imprez kulturalno-rozrywkowych; miasto wspierające organizacje pozarządowe i zdolnych sportowców; miasto promujące swoje zabytki itd. Pomijając, niezamierzoną niezręczność sformułowania (bo jeśli widzi, to taka jest pod rządami WS, a nie dopiero będzie, gdy PO obejmie władzę) ewidentna jest wtórność tej propozycji. Wszystkie wymienione rzeczy są, w stopniu znaczącym, realizowane.

Można dyskutować o jakości prezentowanych kandydatów. Być może nietaktem byłoby wystawianie indywidualnych cenzurek. Ale o sposobie prezentowania tych osób, owszem można coś powiedzieć. Charakterystyczne było podejście komitetu wyborczego PO, który prezentował wyłącznie swoich liderów. Pozostali promowali się, licząc wyłącznie na własne siły. Zupełnie inaczej było u nas. Na pierwszym miejscu stawialiśmy prezydenta Murdzka. Jednak w działaniach organizowanych przez komitet, skupialiśmy uwagę na kandydatach, którzy są bardzo wartościowi, niezależnie od ich pozycji w umownej hierarchii lub stażu członkowskiego w WS. Na tym właśnie polega nasza siła i bogactwo. Próbowała nas naśladować SLD, ale nie mieli aż tylu pomysłów na pokazanie swych kandydatów.

Na pewno byliśmy najlepsi pod względem ilości nowych pomysłów i jakości ich wykonania. Otworzyliśmy swe działania na mieszkańców, powodując ich żywe reakcje. Petycja na rzecz budowy obwodnic, festyn w Rynku, konwencja wyborcza, konferencje programowe, zaproponowany przez nas mecz charytatywny, akcja „Zabierz babcię na wybory” – każde z nich wyzwalało aktywność większej lub mniejszej grupy świdniczan. I warto było to robić, nawet jeśli nie zawsze chodziło o zdobycie głosów wyborców. My po prostu uważamy, że miasto naprawdę żyje, gdy w „ruchu” są jego mieszkańcy. Szczególnie dotyczy to ludzi młodych, którzy powinni być najbardziej kreatywni.

Porównywać można także styl prowadzonej kampanii. Nie warto już bardzo rozwodzić się nad klaunem w Rynku. Na ten temat powiedzieliśmy już chyba wszystko. Może poza jednym. W ostatnich dniach PO i SLD rzuciła w miasto ogromną ilość skrajnie napastliwych wobec WS materiałów wyborczych. Takie publikacje nie są przygotowywane „na kolanie”, bo wykupienie w ostatniej chwili całej ostatniej strony w masowo rozdawanej gazecie nie jest możliwe. Podobnie rzecz się ma z wyprodukowanym (według Janusza Soleckiego) w 20 tys. egzemplarzy paszkwilem, który jeszcze dzisiaj rozdawany był mieszkańcom. Te posunięcia konkurentów przygotowywane były znacznie wcześniej, niż zamontowaliśmy w Rynku bilbord z klaunem. Wszystko wskazuje na to, że zupełnie nieświadomie kpiąc z pierwszych, ale już narastających agresywnych zachowań rywali, wyprzedziliśmy ich uderzenie. A ponieważ nasza kontra okazała się bardzo skuteczna, nie potrafili ukryć swej wściekłości i odpowiedzieć na poziomie godnym wyższej klasy.

Czy to wszystko wystarczy, by wygrać wybory? Nie jest o to łatwo, gdy za przeciwników ma się trzy największe partie w Polsce. Co ciekawe, skacząc sobie nieustannie do oczu w wielkiej polityce, podczas kampanii samorządowej w Świdnicy właściwie nie spierają się. Mają jeden cel. Chcą pokonać WS – obywatelskie ugrupowanie, które skutecznie rzuciło im wyzwanie i przez osiem lat z powodzeniem rządzi miastem i powiatem. To jest dla nich nie do zniesienia, że stosunkowo nieliczna, lecz mająca autentyczne poparcie wielu mieszkańców grupa przyjaciół i znajomych przeciwstawia się partyjnej hegemonii. Stąd biorą się pełne jadu opowieści o rzekomej republice kolesi, trzymających podobno wszystko w garści. A czy ktoś pamięta jeszcze, jak wyglądała polityka personalna w czasach, gdy rządził Adam Markiewicz? Tym bardziej mało znany jest fakt, że na przykład dwoma największymi spółkami miejskimi kierują od wielu lat osoby rekomendowane przez PO i PiS. Stało się tak jeszcze w poprzedniej kadencji samorządu. Czy ktokolwiek potrafi to zrozumieć, słuchając poseł Annę Zalewską lub przewodniczącego Roberta Jagłę?

Spokojnie czekam na ciszę wyborczą. Wreszcie po tygodniach wyjątkowej nerwówki nastąpi moment pewnego uspokojenia. Przed emocjami wieczoru, czy raczej nocy wyborczej, czeka na mnie Emmanuel. Oczywiście Tonny, fantastyczny gitarzysta z Australii, na którego koncert wybieram się do Wrocławia. A potem, jak już pisałem kiedyś, wróci nuda, czyli normalna praca, decydująca o obliczu miasta. Od mądrości świdniczan zależy, komu zostanie powierzone jej wykonanie.

środa, 17 listopada 2010

Wyjątkowe miasto

Czy pisałem już, że Świdnica jest wyjątkowym miastem? Nawet, jeśli tak, to powtórzę, że istotnie jest. I do bardzo dużej liczby argumentów przemawiających za tym stwierdzeniem, dodam jeszcze trzy z ostatnich dni. Wszystkie dotyczą kampanii przed wyborami samorządowymi.

Najpierw o tzw. michałkach. Od ośmiu lat naszym miastem i powiatem rządzi Wspólnota Samorządowa. Robi to całkiem nieźle, ale nie w tym rzecz. Chodzi mi o to, że stowarzyszenie, które nie składa się bynajmniej z niesfornych wesołków, zachowuje do siebie dystans, jakiego próżno szukać gdzie indziej. Raczej powszechne jest, że rządzący starają się zwykle dodać sobie powagi, nawet, jeśli na nią nie zasługują. W naszym stowarzyszeniu jest nieco inaczej. Poważnie traktujemy swe obowiązki, ale stać nas na żarty z samych siebie. Jeśli ktoś się ze mną nie zgadza, poproszę o przykłady miast, w których najważniejsi samorządowcy zdecydowaliby się zaprezentować z podobnym luzem, jak my w kolportowanej właśnie gazecie wyborczej Wspólnoty. Na plakacie prezydent występuje, jako tamburmajor w mundurku z epolecikami. Jeden z zastępców – grajek na fujarce, drugi – gitarzysta elektryczny. Przewodniczący Rady Miejskiej trąbi z wysokości, a przewodniczący Rady Powiatu „wymiata” na banjo. Wszyscy nasi kandydaci w wyborach pięknie wystrojeni w długie suknie lub koszulki z marynarskimi kołnierzykami tworzą „najbardziej zgraną orkiestrę”. Tylko jedno jest tu podane absolutnie serio. To podpis. „Wiele głosów, ale wspólne brzmienie: Świdnica – nasz wybór”.

Drugi „michałek” także dotyczy żartu. W Rynku powiesiliśmy bilbord z klaunem. W świecie polityki, nawet tej samorządowej, regułą stało się, że na agresję przeciwnika odpowiada się równie zaciekłym atakiem. Wspólnota Samorządowa zachowała się inaczej. My przetestowaliśmy poczucie humoru świdniczan, w tym naszych konkurentów. Komentarze na portalu internetowym, który zajął się sprawą świadczą o tym, że generalnie mieszkańcy miasta są ludźmi dowcipnymi. Przekonują o tym także wpisy internautów, którzy wyraźnie nas nie lubią. A jednak zachowali klasę, w większości celując we Wspólnotę ripostami wywołującymi śmiech. Skrajnie odmienny poziom zaprezentowali partyjni prominenci. I pod tym względem Świdnica, niestety wyróżnia się in minus. Gdzie indziej pewnie, pomimo maksymalnego wkurzenia na Wspólnotę, przedstawiciel Platformy zdobyłby się na bardziej błyskotliwy greps niż pan Robert Jagła. Rzucił on pod naszym adresem: „Niech lepiej wezmą się do roboty”. Oj, żeby nie wypowiedział tego w złą godzinę :-)

A na koniec, nie „michałek”, lecz rzecz całkiem poważna. 11 listopada odbyła się impreza, która w każdym czasie nie byłaby niezwykła, ale w trakcie burzliwej kampanii wyborczej jest czymś niecodziennym. Żeby nie było nudno (ciągle tylko Wspólnota i Wspólnota), nie będę się rozwodził, kto był pomysłodawcą i pomógł w jej przygotowaniu. Ważne jest, że Młodzieżowa Rada Ziemi Świdnickiej zorganizowała mecz charytatywny, w którym jedną z drużyn stanowiła wspólna reprezentacja komitetów wyborczych. Mimo zaciekłości kampanii, niszczenia plakatów i składania donosów do prokuratury kandydaci różnych opcji zgodzili się wspólnie wystąpić. Mało tego, dosyć zgodnie współpracowali na boisku. Dzięki temu nie wbili sobie żadnego samobója :-), a rywalom strzelili całkiem sporo goli. Jasne, że cel meczu był szczytny – pomoc chorej dziewczynce, więc głupio byłoby odmówić udziału. Ale mimo tego, nie ma chyba wielu miejsc w Polsce, gdzie komukolwiek przyszedłby do głowy podobny pomysł. I jak nie kochać miasta, w którym młodzież prawie samodzielnie, zaledwie w ciągu kilku dni jest w stanie przeprowadzić takie przedsięwzięcie i zapewnić zupełnie przyzwoitą liczbę widzów.

Tak, Świdnica naprawdę jest dynamicznym, kolorowym miastem, w którym żyją ludzie z fantazją. To jest naszym kapitałem na przyszłość, którego nie powinniśmy marnować, więc go pomnażajmy. Dlatego nie warto uprawiać czarnej propagandy wyborczej, która rozbija więzi społeczne. Warto natomiast sprawić, żeby po 21 listopada wpływ na bieg wydarzeń w mieście mieli ludzie, u których potwierdziła się zarówno zdolność do wytężonej pracy, jak i realizacji niestandardowych pomysłów. Parafrazując znane powiedzenie Jana Pietrzaka: wybierzcie nas, bo prawdopodobnie będzie lepiej, a przynajmniej weselej.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Popis wart uśmiechu

Kilku znajomych pytało mnie, dlaczego nie jestem bardziej aktywny w prowadzeniu bloga. Przecież trwa kampania wyborcza. Ponadto w świdnickich tygodnikach ukazała się malutka, jednomodułowa reklama zapraszająca do przeczytania na moim blogu tego, o czym milczy na swoim Janusz Solecki z SLD.
Wyjaśnienie jest proste – brak czasu. Oprócz wykonywania normalnych obowiązków wiceprezydenta, których szczególnie dużo jest pod koniec każdego roku (zamknięcie „starego” budżetu i przedstawienie „nowego”), kieruję także kampanią wyborczą Wspólnoty Samorządowej w Świdnicy. A ponieważ uznałem, że ważniejsze dla wyniku w wyborach jest dopracowanie przedsięwzięć wspólnych niż moje solowe działania, nie pisałem zbyt często. Praktycznie, w ogóle nie prowadziłem swojej indywidualnej kampanii.

Jednak ku satysfakcji jednych, a rozpaczy innych, nie oceniam liczebności tych grup czytelników ;-), w zasadzie kampania Wspólnoty dobiega końca i mogę trochę więcej uwagi poświęcić nowym wpisom. Nie oznacza to jednak, że będę zamieszczał je dwa razy dziennie. Mimo treści ogłoszenia prasowego nie zmienię też nazwy i charakteru swego bloga na „Antysolecki”. Gdy rok temu zaczynałem pisać, założyłem sobie, że będę starał się zdecydowanie różnić od radnego Janusza. Do tej pory, moim zdaniem, w zasadzie udawało się to. I niech tak pozostanie. Bo przecież pisanie o tym, o czym on milczy, nie oznacza reagowania na każdą jego wypowiedź, z którą się nie zgadzam. Bardziej niż komentowanie jego głupstw interesuje mnie pokazywanie rzeczy pozytywnych, nawet gdy on maluje Świdnicę w czarnych barwach.

A jest, szczególnie ostatnio, wiele tematów do polemiki. Dzisiaj krótko o jednej – wieszaniu reklam wyborczych na budynkach. Na ostatniej sesji Rady Miejskiej, a potem na swoim blogu Janusz Solecki nie pozostawił na prezydencie przysłowiowej suchej nitki, bo na budynkach miejskich pojawiły się bilbordy Wspólnoty Samorządowej. Zdaniem radnego utrudniamy dostęp do nieruchomości komunalnych innym ugrupowaniom, które także chciałyby z nich korzystać. Według radnego naszym błędem jest też trzymanie się zapisów uchwały rady z 1996 roku dotyczącej wieszania reklam. Powinniśmy, według niego, organizować jakieś przetargi.

No, pięknie. To, po kolei. Źle, że kierujemy się uchwałą z 1996 roku? A kto jest jej autorem? Na archiwalnym egzemplarzu, pod uzasadnieniem widnieje podpis i pieczątka – wiceprezydent Janusz Solecki. Czy przywołana uchwała wymaga organizowania przetargów dla komitetów wyborczych? Nie. Jeśli powinno się je, mimo braku obowiązku, przeprowadzać, to ile takich przetargów zorganizowali nasi poprzednicy, gdy sprawowali władzę? Zero. Jeżeli utrudniamy dostęp do miejskich budynków konkurentom, to ile stosownych wniosków złożyli? Dwa. Oba przed sesją, oba załatwiłem pozytywnie. Dlatego w Rynku pod bilbordem Wspólnoty wisi baner SLD. Kto jest na nim wymieniony, jako lider listy wyborczej? Janusz Solecki. Kto, w świetle tego wszystkiego, jest bajkowym Jasiem? Wiem, ale nie powiem.

Janusz Solecki ujawnia też wstrząsający fakt, że korzystamy z elewacji prywatnego budynku. Domyślam się, że to nie dobrze. Nie domyślam się natomiast, gdzie powinniśmy umieszczać nasze reklamy, skoro na budynkach miejskich – źle, a na prywatnych – jeszcze gorzej. Ale poruszany przez radnego wątek styku polityki i prywatnych interesów jest bardzo ciekawy, nawet pomijając, że sprawy opisane przez niego mają się inaczej, niż je przedstawia. Na pl. Wolności od bardzo wielu lat straszy (pardon) rozbabrana budowa. Jest to skandaliczny przykład koszmarnej samowoli budowlanej popełnionej na gruncie będącym własnością Miasta w czasie, gdy Świdnicą rządziła lewica, a prezydentem był Adam Markiewicz. Polubowne próby wyprowadzenia stamtąd sprawcy samowoli nie dały rezultatu. Pozwaliśmy go do sądu, a on zwrócił się o pomoc do radnych. Obecnie przy jednym z centralnych skrzyżowań miejskich, na nieotynkowanej ścianie z pustaków wisi wielki baner wyborczy Adama Markiewicza. Czy zdaniem Janusza Soleckiego jest to sytuacja dwuznaczna? Nie pytam, bo znam odpowiedź. Podobnie jak na pytanie, jak należy traktować tego typu interpelacje? Moim zdaniem, jako marny popis politycznego kuglarstwa. Popis, którego autorem nie jest wyłącznie SLD. Popis, który wymaga odpowiedzi. Udzielimy jej. Już za moment. Bez zacietrzewienia. Z uśmiechem.

I to zaproszenie do uśmiechania się niech będzie pozytywnym przesłaniem obecnego wpisu. A jutro być może, jeszcze coś napiszę. I postaram się, żeby dotyczyło to spraw wywołujących zdecydowanie bardziej pogodny nastrój.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Chwała blogerowi! Wiwat PKWN!

Zastanawiałem się nad tematem, na który mógłbym, nie agitując na rzecz Wspólnoty Samorządowej, napisać coś bardzo pozytywnego, optymistycznego. Internet podsunął mi pomysł. Pochwalę naszą konkurencję polityczną. A konkretnie radnego SLD Janusza Soleckiego. Jak to dobrze, że prowadzi swój blog. Inaczej ludzkość nie uzyskałaby tak wielu, zdaniem radnego, prawdziwych informacji. Poniżej kilka z nich, pochodzących z ostatnich wpisów.

Pan radny poinformował, kto wygrał zorganizowaną przez Świdnickie Stowarzyszenie Kupców i Przedsiębiorców debatę kandydatów na prezydenta. Według Janusza Soleckiego zwycięzcą okazał się Adam Markiewicz, a zaraz za nim uplasował się Mariusz Barcicki. Obserwując to wydarzenie na żywo i po wysłuchaniu opinii kilku członków Stowarzyszenia zapraszającego polityków, miałem inną ocenę. Teraz widzę, że muszę to jeszcze przemyśleć. Chyba, że Janusz Solecki pisze o jakimś innym spotkaniu. Może z udziałem znanego kandydata z północy Polski – pana Kononowicza?

Janusz Solecki tłumaczy również maluczkim, że źle się stało, bo zagraniczni inwestorzy wybudowali u nas fabryki. Zdaniem radnego, najgorsze jest, że przyczynił się do tego sam prezydent Murdzek, budując bocznicę kolejową dla Electroluxa. Jeśli nasze małe rozumki nie ogarniają w pełni potworności tego czynu, powinniśmy przeanalizować podane na blogu liczby: koszt bocznicy - 4.3 mln zł, czynsz dzierżawny – 3 tys. rocznie. Wniosek – prezydent kosztem „swoich” marnotrawi nasza krwawicę i robi prezenty „obcym”. Zdradzę tajemnicę, że Wojciech Murdzek jest wręcz zdruzgotany niewdzięcznością kapitalistów (w tym świdnickich, bo także inwestują w strefie ekonomicznej). My im podarowaliśmy bocznicę, makroniwelację i przyłącza infrastruktury, a oni zrealizowali inwestycję „tylko” za 258 mln i zatrudnili „tylko” 636 pracowników. To woła o pomstę do nieba! I nie zmienia tej oceny fakt, że ofiarowanie „obcym” torów za 4.3 mln spowodowało, że „swoi” zarabiają tam rocznie, ostrożnie szacując, 11.5 mln (jeśli założyć, że średnie wynagrodzenie jest nie większe niż 1500zł/miesiąc), a budżet uzyskał nowe dochody z podatków (od czasu powstania strefy przemysłowej wpływy prawie się podwoiły). Gdyby miastem rządziło SLD, do takich skandali na pewno by nie doszło. Niestety, mieszkańcy wolą nieudaczników ze Wspólnoty Samorządowej niż ekspertów z SLD. Może, gdy poczytają blog Janusza Soleckiego, sytuacja się zmieni.

Dzięki blogowi pana Janusza wyjaśniło się też, dlaczego drogie są przedszkola. W swej naiwności sądziłem, że podniesienie opłat spowodowane zostało bezsensownymi decyzjami rządu. Do niedawna wszyscy rodzice płacili niewiele. Teraz minister zakazał pobierać opłaty za pięć godzin spędzonych przez malucha w ośrodku w danym dniu. W rezultacie matka pracująca długo np. w Biedronce płaci, bo wiele godzin dziecko przebywa w przedszkolu. Jej sąsiadka wykorzystująca placówkę, jako chwilowe miejsce opieki na czas, w którym sama pędzi do kosmetyczki, fryzjera i na kawę do znajomej – nie płaci. A winny jest, zdaniem Janusza Soleckiego, Wojciech Murdzek, bo w mieście podobno wszystko, dla wszystkich powinno być za darmo. Na razie rządowe wizje wychowania przedszkolnego kosztować będą świdnickich podatników 9 mln rocznie. Radny nie napisał ile dopłacimy do ministerialnych aberracji, jeśli SLD dojdzie do władzy w Świdnicy.

Niezwykle trafne jest, dokonane przez autora bloga odkrycie podobieństwa pomiędzy Wojciechem Murdzkiem i Saddamem Husajnem. Co prawda, dotychczas prezydent często krytykowany był przez pana Janusza za zbyt pogodny uśmiech, a iracki dyktator miał opinię człowieka dosyć ponurego, nie znającego się na żartach. Ale skoro wpisy radnego są tak prawdziwe, jak wyśmienity jest styl jego dowcipów („…. nawet błazny przestały się śmiać”), to chyba rzeczywiście wypada zachować powagę. I cierpliwie czekać, bo być może wkrótce dowiemy się od niego jeszcze większych rewelacji na temat podobieństw jego samego i najbliższych mu towarzyszy do znanych postaci (np. radny Janusz Szalkiewicz bliźniakiem Boba Marleya???). Cóż, Janusz Solecki- mądry jak Leszek Balcerowicz, elokwentny jak Joanna Senyszyn, twardy jak Chuck Norris (nie je miodu, żuje pszczoły). Trudno znaleźć sobowtóra. Może sam go ujawni. Zachęcam do dalszego czytania jego bloga. Bo na nim jak w pamiętnym Manifeście PKWN prawda, cała prawda i tylko prawda.

niedziela, 24 października 2010

Lepszy beton niż kamikadze

Gdy w ostatnich dniach śledzę informacje medialne (także dotyczące wydarzeń w Łodzi) najczęściej myślę sobie – jak to dobrze, że jesteśmy powiatowym miastem, w którym etykiety polityczne nie mają wielkiego znaczenia. Wzrastająca niechęć (może czasem nawet nienawiść) zwolenników PO, PiS i SLD w Świdnicy nie jest, aż tak bardzo, zauważalna. Z kilku powodów.

Po pierwsze, chociaż ogólnopolska histeria polityczna na pewno udziela się w pewnym stopniu świdniczanom, mamy własne, lokalne powody do różnicy zdań. Są one bliższe naszego życia. Możemy się na przykład spierać, czy remont ulicy Łukowej był udany. Są tacy, którzy wbrew opinii większości mieszkańców uważają, że Łukowa kiedyś wyglądała lepiej. Inni nie pamiętając, że podczas robót wymieniono także kompletnie sypiącą się infrastrukturę podziemną, mogą krytykować, ich zdaniem, wysokie koszty. Jednak dyskusja dotyczy konkretu – ważna jest architektura i pieniądze, a nie to, czy ktoś jest lepszym patriotą od innych.

Po drugie, lokalne media nie napuszczają samorządowców przeciwko sobie tak bardzo, jak robią to media centralne wobec najważniejszych w kraju polityków. Jeśli nawet publikuje się nieprawdę lub głupstwa, wynika to bardziej z niedbalstwa lub chwilowej złośliwości autora, niż z linii programowej redakcji.

Po trzecie, w Świdnicy ważną rolę odgrywa „Wspólnota Samorządowa”. Po prostu, przedstawiciele partii politycznych nie mają powodów skakać sobie tak bardzo do oczu, skoro istnieje wspólny przeciwnik w postaci samorządowego stowarzyszenia. Wystarczy prześledzić wydarzenia mijającej kadencji lub przebieg sesji Rady Miejskiej i Rady Powiatu. Wszyscy wiedzą, że dobrze funkcjonujące koalicje WS – PO – PiS zostały rozbite na rozkaz posłów, którzy po zaaklimatyzowaniu się w Warszawie przestali rozumieć, czym jest samorząd. Świdnicę zaczęli traktować, jak pole bitwy o partyjne wpływy. Jednak dzięki temu, że ugrupowanie prezydenta Wojciecha Murdzka zajmuje się pracą, nie politykowaniem, a zarządza miastem i powiatem dobrze, nasi partyjni konkurenci nie mają łatwego zadania. Pozostaje im licytacja, kto bardziej „dokopie” Wspólnocie. Czasem łączą siły. Na szczęście efekt ich działań jest taki, że póki, co, agresja polityków nie wylewa się na ulice.

Nie można udawać, że nie ma jej w ogóle. Jeśli ktoś ma wątpliwości, przekona się o jej istnieniu, zaglądając choćby na internetowe fora dyskusyjne. Czytając niektóre wpisy (zawsze anonimowe) na dowolny temat, nie mam wątpliwości, że ich autorzy ulegli psychozie politycznej nawalanki i nawet nie ukrywają swej wściekłości. Warto też zauważyć, że pojawiają się próby przeniesienia do nas bezsensownych konfliktów, rozpalających emocje w Polsce. Przykładem tego jest pomnik Jana Pawła II, który próbuje wybudować lokalne, apolityczne stowarzyszenie. Choć nic nie zapowiada, by użyte były do tego publiczne pieniądze, usiłuje się przeciwko pomnikowi protestować właśnie z powodu rzekomego zaangażowania środków miejskiego budżetu. Gołym okiem widać, że jest to cyniczna chęć wywołania antyklerykalnej krucjaty, która dobrze się sprzedaje w centralnych mediach.

W gruncie rzeczy od nas, świdniczan zależy, czy wirus nienawiści skutecznie zaatakuje nasze lokalne środowisko. Nie musi tak być. Dyskusje na tematy zastępcze, populizm i ideologia nie muszą zdominować naszego myślenia także podczas trwającej kampanii samorządowej. Żyjemy w mieście, w którym mamy mnóstwo twardych, niepodważalnych dowodów, że więcej dobrego udaje się zrobić, gdy nie prowadzimy politycznych wojen, lecz „robimy swoje”. Jeśli chcemy, żeby tak dalej się działo, stawiajmy nie na demagogów, lecz praktyków budujących fabryki, domy i ulice. Nawet, jeśli ktoś złośliwy dopatrzy się na nich zbyt dużo betonu, pewnie nie spotka tam sfrustrowanych polityką kamikadze, gotowych w swym zaślepieniu walczyć do upadłego, wszystko jedno, jaką metodą.

niedziela, 17 października 2010

Mistrzowie nicnierobienia

Publiczne przedstawienie koncepcji rewitalizacji Parku Centralnego wywołało, co zrozumiałe, dyskusję. Niestety, jej rzeczowość ogranicza trwająca kampania wyborcza. Jest ewidentne, że wiele formułowanych opinii jest luźno związanych z faktami, natomiast bardzo ściśle wiąże się z nastawieniem dyskutujących do obecnej władzy miejskiej. Można postawić retoryczne pytanie – jeśli nie teraz się spierać w tej sprawie, to kiedy? No, właśnie. W związku z tym przedstawię swój punkt widzenia.

Po pierwsze, prawdą jest, że dbałość o parki nie była w ostatnich 8 latach priorytetem. Obrazowo uzasadnił to prezydent Murdzek. Mówił, że lepiej, jeśli miasto inwestuje w tworzenie nowych miejsc pracy, niż w strzyżenie trawników, na których biwakują setki bezrobotnych, bez nadziei na pracę. Warto jednak przypomnieć sobie także, kiedy ostatni raz parki były oczkiem w głowie rządzących. Czy może wtedy, gdy wiceprezydentami miasta byli czołowi krytycy obecnego stanu rzeczy Janusz Solecki i Andrzej Protasiuk? Czy to nie bezpośrednio po okresie rządów SLD zmuszeni byliśmy ze względów bezpieczeństwa rozebrać resztki zrujnowanego amfiteatru na ul. Sikorskiego? Czy zabytkowa altana i kopiec, na którym stoi, w parku przy ul. Armii Krajowej rozpadły się wskutek zniszczeń powstałych podczas ostatnich lat, czy z powodu braku należytej konserwacji przez kilkadziesiąt poprzednich? Czy stalowe dennice cystern, pełniące dawno temu rolę siermiężnych fontann w Parku Centralnym przerobiono na kwietniki, dlatego, że towarzysze z SLD przestali lubić szmer tryskającej wody? A może stało się tak, bo jeszcze pod ich rządami przestała działać instalacja wodociągowa, więc urządzili w fontannach kwietniki, a potem żelastwo tak skorodowało, że pozostało tylko wywieźć je na złom?

Po drugie, zabierając głos w dyskusji, warto wiedzieć, jaki jest rzeczywisty stan parków dzisiaj. Zdumiałem się niezmiernie, gdy na którymś portalu przeczytałem, że w Parku Sikorskiego wszystkie ławki są zdewastowane. Podczas wakacji, gdy codziennie tam chodziłem, żeby poczytać książkę, nie były. Wybrałem się na spacer, żeby naocznie przekonać się, jak to wygląda. Stwierdzam: jedna ławka jest zdekompletowana. Jedna za dużo, ale jedna na kilkadziesiąt. Obszedłem inne parki – proporcje wyglądają podobnie. Zgoda, nasze parki są niedoinwestowane, tylko częściowo oświetlone, z nierównymi alejkami i rzadko koszoną trawą. Jednak można z nich korzystać i świdniczanie to robią.

Po trzecie, utrzymanie parków kosztuje. Przez 4 minione lata wydaliśmy na to ponad 3,6 mln. Jeśli prawdą jest, że to kropla w morzu potrzeb, a efektów nie widać, postawmy pytanie, ile trzeba zapłacić, żeby zmiany były odczuwalne. Może dwa, trzy razy więcej? A jeśli tak, to czy powinniśmy rewitalizować Park Centralny dopiero, gdy odpowiednio wysoki standard uzyskają wszystkie pozostałe? Moim zdaniem, nie, bo jeszcze długo nie będzie stać nas na to. A nawet, jeśli zwiększymy nieco nakłady na bieżące utrzymanie parków, bez inwestycji pozostaną one byle jakie, niezgodne z oczekiwaniami i aspiracjami mieszkańców. Nadal będziemy mieć 80 hektarów (!) zieleni, która nie zadowala prawie nikogo. Moim zdaniem, lepiej jest, utrzymywać większość parków podobnie jak dzisiaj, ale jednorazowym wysiłkiem urządzić przynajmniej jeden z nich na najwyższym poziomie. Będzie on atrakcją odwiedzaną, gdy chcemy zaspokoić swoje najbardziej wyszukane potrzeby. W innych przypadkach korzystać będziemy z parków pozostałych, zasługujących na ocenę dostateczną, choćby nawet z minusem. Jest to według mnie działanie racjonalne, służące wszystkim.

Po czwarte, wielu jest wśród nas mistrzów świata w „nierobieniu czegoś”. Tacy ludzie, gdy tylko pojawi się jakiś śmiały pomysł, potrafią bardzo przekonywująco argumentować, że jest to projekt fatalny lub niewykonalny. Ogromnie dużo wysiłku włożą w uzasadnienie zalet powstrzymania się od jakiegokolwiek działania. Co nie przeszkodzi im krytykować także bezczynności. Wbrew tym pesymistom mamy odwagę wyznaczania odważnych celów i realizacji przynajmniej części z nich. Żeby się o tym przekonać, cofnijmy się pamięcią kilka lat wstecz, gdy zapowiadaliśmy stworzenie strefy ekonomicznej i łącznika z autostradą A4. „Mistrzowie nicnierobienia” byli w euforii. Pytali: jak Murdzek i Wspólnota Samorządowa mogą pleść takie nierealne głupoty?

Po piąte, chyba wiem, co będzie dalej. Pomimo marudzenia oponentów, zrealizujemy w najbliższej kadencji I etap Parku Światła. Być może uzyskamy wsparcie ze środków UE po roku 2012. Jeśli nie, w ramach budżetu też damy radę pokryć koszt 5 mln netto (gdzieś przeczytałem, że chodzi o 33 mln?!) Najzagorzalsi przeciwnicy projektu, jako jedni z pierwszych przyjdą obejrzeć widowisko woda – światło – dźwięk i posiedzieć na grających ławkach. Zaraz potem na forach internetowych wyleją żale na temat, ich zdaniem, niewłaściwych barw fontanny i źle dobranej muzyki w ławkach. Ale do parku będą chodzić regularnie. Podobnie było niedawno z ul. Łukową. Świdnicka „gwiazda” dużej partii politycznej podczas festynu na otwarcie stwierdziła, że wolała ulicę przed przebudową (?!). Parę dni temu, być może z wielkim niesmakiem, ale pozowała do zdjęć wyborczych właśnie na nowym deptaku.

Wszystko, o czym napisałem, nie zniechęca mnie. Zresztą podatnicy płacą mi, właśnie za to, żebym był aktywny i pracował bez względu na humory malkontentów. Słuchać opinii mieszkańców warto, zwłaszcza tych krytycznych. Ale trzeba iść do przodu, do przodu…

sobota, 9 października 2010

Centrum przesiadkowe- coś się zmieniło?

Coś mi się wydaje, że kandydat Platformy Obywatelskiej na prezydenta Świdnicy strasznie „zakiwał się” w prowadzonej kampanii wyborczej. Dąży do tego, żeby w mediach ciągle o nim mówiono – jest to zrozumiałe. Jednak coraz bardziej nie jest zrozumiałe to, co mówi on sam i jego otoczenie. I nie jest to wyłącznie problem kołowania zdezorientowanych wyborców. Pan Zbigniew Szczygieł zajmuje przecież ważne stanowisko, a to zobowiązuje. Jego słowa, jeśli poważnie je traktować, powinny mieć znaczenie i wyrażać poglądy władz samorządu województwa. Czy wyrażają?

Przyjrzyjmy się temu, co mówił ostatnio na temat linii kolejowej Wrocław- Świdnica. Podczas konferencji prasowej poinformował o wpisaniu wydatków na modernizację tej linii do wojewódzkiego wieloletniego planu inwestycyjnego. Jest to informacja konkretna i ciesząca nas nawet, jeśli się wie, że WPI wielokrotnie bywa zmieniany. (Na przemian pojawiające się i znikające pieniądze na „małą” obwodnice są tego wymownym przykładem). Czy jednak stanowiskiem władz województwa jest wypowiedziany na tej konferencji pogląd, że szynobusy mogły już od dwóch lat kursować tą trasą, gdyby nie niechęć Świdnicy do współfinansowania modernizacji linii? Pomijam niepomijalny fakt, że jest to całkowita nieprawda, a kłamstwo zawsze jest obrzydliwe. Natomiast zastanawiam się, jakie wnioski, będąc wiceprezydentem odpowiedzialnym za komunikację, powinienem wyciągnąć z tej wypowiedzi. Czy mam rozumieć, że przestały obowiązywać ustalenia, na mocy których zarząd województwa przejął na siebie obowiązek zajęcia się torami, a gminy utrzymaniem dworców?

Przecież z tego podziału obowiązków bezpośrednio wynikało przejęcie przez nas od PKP stacji Świdnica Miasto, żeby urządzić centrum przesiadkowe integrujące transport kolejowy i autobusowy. Nie potrafię także zrozumieć, o co chodziło Zbigniewowi Szczygłowi, gdy podczas konferencji powiedział: Bez tej linii centrum przesiadkowe nie ma sensu. Najpierw ta linia, a dopiero potem centrum. Czy autor tych słów dopiero teraz odkrył związek pomiędzy reaktywacją połączenia kolejowego z Wrocławiem a modernizacją dworca? Dla władz Miasta jest to oczywiste od zawsze. Dlatego wszystkie informacje niezbędne do zaprojektowania centrum uzyskiwaliśmy w Urzędzie Marszałkowskim. Stamtąd pochodzą dane dotyczące ilości kursów szynobusu, liczby przewożonych pasażerów oraz pozamiejskich linii autobusowych. Na podstawie podanego przez urzędników marszałka harmonogramu przejmowania przez niego od PKP torów, przyjęliśmy termin zakończenia budowy centrum. Ponadto data ta była zbieżna z terminami dostarczenia przez producenta zamówionych przez samorząd województwa szynobusów. Czy członek zarządu województwa nie ma o tym wszystkim pojęcia? Kiedyś wydawało mi się, że ma. Na przykład wiosną, gdy wobec dziennikarzy komplementował nasz projekt, zapowiadał jego wspieranie i potwierdzał, że jego atutem jest spójność z zamierzeniami władz województwa. Dokładnie z tego powodu eksperci dokonujący wstępnej oceny wniosków o dofinansowanie unijne przyznali nam największą ilość punktów. Czy coś się zmieniło? Czy bezsensowne działania Miasta niepotrzebnie wyprzedzają prace województwa? A może ślamazarność służb podległych Zbigniewowi Szczygłowi powoduje, że przemyślany, logiczny plan współdziałania obu samorządów na naszych oczach całkowicie się rozpada? Żeby łatwiej znaleźć odpowiedź na to pytanie, warto pamiętać jeszcze o jednym. Zbigniew Szczygieł zapowiada, że pociągi do Wrocławia kursować będą z końcem 2013 roku. Ale nieprzekraczalny termin realizacji zadań w działaniu „Transport miejski i podmiejski”, zgodnie z ogłoszonymi przez Urząd Marszałkowski zasadami naboru wniosków przypada na październik 2012. Logiczne jest więc, że centrum przesiadkowe z powodu reguł gry ustalonych przez zarząd województwa ze Zbigniewem Szczygłem w składzie, musi powstać ponad rok wcześniej niż pojadą pierwsze pociągi do Wrocławia. Co zatem miał na myśli członek zarządu twierdząc, że kolejność będzie inna? Czy nie jest to zakamuflowana informacja, że na unijną dotację nie powinniśmy liczyć?

Podczas wspomnianej konferencji prasowej szef sztabu wyborczego PO Rafał Ząbczyk uznał, że dworzec Świdnica Miasto jest za duży. Powiedział: My wolimy stawiać na sprawne połączenia, a nie na rozbudowę dworców kolejowych. My, czyli on i Zbigniew Szczygieł? W takiej sytuacji my, czyli ja i czytelnicy bloga chcielibyśmy poznać pomysły panów, jak „zmniejszyć” dworzec będący pod opieką konserwatora zabytków. Nieśmiało dodam, że dworca nie powiększamy. Gdyby panowie zapoznali się z projektem lub przynajmniej ze zrozumieniem czytali informacje prasowe na temat centrum przesiadkowego, wiedzieliby o tym. Zamierzamy zmodernizować budynek stacji, przedłużyć tunel pod torami i w miejscu magazynów zorganizować stanowiska odjazdowe autobusów. Część budynku głównego niepotrzebna do obsługi podróżnych będzie przeznaczona na inne cele. Na przykład przeniesiemy tu Biuro Strefy Płatnego Parkowania. Być może Zbigniew Szczygieł nie ma pojęcia, że o przejęcie część wolnych powierzchni ubiega się także firma, która na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego chce tam urządzić zapasowe Centrum Zarządzania Dolnośląską Siecią Szkieletową. Z pisma, jakie otrzymaliśmy wynika, że dzieje się to w ramach Indywidualnego Projektu Kluczowego dla województwa. Jeśli wiedza na ten temat jest równa znajomości stanu świdnickiej infrastruktury sportowej (niedawno Zbigniew Szczygieł zaproponował budowę od podstaw boisk oddanych do użytku w okresie ostatnich dwóch lat), przestaję się dziwić temu, co jest mówione podczas konferencji prasowych. Nie przestaje się jednak martwić, że publiczne wypowiedzi osoby piastującej tak eksponowaną funkcję wprowadzają tak wiele zamętu. Nie usprawiedliwia tego prowadzenie kampanii wyborczej.

Jeżeli natomiast dziwaczne komentarze dotyczące centrum przesiadkowego są zapowiedzią, że zamierza się pozbawić finansowania unijnego pomysł, o którym dotychczas wypowiadano się w samych superlatywach, niech zostanie to powiedziane wprost. Tak będzie uczciwiej.

Z projektem centrum przesiadkowego wiążą się ogromne nadzieje świdniczan. Włożyliśmy wiele wysiłku w przygotowanie bardzo dobrego wniosku o dofinansowanie inwestycji ze środków UE. Zresztą po raz drugi, gdyż w przeddzień wyznaczonego na 30 maja poprzednio terminu poinformowano o przesunięciu go na koniec września. W Świdnicy zrobiliśmy w tej sprawie wszystko, co można było zrobić. Czekamy na rozstrzygnięcia Zarządu Województwa. Pomimo zdumiewających wypowiedzi pana Zbigniewa Szczygła mamy nadzieję, że polityka i względy wyborcze nie będą miały prymatu nad racjami merytorycznymi.

wtorek, 28 września 2010

O pamięci i otwartych oczach

Czas samorządowej kampanii wyborczej przynosi jej uczestnikom, oprócz wielu kłopotów i czasem nadmiernych emocji, także jedną rzecz ewidentnie pozytywną. Zmusza do zrobienia bilansu mijającej kadencji. Proszę się nie obawiać, nie napiszę na swoim blogu referatu w rodzaju „Zrobione rzeczy fajne przez Murdzka i jego ferajnę” lub „Ku radości rodaków Świdnica jak mały Kraków”. Chcę tylko powiedzieć, że gdyby nie konieczność podsumowań, wiele rzeczy, które udało się zrobić, wyparowałoby nawet z pamięci ich współtwórców. Prawdopodobnie nie mieliby także świadomości, jak niepostrzeżenie małe liczby sumują się w liczby całkiem duże. Przekonałem się o tym na własnym przykładzie. Poniżej kilka drobnych ilustracji.

Przeglądając listę zrealizowanych inwestycji, zwróciłem uwagę na zadanie pod nazwą „Przebudowa ul. Mennickiej. Niby wiedziałem, ale nie pamiętałem już, że w ramach prac wykonano 10 nowych miejsc parkingowych. Cóż w tym niezwykłego? To zaledwie 10 stanowisk, a o ich deficycie słyszymy nieustannie. Jest on faktem niepodważalnym. Gdy jednak zebrałem informacje o wszystkich nowoutworzonych parkingach, okazało się, że powstało łącznie 250 miejsc postojowych. To także nie rozwiązuje całkowicie problemu. Spróbujmy sobie jednak wyobrazić sytuację, gdyby ich nie wybudowano…

Inny przykład – modernizacja jazu na Bystrzycy w pobliżu mostu na ul. Przyjaźni. Być może, mieszkając na co dzień w bliskości rzeki, zauważają go mieszkańcy Kraszowic. Chociaż i to nie jest pewne. Jakim cudem mieliby jednak pamiętać o nim pozostali świdniczanie, skoro nawet ja, mocno angażując się w wykonanie tego zadania, już praktycznie o nim zapomniałem? Po prostu, postawiłem krzyżyk oznaczający „załatwione” i zająłem się następnymi inwestycjami.

Jeszcze jedna, ostatnia rzecz – specjalna strefa ekonomiczna. Przyznam się, że wydawało mi się, że najważniejsze wydarzenia z nią związane dotyczą poprzedniej kadencji. Sam się zdziwiłem, gdy w swych materiałach natknąłem się na notatkę dotyczącą rozpoczęcia produkcji w fabryce „Forma System”. Nastąpiło to w 2008 roku, podobnie jak, otwarcie wielu innych. Według danych z grudnia 2009, powstało w tym zakładzie 16 miejsc pracy. (Docelowo będzie ich przynajmniej 50). Powie ktoś, cóż to jest kilkunastu zatrudnionych pracowników, gdy zarejestrowanych w PUP jest prawie 2.000 bezrobotnych? Gdy jednak zsumowałem dane z wszystkich fabryk wybudowanych na terenie świdnickiej podstrefy WSSE, uzyskałem wynik 1.760 nowych miejsc pracy! Łączna wartość inwestycji 700 mln zł! Także w fabrykach poza strefą powstało niewiele mniej miejsc pracy, bo 1.320. Czy łączna liczba 3.080 zatrudnionych robi wrażenie? Kto będzie miał odwagę powiedzieć, że nie, albo kwestionować znaczenie tego faktu zastrzeżeniami w rodzaju: tak, ale…; chociaż z drugiej strony…; być może jednak….Albo kto potrafi uzasadnić, że Miasto zamiast inwestować w infrastrukturę niezbędną dla powstania strefy, powinno najpierw wydać pieniądze z budżetu na aquapark lub odbudowę altanki w parku?

Jakie stąd płyną wnioski? Pierwszy, być może jest taki, że powinienem jeść mniej masła i łykać lecytynę, bo kiepsko z moją pamięcią. Drugi jest taki, że najważniejsze są konkrety. I nawet jeśli ktoś je przemilcza lub uporczywie usiłuje nadawać im dziwne znaczenie (ostatnio przeczytałem, że istotną wadą przebudowanej ul. Łukowej są kosze na śmieci, gdyż zdaniem dziennikarza przypominają nowoczesne rzeźby!? – buziaczki dla pani Redaktor), twarde fakty się obronią. Trzeci, najważniejszy, jest taki, że chcąc mieć zdolność rzetelnej oceny świdnickiej rzeczywistości, należy mieć szeroko otwarte oczy. Uwaga! – w tym miejscu, jako szef kampanii wyborczej Wspólnoty Samorządowej podstępnie przystępuję do agitacji. Warto wspierać swą zawodną pamięć, sięgając po „pomoce naukowe”. Jedną z nich jest nasza strona internetowa www.wspolnotasamorzadowa.org, na której pod koniec tygodnia pojawi się pewna nowość. Będzie można sobie przypomnieć, jestem przekonany, że w atrakcyjnej formie, wydarzenia mijającej kadencji. Już dzisiaj serdecznie zapraszam.

sobota, 18 września 2010

Nuda

Właśnie wróciłem do Świdnicy z krótkiego urlopu. Doprawdy, od razu rzuca się w oczy, że zanim premier ogłosił termin wyborów samorządowych, kampania wyborcza w naszym mieście ruszyła na całego. Widać to choćby w Internecie. Również bardzo uaktywnili się radni. Jeden przykład – składanie wniosków do budżetu na rok 2011.

W tym roku realizujemy w mieście 30 zadań inwestycyjnych różnej wielkości finansowanych z budżetu. Złośliwi mówią, że Świdnica to jeden wielki plac budowy (a radykałowie, że jeden wielki bajzel ;-) Tymczasem przedstawiciele klubu radnych Platformy Obywatelskiej, w ciągu kilku ostatnich dni złożyli w sumie 36 (!) propozycji zadań inwestycyjnych. Jeśli dodać do nich te, które już są w trakcie realizacji i będą w przyszłym roku kontynuowane oraz te, które przygotowaliśmy, a radni o nich nie pamiętają, uzbiera się jakieś 50 lub jeszcze więcej. A to przecież nie koniec, bo przecież niby, dlaczego np. radni PiS nie mieliby dotrzymać kroku konkurentom w generowaniu inwestycyjnych pomysłów. Czekam na ich wnioski i założę się, że spora ich ilość będzie zupełnie nowa, dotychczas nie zgłaszana.

Szczerze zdziwiłbym się, gdyby kolejnym krokiem opozycyjnych radnych w pracach nad budżetem nie były propozycje działań „prospołecznych” np. obniżenie stawek podatków, zwiększenie bonifikat przy zakupie mienia komunalnego, ograniczenie cen wody i odpłatności za przedszkola, zwiększenie ulg w przewozach MPK, wydłużenia czasu świecenia latarni ulicznych, zaopiekowania się każdym kotem i psem itp.

Żeby przynajmniej zachować pozory troski o zbilansowanie takiego budżetu, w którym lawinowo rosnąć mają wydatki, a jednocześnie spadać dochody, prawdopodobnie pojawią się ciekawe postulaty poszukiwania oszczędności. Zwłaszcza w dziedzinach, które w mniemaniu chłopków-roztropków szczególnie dobrze „sprzedają się” publiczności. Najpewniej w wydatkach na administrację (zużywać mniej papieru!) i promocję miasta (precz z Festiwalem Reżyserii Filmowej i Kongresem Regionów!).

Na szczęście kampania wyborcza trwa tylko niecałe 3 miesiące. Gdy już opadnie po niej pył bitewny i wyciszy się syreni śpiew demagogów, sytuacja wróci do normalności. Ktoś będzie musiał to wszystko krytycznie ocenić pod kątem realizowalności i przedstawić sensowną ostateczną wersję budżetu, który trzyma się realiów. Moim zdaniem, tym kimś będzie prezydent Wojciech Murdzek ze współpracownikami. I jestem przekonany, że gdy 5 grudnia okaże się, że mam rację, zdecydowana większość świdniczan odetchnie z ulgą. Bo w gruncie rzeczy większość z nas doskonale wie, że dobre sprawowanie władzy to nie to samo, co bujanie w obłokach, pisanie złośliwych komentarzy na forach internetowych i filozofowanie bez ponoszenia odpowiedzialności. Kampania wyborcza ma swój koloryt i specyfikę. Jeśli jednak po niej coś dobrego ma się wydarzyć, wymaga to cierpliwej, mądrej, konsekwentnej pracy. Czasem docenianej tak, jak w czwartek, gdy podczas uroczystej gali prezydentowi wręczono przyznany Świdnicy Dolnośląski Klucz Sukcesu. To wyróżnienie dla świdniczan budujących pozycję swojego miasta. Także przez dokonywanie rozsądnych wyborów osób rządzących naszą społecznością.

Tak, kampania wyborcza się rozpoczęła. A poza tym, wszystko całkiem normalnie. Wręcz nuda. Wreszcie zaakceptowaliśmy właściwy prototyp ławki przeznaczonej na ul. Łukową. Pierwsza właśnie stanęła, reszta w ciągu tygodnia. Wybrnęliśmy z impasu przy budowie wieży ratuszowej. We wtorek ruszają prace przy palowaniu fundamentów. Dzisiaj wpłynęło 6 ofert w przetargu na adaptację dworca Świdnica Miasto. Pewnie wybierzemy wykonawcę w najbliższych dniach. Dokonaliśmy wstępnej kwalifikacji osób ubiegających się o mieszkanie w wykańczanym właśnie budynku przy ul. Kopernika. Uzgodniliśmy przebieg dalszych prac na pl. Św. Małgorzaty. Rzeczywiście, wszystko normalnie. Mimo rozpoczęcia kampanii wyborczej. Całkowita, kompletna, zupełna, a przecież ważna dla Świdnicy i tak bardzo obchodząca mnie, ekscytująca nuda!

niedziela, 8 sierpnia 2010

Świdnicka obwodnica, czyli aby język giętki…

Na świdnickich portalach internetowych zamieszczono oświadczenie w sprawie budowy obwodnicy miasta podpisane: Liderzy Platformy Obywatelskiej w Powiecie Świdnickim. Nie jestem szczególnie przekonany, że szeregowi członkowie i sympatycy partii są zachwyceni formą i treścią tego wystąpienia. Mnie natychmiast po przeczytaniu przypomniał się gabinet polonistyczny w szkole, do której chodziłem. Na ścianie umieszczone było tam zdanie z wiersza Juliusza Słowackiego: „Chodzi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa.” Skąd takie skojarzenie? Po prostu sądzę, że tekst oświadczenia jest ciekawym materiałem do jednoczesnej analizy zdolności językowych i intelektualnych lokalnej elity PO. Wnioski z takich badań mogą być naprawdę zaskakujące, dlatego nie podejmuję się ich formułować. Ograniczę się tylko, pamiętając o cytacie z wieszcza, do skomentowania kilku fragmentów pisma.

Najpierw o tym, co dotyczy używania głowy. Ale jeszcze wcześniej przypomnę, że obwodnica składać się ma z dwóch odcinków. „Duża obwodnica” to droga spinająca od południa wyloty ze Świdnicy w kierunku Wrocławia i Wałbrzycha. Za jej budowę odpowiedzialna jest administracja rządowa tj. GDDKiA podległa Ministrowi Infrastruktury. „Mała obwodnica” od zachodu otoczy miasto, łącząc drogi wylotowe na Wałbrzych i Strzegom. Jej realizacja należy do samorządu województwa.

Czy te drogi już wybudowano? Może realizację, choć jednej z nich rozpoczęto? A może, przynajmniej ogłoszono przetarg lub uzyskano decyzję na realizację inwestycji drogowej (ZRID)? Niestety, nie. Na czym więc polega sukces, którego osiągnięcie wmawiają nam działacze PO? W końcu lipca dyrektor GDDKiA z Warszawy poinformował nas, że nie zleci wykonania projektu technicznego „dużej obwodnicy”, bo nie ma jej w planach realizacyjnych na lata 2008-2012. Ale, jeżeli nie przystąpi się teraz do projektowania, to ze względu na brak dokumentacji technicznej, nie ma szans, żeby świdnicka obwodnica była umieszczona w harmonogramie także na kolejny okres programowania. Nawet gorzej, bo grozi nam, że straci ważność uzyskana w lutym br. tzw. decyzja środowiskowa. Starania wrocławskiego oddziału GDDKiA o jej wydanie trwały od czerwca 2006 i kosztowały grubo ponad pół miliona złotych. W ich trakcie, w porozumieniu z samorządami stworzono ostateczną koncepcję programową i zlecono podziały geodezyjne. Wcześniej gmina i miasto Świdnica uchwaliły stosowne plany zagospodarowania przestrzennego. Jeśli decyzja „przeterminuje się”, okaże się, że po kilku latach intensywnych prac będziemy prawie w punkcie wyjścia, a przez to wykonana praca i pieniądze pójdą na marne.

Uwaga! Akapit najbardziej nudny! Nie umiałem zredagować go prościej. Osobom niecierpliwym zalecam przejście do kolejnego :)
Zdecydowanie lepiej wygląda sprawa „małej obwodnicy”? I chwała za to samorządowi województwa! Jednak liderzy powiatowi PO piszą rzeczy zdumiewające. Ich zdaniem w końcu maja Zarząd Województwa ze Zbigniewem Szczygłem w składzie, zabezpieczył w budżecie kwotę 32 mln zł na tę inwestycję. Z pisma marszałka Marka Łapińskiego z 25 maja nie wynika, żeby w budżecie była choćby złotówka. Na stronie internetowej Urzędu Marszałkowskiego, także nie ma potwierdzenia głoszonych przez działaczy PO rewelacji. Marszałek Marek Łapiński informuje o zapisaniu w wieloletnim planie inwestycyjnym 18.35 mln na obwodnicę i zamiarze ogłoszenia przetargu na budowę w tym roku. Jednak na sfinansowanie zadania wymagana jest kwota około 30 mln. Brakujące pieniądze być może będą pochodziły z UE. Nastąpi to jednak chyba nie wcześniej niż w połowie przyszłego roku, gdyż dopiero teraz zlecane jest niezbędne przy korzystaniu ze środków unijnych studium wykonalności z terminem jego sporządzenia do marca 2011. Jakby nie patrzeć, montaż finansowy tej inwestycji nie został zakończony, chociaż autorzy oświadczenia podają, że od dwóch miesięcy jest to oczywistym faktem. W obecnej sytuacji wątpliwe jest, więc wyłonienie w tym roku wykonawcy robót drogowych, chyba, że Zarząd Województwa zdecyduje się rozstrzygać przetarg mimo braku formalnych umów na dofinansowanie inwestycji. Jeśli tak postąpi, nie wiem, czy pan Zbigniew Szczygieł potrafi wytłumaczyć się, dlaczego zupełnie niedawno krytykował identyczną metodę postępowania przy realizacji naszego dojścia do autostrady A4. Jego słowa tak mocno wzięli sobie do serca radni powiatowi PO, że zdecydowali o przeprowadzeniu kontroli tej inwestycji przez Komisję Rewizyjną Rady Powiatu. Jeśli obecnie Platforma zmieniła zdanie, to dobrze. Ale, po co było tworzenie zamieszania wokół łącznika z autostradą?

Zupełnie nie rozumiem, co mieli na myśli autorzy oświadczenia pisząc, że Wspólnota Samorządowa oszukuje mieszkańców, że petycja kierowana do Ministra Infrastruktury wywrze skuteczną presję na rząd. Czy Platforma chce nam przekazać, że minister Cezary Grabarczyk z zasady nie przejmuje się wystąpieniami mieszkańców miast średniej wielkości? Czy nacisk będzie nieskuteczny, bo minister postanowił nie budować obwodnicy i zdania swego nie zmieni? A może nasza petycja nie jest potrzebna, bo minister wkrótce ogłosi, że nasza droga stała się priorytetem rządu? Ta trzecia możliwość najbardziej by nas ucieszyła. W świetle tego, co napisałem poprzednio, jest jednak najmniej prawdopodobna.

Ostatnia uwaga dotycząca tego, co w głowie, odnosi się do czytelnego w oświadczeniu przekonania autorów o absolutnie wyjątkowej roli odgrywanej przez Zbigniewa Szczygła. Nie przeszkadza mi specjalnie nawet, jeśli jego partyjni towarzysze z terenu powiatu uważają, że historia Dolnego Śląska rozpoczęła się właściwie w 2007 roku, gdy ich pupil rozpoczął przygodę z samorządem wojewódzkim. Chciałbym jednak, żeby promując swego lidera nie deprecjonowali dobrej woli i rezultatów aktywności wielu osób, które ewidentnie mają wkład w starania o wybudowanie obwodnicy. Myślę tu o pozostałych członkach Zarządu Województwa tej i poprzedniej kadencji, przedstawicielach wrocławskiego oddziału GDDKiA oraz zarządcy dróg wojewódzkich, a także samorządowcach i urzędnikach pracujących na terenie naszego powiatu. Żeby obwodnica Świdnicy powstała wymagany jest wysiłek wielu osób. Apeluję do działaczy PO o odrobinę realizmu. Sprawa tej inwestycji nie została jeszcze załatwiona, tylko dlatego, że praktycznie ogłosili to już panowie Zbigniew Szczygieł, Tomasz Kurzawa, Robert Jagła i Krzysztof Grudziński.

Na koniec, krótko o tym, co dotyczy sprawności językowej liderów powiatowej PO. Uwagi dotyczące stosowanej składni i stylu pominę, chociaż momentami są bardzo… oryginalne. Retoryka typowa dla „języka miłości” używanego przez ich partię. Nic specjalnego. Ot, taka prowincjonalna wersja „niesiołowszczyzny”. Nie ma nad czy się rozwodzić. Frapujące jest dla mnie jedynie zamieszczone na końcu oświadczenia, bez żadnych dopowiedzeń odrębne słowo „dziękujemy”. Komu? Za co? Czy należy je rozumieć w ten sposób, że zespół działaczy Platformy winszuje sobie nawzajem z powodu tak wielce udanego tekstu, który razem ułożyli? Czy raczej należy je potraktować, jako wyraz wdzięczności dla czytelników, którzy zechcieli produkt ich zbiorowej pracy przeczytać? Na wszelki wypadek, żeby ewentualnie nie uchybić szanownym działaczom, na ich „dziękujemy” odpowiadam uprzejmie: „Nie ma, za co. Doprawdy, nie ma.”

Ponieważ na oświadczenie PO oficjalnie zareagowała Wspólnota Samorządowa, w poniższym poście zamieszczam pełny tekst naszej riposty.

Zapraszamy PO do zbierania podpisów, obwodnica jest ważna dla mieszkańców

Treść oświadczenia działaczy Platformy Obywatelskiej, dotyczące trwającej akcji społecznej na rzecz budowy obwodnicy miasta jest dla nas ogromnym rozczarowaniem. Nie wiemy, dlaczego tak trudno zrozumieć przedstawicielom Platformy to, co jest zupełnie jasne dla licznych mieszkańców naszego miasta podpisujących się pod petycją w tej sprawie. Obywatele Świdnicy cztery lata temu przekonali się, że zbiorowe wystąpienie dotyczące tzw. odrolnienia może pomóc w zmianie krzywdzącego prawa. Podjęcie dzisiaj podobnych działań na rzecz powstania obwodnicy także ma realne szanse powodzenia!

Dlatego niepokoi nas, że lokalni politycy rządzącej partii z niezwykłą agresją zwalczają próbę jednoczenia świdniczan wokół ważnego celu tylko dlatego, że inicjatorem tych działań jest Wspólnota Samorządowa.
Osoby organizujące akcję zbierania podpisów i te podpisujące się pod listem do Ministra Infrastruktury i Marszałka Województwa nie kierują się sympatiami politycznymi, lecz przekonaniem, że warto upomnieć się o swe żywotne interesy w sytuacji, gdy wcześniejsze deklaracje administracji rządowej i wojewódzkiej nie są realizowane.

W ostatnich dniach pismem z Warszawy Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad poinformowała miasto, że uważa nawet „wykonanie dokumentacji technicznej za przedwczesne” i że odcinek południowy drogi nie jest uwzględniony do realizacji przed rokiem 2012.

Zdecydowanie lepiej sprawy mają się z „małą obwodnicą”, jednak nie są prawdziwe zawarte w oświadczeniu PO dane na jej temat. Być może z powodu niedostatecznej wiedzy, autorzy oświadczenia ewidentnie mylą liczby, fakty i procedury. W ten sposób szerzą dezinformację. A przecież chodzi nam wszystkim o rzecz oczywistą, żeby wojewódzka „mała obwodnica” powstała w tym samym czasie, co powiatowa inwestycja łącznika do autostrady A4 (wrzesień 2011). Zaawansowanie prac prowadzonych przez samorząd województwa nie daje wielkich nadziei na realność tego terminu. Dlatego uzasadniony jest doping do szybszego działania.
Powyższe fakty oraz termin tegorocznych wyborów do Sejmiku Województwa oraz przyszłorocznych wyborów do Sejmu przemawiają za trafnością wyboru momentu, w którym zainicjowaliśmy obecną akcję społeczną.

Nie uzurpujemy sobie prawa wyłączności do jej prowadzenia. Przeciwnie, będziemy się cieszyć, jeśli przedstawiciele Platformy Obywatelskiej wykorzystają w dobrym celu posiadane kontakty z członkami swojego rządu, posłami lub nowym Prezydentem RP. Jesteśmy gotowi wspólnie z lokalnymi działaczami PO organizować zbiórkę podpisów. Szczerze pogratulujemy im, jeśli robiąc to samodzielnie, uzyskają ich więcej niż Wspólnota Samorządowa. Uprzejmie prosimy tylko o jedno. Niech zechcą zauważyć, że ewentualne powstanie obwodnicy nie będzie samodzielnym dziełem wyłącznie ich faworyta Zbigniewa Szczygła. Bo nie umniejszając mu niczego, przecież jest tylko członkiem (i to od niedawna) Zarządu Województwa kierowanego przez Marka Łapińskiego. Decyzję o wpisaniu tej inwestycji do Wieloletniego Planu Inwestycyjnego województwa podjął poprzedni zarząd, gdy Zbigniew Szczygieł nie był jeszcze nawet radnym. A w końcu, powstanie obwodnicy miejskiej nie byłoby możliwe bez konkretnej pracy wykonanej w kolejnych latach przez samorząd miasta, gminy i powiatu. Ich porozumienie z 1999 roku stanowiło podstawę dalszych działań. Warto pamiętać, że prezydentem był wówczas Adam Markiewicz, wójtem Stanisław Wachowiak, a starostą Wojciech Murdzek. Jak wynika z oświadczenia Platformy Obywatelskiej, najwyraźniej nie mogą mu tego „przebaczyć” jej niektórzy działacze.

koordynator akcji Tadeusz Grabowski
Wspólnota Samorządowa Ziemi Świdnickiej

środa, 4 sierpnia 2010

1 sierpnia

Godzina 17.00 Zawyły syreny. Pamiętamy? Chcę pamiętać. Chwilę zastanawiam się – jak? Sięgam po album zespołu LAO CHE „Powstanie Warszawskie”. Wielokrotnie go już słuchałem i zawsze mam wrażenie, że trafia w sedno. Współczesna stylistyka, agresywne brzmienie nie przypominają powszechnie znanych powstańczych piosenek. Mimo tego wywołują emocje, powodujące, że nie można być obojętnym. Myślę, że odwołują się do pewnego doświadczenia przekazywanego przez pokolenia powojennej Polski w tak niezwykły sposób, że nawet u ludzi urodzonych wiele lat po wojnie powstaje wrażliwość pozwalająca odczuć to doświadczenie, jako swoje własne. Co mnie w czasie przesłuchania płyty najbardziej poruszyło? Napiszę o dwóch rzeczach.

Fragment piosenki „Godzina W”:
Tramwajem jadę na wojnę.
Tramwajem z przedziałem: nur fur Deutsche.
Z pierwszo-sierpniowym potem na skroni.
Z zimną lufą Visa w nogawce spodni.
Siekiera, motyka, piłka, szklanka.
Biało-czerwona opaska moja- opaska na ramie POWSTAŃCA,
W kieszeni strach i tytoń w bibule.
Ja nie pękam, idę w śmierć ot tak – na krótką koszulę.

To takie nasze, polskie. Imperatyw moralny, przez który jest czymś naturalnym, wręcz oczywistym rzucić wyzwanie wrogim potęgom i odpowiedzieć na wezwanie w godzinie próby. Nawet, jeśli rozsądek lub intuicja podpowiadają, że składana ofiara będzie przeogromna. Dowódcy i uczestnicy Powstania nie byli szalonymi straceńcami. Wręcz przeciwnie, zadziwiać może stopień osiągniętej przez Państwo Podziemne samoorganizacji i racjonalność myślenia. Tyle tylko, że po raz kolejny w historii Polski mieli do wyboru wyjście złe i jeszcze gorsze. Więc poszli ot tak – na krótką koszulę. Niepotrzebnie, bez szans zwycięstwa, bez sensu? Chociaż Powstanie upadło, a może dlatego, że upadło, odpowiedź udzielana była potem wielokrotnie. Stąd wzięły się symboliczne polskie miesiące: czerwiec, grudzień, sierpień, znowu grudzień i ponownie czerwiec. A podczas tych miesięcy ogromna liczba ludzkich decyzji, żeby po raz kolejny założyć biało-czerwoną opaskę. Mimo kapitulacji Warszawy i dziesięcioleci walki komunizmu o wykorzenienie dziedzictwa Powstania, ono ciągle w nas jest. Stanowi, być może, najcenniejszy składnik naszego myślenia o Polsce.

To dotyczyło pozytywnego myślenia i dobrych emocji. Są także te gorsze, negatywne. Na przykład piosenka „Czerniaków”. Odnosi się ona do heroicznej obrony ostatniego przyczółka nad Wisłą, dzięki któremu mogła nadejść pomoc od stojących po drugiej stronie rzeki Sowietów. Nie przyszła.
Czekałem na Ciebie Czerwona Zarazo,
Byś była zbawieniem witanym z odrazą.
Czerwonych z nami nie ma, jest za to Czerwonka,
hej że, hej że ha, nasza ostatnia Wieczornica.
Chociaż lewi jesteście, na prawym rzeki brzegu kucnęliście.
Druzja (tłum. przyjaciele)………………skurwysyny, nie przyszliście.

Czy ktoś w Polsce w ciągu ostatnich dziesięcioleci inaczej myślał o „zaprzyjaźnionym” Związku Radzieckim i „bratniej” Armii Czerwonej? Jeśli, to wyłącznie margines, bo przecież innej oceny nie miała nawet część popierających dyktaturę w PRL. To nieludzkie oblicze komunistycznego imperium, podobnie jak cynizm Zachodu, były po 1944 roku wielokrotnie potwierdzane. Skąd, więc tak często spotykane dążenie, aby za wszelka cenę sprawić, nawet wbrew naszym interesom, żeby państwa „starej” Europy traktowały nas jak swoich? A nie traktują! A w odniesieniu do Rosji, skąd u wielu naiwna wiara, że Rosja nie postrzega nas, jako potencjalnej ofiary, którą z biegiem czasu należy podporządkować? A tak nas właśnie postrzega! Po wstrząsie 10 kwietnia pojawiła się chyba realna szansa zmiany naszych odniesień. Nie została wykorzystana. Wątpię, aby ktokolwiek, może poza osobami związanymi z rządząca elitą, miał dzisiaj złudzenia dotyczące szans rzetelnego wyjaśnienia okoliczności smoleńskiej katastrofy. Czego możemy się spodziewać, skoro nawet rosyjskie media określają prowadzący sprawę państwowy MAK, jako instytucję uzależnioną od politycznego establishmentu Rosji ( w tym służb specjalnych) i na wskroś skorumpowaną?

Cóż, po odzyskaniu niepodległości w 1990 roku nie stworzyliśmy idealnej Polski. Jednak nawet ta, którą mamy, jest lepsza od widzianej oczami kapitulujących powstańców, wychodzących ze zrujnowanej Warszawy. To jest niezaprzeczalny fakt, który daje nam szanse na przyszłość. Nie musimy o niej myśleć z taką goryczą, jak śpiewa LAO CHE:
Nam jedna szarża – do nieba wzwyż,
I jeden order – nad grobem krzyż.

Jak pokazuje historia, marzenia o lepszej Polsce mogą się spełnić, jeśli dostatecznie wielu z nas jest gotowych dla niej żyć. Dlatego nastawiłem płytę dosyć głośno, żeby słyszeli tę muzykę także pozostali domownicy. A ja? Mam jeszcze jedną więcej motywację, żeby mimo późnej pory, w której kończyłem pisanie, rano pójść z ochotą do pracy.

niedziela, 25 lipca 2010

Uwaga, próchnożercy skubią!

Czy wie ktoś co to takiego Cerambyx credo lub Osmoderma eremita ? Nie? Trudno, podpowiem. Są to owady: kozioróg dębosz (respect! – największy wśród kózkowatych) i pachnica dębowa. Polskie nazwy także z niczym się nie kojarzą? A mnie owszem, od poniedziałku są już dobrze znane. Wszystko za sprawą uprzejmego pisma, jakie otrzymałem od Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska we Wrocławiu (skrót RDOŚ).

Pan dyrektor, jako życzliwy urzędnik zatroszczył się o dobre ułożenie współdziałania instytucji, którą kieruje z samorządami. W liście adresowanym do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast poprosił o przestrzeganie zaproponowanych przez siebie reguł postępowania w przypadku, gdy samorządy będą chciały usunąć drzewo rosnące w pasie drogowym. Podany został szczegółowy spis dokumentów, jakie powinny być przekazane w takim przypadku do RDOŚ. Między innymi, gdy zamierzamy wyciąć drzewo stanowiące potencjalne siedlisko wymienionych owadów, powinniśmy dysponować stosowną ekspertyzą entomologiczną, ponieważ gatunki te podlegają specjalnej ochronie. Czym zasłużyły sobie na tak wielki szacunek? Żeby się dowiedzieć sięgnąłem do Wikipedii i już wszystko jasne. Ich wyjątkową zasługą jest to, że żrą próchno!

Wydaje mi się, że to niezbyt wygórowane warunki, żeby cieszyć się specjalnymi względami. To jest chyba wręcz niesprawiedliwe w stosunku do mrówek, pszczółek i innych stworzeń powszechnie uznanych za pożyteczne. Ale ponieważ nie jestem ekspertem, nie wypowiadam się kategorycznie. Być może dla przetrwania naszej cywilizacji próchnożercy są wręcz absolutnie niezbędni? Problem polega jednak na tym, że troszcząc się o te owady, w konsekwencji chronimy także spróchniałe drzewa. Im bardziej spróchniałe, tym bardziej cenne dla kozioroga, ale tym groźniejsze dla ludzi. Zwłaszcza, jeżeli znajdują się tuż przy drodze, a tego właśnie dotyczy pismo, które otrzymałem.

Ten dylemat nie jest jednak najważniejszym powodem, dla którego piszę o wystąpieniu RDOŚ do samorządowców. Podjąłem ten wątek, ponieważ list pana dyrektora zawiera znamienną informację. Okazuje się, że w maju Sejm RP znowelizował ustawę o ochronie przyrody. Między innymi wprowadził obowiązek uzgadniania z RDOŚ zezwoleń na usunięcie drzew w obrębie pasa drogowego. Konsekwencje tego zapisu są następujące. Dotychczas, jeśli w Świdnicy jakiemuś drzewu ze starości groziło przewrócenie się na jezdnię lub chodnik, albo niebezpiecznie zasłaniało przejście dla pieszych, zarządca drogi występował do prezydenta o zgodę na wycięcie. Taki wniosek analizowano na miejscu i podejmowano rozsądną decyzję. Przypomnę, że w marcu rozważana była wycinka kilkudziesięciu lip przy ul. Westerplatte. Zgodzono się na usunięcie trzech (chyba dobrze pamiętam). Można dyskutować, czy o jedną za dużo, czy o dwie za mało. Ale czy jakikolwiek racjonalny argument przemawia za tym, że anonimowi urzędnicy we Wrocławiu trafniej ocenią sytuację i lepiej rozstrzygną sprawę niż my sami w Świdnicy? Wątpię.

Wiosną, z okazji obchodów dwudziestolecia samorządu terytorialnego, najważniejsi politycy PO, PiS, SLD i PSL wygłaszali frazesy na temat historycznej roli gmin w transformacji ustrojowej. W tym samym czasie posłowie, senatorowie i Bronisław Komorowski podpisujący ustawę doszli do zgodnego wniosku, że prezydenci, burmistrzowie i wójtowie mają za mało rozumu, żeby decydować o przydrożnych drzewach. W rezultacie wszystkie wnioski dotyczące takich spraw wędrują z każdej gminy do wojewódzkich siedzib RDOŚ, a stamtąd płyną w Polskę odpowiedzi lub rozpoczyna się bardziej obszerna korespondencja.

Gdy próbuję przemnożyć niezbędne do tego kartki papieru razy czas, kilometry, etaty i złotówki z dużo większą sympatią myślę o chrząszczach próchno żernych. Może jedzą byle co, ale czy pulpety, leniwe i ruskie z sejmowej restauracji są lepsze? (O kurcze, ale mi się napisało!) Poza tym efekty żerowania tych owadów nie są może takie złe w porównaniu z dorobkiem obecnych parlamentarzystów. A jakby nie liczyć, zapewnienie ochrony żukom o wiele mniej kosztuje niż utrzymanie towarzystwa, które żyje najwyraźniej na innej planecie. Na pewno nie obywatelskiej, samorządowej.

A żeby napisać także coś optymistycznego, na koniec jasno stwierdzę, że pismo dyrektora wrocławskiego RDOŚ do samorządowców jest, według mnie, dobrym ruchem. Niezależnie od obowiązującego prawa, wyrażona przez niego chęć zgodnej współpracy jest cenna. Jestem przekonany, że rozsądni ludzie potrafią znaleźć wspólny język w każdych okolicznościach.

wtorek, 20 lipca 2010

Świdnica lepsza niż stolica

I jak tu nie kochać Świdnicy? Jak nie przedkładać Polski powiatowej nad Polskę metropolitalną? Po raz kolejny zadaję sobie te pytania po zapoznaniu się z doniesieniami medialnymi z minionego weekendu.

Świdnica – Zlot Honda Gold Wind Club of Poland. W mieście pojawiło się około 300 motocykli z wielu krajów Europy. W ramach imprezy w piątkowy wieczór w Rynku odbyła się Parada Świateł, a w sobotnie południe Parada Narodów. Duże zainteresowanie mieszkańców. Nawet, jeśli nie we wszystkie gusty trafiały kolorowe światełka i inne gadżety, w które wyposażone były luksusowe maszyny, nie stanowiło to problemu. Miłośnicy tego stylu zachwycali się, inni pozostawali obojętni lub pokpiwali sobie z hollywoodzkiego stylu maszyn. Tak, czy inaczej była sympatyczna atmosfera, luz i bezpretensjonalna, fajna zabawa.

Warszawa – podobno też było kolorowo, grała muzyka i trwała zabawa, której najjaśniejszą gwiazdą był, jeśli wierzyć gazetom, poseł SLD Ryszard Kalisz. Impreza miała nazwę EuroPride. Była to defilada homoseksualistów, lesbijek i transwestytów, którzy postanowili publicznie afirmować swe preferencje seksualne. Siły tzw. postępu, w tym politycy lewicy umilili czas warszawiakom, wśród których nie wszyscy byli zachwyceni propozycją „kochających inaczej”. Dlatego w powietrzu furczały latające jajka i plastikowe butelki, a nawet kamienie. Interweniowała policja. Było bardzo wielkomiejsko, wręcz światowo, bo podobno urządzenie tej hucpy stanowi wielki zaszczyt dla stolicy.

Skoro mogę wybierać, to zdecydowanie wolę, gdy mrugają do mnie kolorowe diody w motocyklu Honda, niż „chłopcy” w kolorowych, jedwabnych pończochach. Sadzę, że podobnie uważa zdecydowana większość świdniczan, którzy, jestem pewien, nie zamieniliby udziału w naszej weekendowej paradzie motocykli na warszawską paradę odmieńców. W tym miejscu mógłbym powtórzyć, że Świdnica lepsza niż stolica i zakończyć pisanie. Pozostaje jednak niepokojące pytanie o przyszłość. Choć dzisiaj wydaje się to czystą abstrakcją, warto się zastanowić, co będzie, gdy komuś przyjdzie do głowy urządzić w naszym Rynku podobne widowisko, jak to warszawskie. Dlaczego taka perspektywa, jakkolwiek dosyć odległa, wydaje mi się prawdopodobna? Oto uzasadnienie.

Albert Camus sformułował w 1956 roku bardzo prowokacyjną tezę: „Dla opisania człowieka współczesnego wystarczy jedno zdanie – cudzołożyli i czytali gazety.” Pierwszy człon sformułowania wydaje się łatwiejszy do wytłumaczenia. Ale co z tymi gazetami? Mam swoją hipotezę. Wydaje mi się, że wybitny pisarz wyraził swą intuicję o tym, jak bardzo współczesna cywilizacja kształtuje powszechne opinie za pomocą presji części mediów. W efekcie stałego ich nacisku, powstaje pesymistyczne wrażenie, że zniknie krytycyzm i zdolność trzeźwego osądu rzeczywistości. Człowiek po prostu przestanie samodzielnie myśleć i będzie mu można wmówić wszystko lub prawie wszystko. W dziedzinie obyczajowej także. A on nie będzie już miał możliwości zauważenia, że to, co nienormalne stało się narzuconą normalnością. Będzie „czytał gazety”, żeby zdobyć jakieś moralne lub „naukowe” uzasadnienie dla nicości, którą być może będzie się brzydził, jednak w której będzie się coraz bardziej pogrążał.

Żeby trzymać się weekendowych wydarzeń – impreza EuroPride podobno miała na celu protest przeciwko brakowi tolerancji i panującej dyskryminacji mniejszości seksualnych. Ale tolerancję coraz częściej postępowy świat rozumie w ten sposób, że np. większość może tylko popierać ekscesy mniejszości lub siedzieć cicho. Nie wolno większości protestować, bo w ten sposób popełnia właśnie zbrodnię braku tolerancji lub posługuje się „językiem nienawiści”. W części europejskich krajów jest to czyn niedopuszczalny. Dlatego może trudno się dziwić, że obecna prezydent Warszawy nie zaryzykowała, jak 5 lat wcześniej Lech Kaczyński, odmowy zgody na przemarsz gejów. A mimo tego, nie uniknęła zarzutu dyskryminacji! Widziałem w telewizji jak poseł Jerzy Wunderlich z SLD tłumaczył, że przejawem dyskryminacji było to, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, wzorem prezydentów innych europejskich miast, nie zgodziła się kroczyć na czele pochodu. Czy bez ideologicznego bombardowania mediów, komukolwiek rozsądnemu przyszłaby do głowy tak absurdalna teza?

Inny przykład. W lutym dowiedzieliśmy się, że dwie sejmowe komisje zaaprobowały zmodyfikowane zapisy w Europejskiej Karcie Społecznej Rady Europy. Całemu Sejmowi RP zarekomendowano między innymi wykreślenie pewnego „nieludzkiego” zakazu obowiązującego w Polsce od 1935 roku. Dotyczył on pracy kobiet na przodku w kopalni. Jeśli wszystko pójdzie po myśli postępowców, wkrótce panie zasiądą za sterami kombajnów węglowych w najbardziej niebezpiecznych wyrobiskach. I pewnie powinny cieszyć się z tego osiągnięcia, które według lewicy także jest przezwyciężeniem dyskryminacji. Zdębiałem słysząc w radio uzasadnienie wygłoszone przez posłankę SLD: „Nadmiar ochrony także jest dyskryminacją”! Czy bez stałej propagandy robiącej wodę z mózgu, można zgodzić się z takimi idiotyzmami? Wątpię.

Ale ponieważ podobnych przykładów można znaleźć więcej, oczywiste jest, że nie są one elementami przypadku, lecz konsekwentnie prowadzonej indoktrynacji społeczeństwa. Wpływowa europejska lewica najwyraźniej znudziła się walką o typowe zdobycze socjalne. Marzy jej się realizacja celów bardziej ambitnych – całkowita przebudowa świadomości społecznej. I to wcale nie są to „strachy na Lachy”. Są kraje, w których to się już właściwie dokonało. Choćby Hiszpania, Belgia, Holandia. Nie miejmy złudzeń. Jeżeli w niektórych państwach dopuszcza się już adopcję dzieci przez pary homoseksualne lub eutanazję, do Polski ta fala także dotrze. Metoda działania pozostanie prawdopodobnie ta sama. Dążyć się będzie do stępienia poziomu wrażliwości społecznej i obniżenia poziomu odporności ludzi na absurdalne roszczenia poprzez oswajanie ich z różnymi przejawami „nowej cywilizacji”. Stopniować będzie się tylko radykalizm swych nieuzasadnionych żądań. Ich zwiastunem są parady w imię równości i tolerancji. Jednak na tym się nie skończy. Wszak lider SLD Grzegorz Napieralski nie ukrywa swej fascynacji hiszpańskim premierem Zapatero.

Dlatego dotychczasowe próby promowania pewnego rodzaju lewicowych idei przejdą nieuchronnie z wielkich miast do Polski powiatowej. Pod takimi sztandarami lewica nie wystąpi jeszcze w najbliższych wyborach samorządowych. Jednak za cztery lata, jestem pewien, że ta problematyka będzie obecna w kampanii wyborczej na każdym poziomie administracji. Możemy się bardzo zdziwić, gdy parada motocyklowa w 2014 roku, zbiegnie się w czasie z mityngiem transwestytów, podczas których jacyś kandydaci lewicy na radnych adorować będą przystojnych dżentelmenów ubranych w damskie ciuszki. Chyba, że ponad różnicami zdań w wielu sprawach świdniczanie zgodzą się, że w tej dziedzinie niech lepiej pozostanie, jak jest dzisiaj – Świdnica lepsza niż stolica.

środa, 14 lipca 2010

Oj, dzieje się, mimo upałów

Właśnie wróciłem z krótkiego urlopu na Kaszubach i byłem ciekaw, co wydarzyło się pod moją nieobecność. Najpierw zaglądnąłem na kilka świdnickich placów budowy. Dla ścisłości to najpierw budowy „zaglądnęły” do mnie. Kamienica, w której mieszkam praktycznie odcięta jest od świata wykopami w ramach przebudowy pl. św. Małgorzaty. Krótko mówiąc, doświadczamy wraz z sąsiadami takich kłopotów, jakie jeszcze niedawno były udziałem mieszkańców innych części placu. Ale da się przeżyć. Zwłaszcza, że ukończone już elementy inwestycji dają wyobrażenie o końcowym efekcie. Powinien być znakomity. Dlatego, chociaż jeszcze przez tydzień mam wolne i mógłbym dłużej pospać, z absolutnym spokojem przyjmuję rozpoczynający się od godz. 6 rano hałas pracujących maszyn. A przyznać trzeba, że tempo robót robi wrażenie. Dlatego wielki szacunek dla pracowników, którzy w takim upale dają radę tak efektywnie pracować.
Przy okazji warto w tym miejscu publicznie podziękować księdzu Waldemarowi Pytlowi i społeczności ewangelickiej. Życzliwie odpowiedzieli na moją prośbę o umożliwienie przejazdu przez teren parafii samochodom garażującym w remontowanej obecnie części placu. To duże ułatwienie dla kilkudziesięciu właścicieli samochodów.

W ciągu tygodnia sporo zmieniło się także na placu budowy wieży ratuszowej. Zrezygnowano z przecinania i ponownego montażu cennych łęków kamiennych, stanowiących dwustronne wejścia do obiektu. Wymyślono inną, mniej ryzykowną metodę wykonania fundamentów. Prace się toczą, chociaż z trudem, bo odsuwa się w czasie montaż dźwigu, który będzie podawał materiały bezpośrednio na plac budowy. Jednak powinno być wszystko dobrze, bo zauważyłem, że grupa odpowiedzialna za prowadzenie inwestycji coraz bardziej integruje się wokół wyznaczonego celu.

Wygląda na to, że na ostatnią prostą wychodzi też realizacja straganów kwiatowych w Rynku. Chociaż może lepiej nie ogłaszać jeszcze ostatecznego zakończenia zadania, nad którym ciąży chyba jakieś fatum. Ilość nieoczekiwanych kłopotów i fatalnych zbiegów okoliczności dotyczących ich realizacji była nieporównywalna do żadnej innej inwestycji. A gdy rozpoczynaliśmy, wydawać się mogło, mały pikuś – kamienna lada z dachem. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Tak ślimaczego tempa nie miała chyba żadna z budów prowadzonych przez MZN. Przychodzi mi nawet do głowy pewien pomysł na prezent, jaki podaruję budowniczym w dniu zakończenia prac.

Można by napisać po kilka zdań o każdej z prowadzonych inwestycji, ale wyszłaby z tego za duża „kobyłka”, bo jest ich bardzo wiele. „Wiadomości Świdnickie” poświęciły im w tym tygodniu rozkładówkę, na której opisano kilkanaście z nich. Także realizowanych przez inne niż Miasto podmioty. Jednak lista jest o wiele dłuższa i pewnie z tych samych powodów, co ja, autor reportażu musiał się ograniczać. Tylko dla porządku dodam, więc do tej listy jeszcze kilka pozycji. Przede wszystkim na Zarzeczu, nasz TBS oprócz budynku na ul. Kopernika rozpoczął budowę bloku przy ul. Kilińskiego. Kończy się realizacja kolejnego odcinka ulicy Bolesława Krzywoustego oraz przebudowa chodnika i jezdni przy ul. Wróblewskiego – dopełnienie uporządkowania otoczenia hali targowej. Trwają prace przy łączniku do A4, a jeśli samorząd wojewódzki w czymś nie nawali, powinniśmy także wybudować sygnalizację świetlną na skrzyżowaniu ul. Wrocławskiej, Saperów i Rzeźniczej. Jeszcze w lecie ogłoszony będzie przetarg na budowę ośrodka dla przeciwdziałania uzależnieniom przy ul. Westerplatte (nad rzeką) oraz modernizację ul. Śląskiej. Pracujemy także nad przygotowaniem i uruchomieniem w tym roku jeszcze dwóch innych inwestycji, na które świdniczanie na pewno zwrócą swą uwagę. Ale o tym, przy innej okazji. W każdym razie jest i będzie, co robić, gdy w poniedziałek wrócę do pracy.

Zrobię to bez żalu za minionym urlopem, bo inwestycje, które realizujemy naprawdę mnie „kręcą”. Zresztą inni, mimo lata, harują bez wytchnienia. Widziałem na pierwszej stronie „Tygodnika Świdnickiego” wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej w garniturze z krawatem wywijającego widłami pod sex shopem. Nie wiem, czy to wpływ tego miejsca, czy rezultat upałów, ale uśmiechnięta twarz wskazywała, że nawet najtrudniejsze wyzwania można podejmować z pogodą ducha. Tą determinację, a jednocześnie luz i poczucie humoru pana radnego warto docenić. Ja sam wolę jednak zająć się swoimi, nie mniej ciekawymi zajęciami, w myśl zasady, że każdy powinien robić to, co potrafi i uważa za najważniejsze. A, jak napisałem wyżej, inwestycje miejskie rzeczywiście mnie „kręcą”.

piątek, 2 lipca 2010

Najważniejsza...

Właściwie zakończyła się kampania wyborcza, w której kandydaci na Prezydenta RP prześcigali się w deklaracjach z cyklu „dla każdego coś miłego”. Wygląda na to, że od poniedziałku z kopyta ruszy budowa autostrad i wałów przeciwpowodziowych, wzrosną pensje i emerytury, przybędzie mieszkań, a nawet zaczniemy przygotowania do organizacji olimpiady. Żeby się nie rozdrabniać, od razu i letniej i zimowej. Wręcz można się dziwić, dlaczego nikt nie obiecał zorganizowania polskiej wyprawy na Księżyc. Do dopiero byłby hit!
Wiadomo, że do obietnic składanych podczas kampanii wyborczych należy podchodzić z dystansem. Nawet jeśli wypowiadający je kandydaci są przekonani o realności zgłaszanych propozycji, nigdy nie udaje się ich w pełni zrealizować. Nie czepiam się tego. Zwracam jednak uwagę, że pewna, coraz ważniejsza, sfera naszego życia jest zupełnie poza zainteresowaniem przyszłego prezydenta. Nawiązując do spotu reklamowego Bronisława Komorowskiego, można powtórzyć pytanie: konkretnie z jakiej części Polski są kandydaci? Odpowiedź brzmi: na pewno nie z części samorządowej!
Bo rzeczywiście, debatowano o gospodarce, służbie zdrowia i kwestiach światopoglądowych. Dopieszczano żołnierzy, rencistów, nauczycieli i bezdzietne małżeństwa. Ale nikt nawet nie zająknął się na temat samorządności. Zupełnie jakby kandydaci nie wiedzieli, że to decyzje podejmowane w miastach, powiatach i województwach coraz bardziej wpływają na naszą codzienność.
Nikt nie zaprzeczy, że przeprowadzona przed 20 laty reforma samorządowa udała się najlepiej ze wszystkich przeprowadzonych po 1990 roku. Jest tak, bo obywatele są w stanie uchwycić bezpośredni związek pomiędzy pracą swych radnych (wójta, burmistrza), a codziennym życiem. Żeby ich ocenić, wystarczy rozejrzeć się dookoła siebie, a nie polegać na tym, co powiedzą w ogólnopolskiej telewizji. Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego przyszły prezydent państwa ma wiele do powiedzenia o niezbędnych ułatwieniach dla przedsiębiorców, zmianach w prawie pracy, reformie armii, a milczy jak zaklęty na temat zniesienia ewidentnych barier w działaniu samorządu terytorialnego.
Kandydaci na prezydenta chętnie posługiwali się w swych polemikach przykładami konkretnych osób, szpitali i fabryk. To podobno robi dobre wrażenie, że są blisko ludzkich spraw. Jednak w gruncie rzeczy do Polski gminnej i powiatowej nawiązywali chyba tylko w związku z powodzią. Jeden próbował zwalić na wójtów odpowiedzialność za dziurawe wały. Drugi udowadniał indolencję administracji rządowej. Charakterystyczne, że nawet, gdy podczas ostatniej debaty licytowali się, która partia uchwali wyższe wynagrodzenia nauczycieli, nie raczyli wspomnieć o skandalicznym zjawisku typowym dla całego kraju. Subwencja oświatowa przekazywana przez rząd na utrzymanie szkół jest za mała. Na przykład w Świdnicy w tym roku, chociaż nie planujemy niczego nadzwyczajnego, dopłacimy do podstawówek i gimnazjów ponad 10 mln zł kosztem innych potrzeb miasta. Jestem za tym, żeby nauczyciele dobrze zarabiali. Zanim jednak centralna władza zrealizuje wyborcze obietnice, powinna wywiązać się ze swych elementarnych zobowiązań. Potem proszę bardzo, Platforma, PiS i inni mogą podnosić uposażenia każdemu, kto na to zasługuje .
Niestety, jest wiele przykładów, że świat wielkiej polityki nie ma zrozumienia dla instytucji, które są najbliżej obywatela. Na przykład Kongres Regionów w Świdnicy zgromadził wielu samorządowców z całej Polski. Parlamentarzyści i przedstawiciele rządu praktycznie go zignorowali. Moim zdaniem potwierdza to pogląd, że partie polityczne traktują sprawy lokalne przede wszystkim w kategoriach walki o swą sferę wpływów. Rzeczywiste możliwości, szanse i trudności gmin i powiatów są dla nich sprawą drugorzędną. Może z wyjątkiem problemów szpitali, których przyszłość jest od dawna polem politycznej batalii. Z tego wynika dla mnie jeden wniosek. Warto angażować się w wybory prezydenckie i parlamentarne. Jednak, tym bardziej, warto brać udział w wyborach samorządowych. Nasz pojedynczy głos ma w nich jeszcze większe znaczenie.
Ja sam, chociaż wyjeżdżam na wakacje, oddam głos w niedzielnych wyborach. To nic niezwykłego. Wszakże takiej ilości zaświadczeń uprawniających do głosowania w innych miejscach jeszcze nigdy nie wydawaliśmy. Zwykle jest ich trochę ponad 200. Tym razem zaopatrzyło się w nie 900 świdniczan. Nie dziwi mnie to. Także uważam, że niezależnie od tego jak oceniamy klasę polityczną, w tym panów Komorowskiego i Kaczyńskiego, prawdą jest, że „Polska jest najważniejsza”.

niedziela, 27 czerwca 2010

Świdnica ponad Rolls-Royce'm

Niech żałuje, kto nie był w świdnickim Rynku w piątkowe popołudnie. Rzadko można spotkać w jednym miejscu tak dużą liczbę luksusowych limuzyn marki Rolls-Royce i Bentley. Dominowały auta mające już kilkadziesiąt lat. Jednak pomimo upływu czasu, ich uroda pozostaje niezaprzeczalna. Wręcz promieniuje, co było wyczuwalne w komentarzach odwiedzających wystawę świdniczan. Znajomy zauważył, że nawet polski Fiat 125p stojący w towarzystwie bardziej sławnych kolegów, prezentuje się jakoś dostojniej.

Ciekawe były reakcje ludzi, którzy wcześniej nie wiedzieli o zlocie ekskluzywnych samochodów, a do Rynku przyszli z zupełnie innych powodów. Zaskoczenie było spore. Gdy się zorientowali, o co chodzi, często pojawiał się uśmiech. Ktoś powiedział: O, kurczę...

Podobne sytuacje, jeszcze częściej, mają miejsce w związku z innym powodem zamieszania, które pojawiło się ostatnio w Rynku. Wystartowała odbudowa wieży ratuszowej. Gdy stawiano ogrodzenie placu budowy, praktycznie nie było przechodnia, który nie zareagowałby co najmniej pytającym spojrzeniem. Bardzo wielu zagadywało, co się dzieje. Gdy odpowiadałem, że ruszamy z budową, nierzadko spotykałem się z niedowierzaniem. Po dwóch tygodniach tych wątpliwości już nie ma. Intensywne rozbiórki, wykopy i zgromadzony sprzęt budowlany nie pozostawiają znaków zapytania. Rozpoczęliśmy!!! I jak zwykle bywa w życiu, gdy cokolwiek nowego się tworzy, od razu przybyło także problemów. Do Rynku wjeżdża więcej samochodów, mieszkańcy bloku śródrynkowego muszą znosić hałas i kurz, właściciele sklepów obawiają się, zmniejszenia liczby klientów. Nie brakuje też trudności z samą budową. Dopiero po wykonaniu koniecznych robót rozbiórkowych okazało się, że nasza wiedza o starej wieży była niekompletna. Gdy dokopano się do jej fundamentów, musiała zostać podjęta decyzja o częściowej zmianie sposobu posadowienia konstrukcji. To z kolei zmusiło nas do niekonwencjonalnego postępowania z historycznymi łękami (to taki rodzaj łukowych sklepień), które są cenne, bo stanowią jedyny widoczny relikt zawalonej wieży. Przez specjalistyczną firmę będą przecięte na kilka (prawdopodobnie trzy) części i ostrożnie przesunięte obok. Po wykonaniu płyty fundamentowej wrócą na swoje miejsce. Kłopotliwe jest także ustawienie dźwigu o 50 metrach wysokości. Przeprowadzone pomiary nośności gruntu na jezdni Rynku wykazały, że jest ona zbyt mała. Dlatego dla zapewnienia całkowitego bezpieczeństwa w środę wykonane będzie palowanie w miejscu, gdzie znajdą się podpory żurawia. Dopiero po tym będzie on montowany.

Jest też cała masa pomniejszych kłopotów, ale wiem, że sobie poradzimy. Po pierwsze dlatego, że widzę, jak tworzy się i cementuje zespół ludzi związanych bezpośrednio z budową, którzy bardzo chcą i potrafią współpracować. Myślę o firmach wykonawczych, konserwatorze zabytków, inspektorach nadzoru, archeologu, projektantach, urzędnikach. Dla większości z nas ta inwestycja będzie najbardziej niekonwencjonalnym zadaniem, jakie kiedykolwiek wykonywaliśmy. Ja sam od czasu, gdy osiem lat temu nie rozstałem się „na chwilę” ze swym zawodem, nigdy nie odczuwałem tak bardzo jak teraz dreszczu pozytywnych emocji związanych z budową.

Po drugie zauważam wielką przychylność, z jaką większość świdniczan przyjęła rozpoczęcie prac. Bardzo wielu ludzi, nie zawsze znanych mi nawet z widzenia, stara się nawiązać rozmowę, ilekroć wchodzę lub wychodzę z placu budowy. Ostatnio jakiś człowiek opowiadał mi: „Panie, na własne oczy widziałem jak w 67 roku stara wieża dupnęła.” Oceniając wiek rozmówcy na nieco ponad 40 lat, musiałbym uznać, że ma nadzwyczajną pamięć. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że to co mówił, świadczyło o sentymencie do wieży, chociaż od dawna jej nie ma. I takich osób jest więcej. Gdyby zebrać wszystkich podających się za świadków katastrofy sprzed lat, świdnicki Rynek okazałby się chyba zbyt ciasny.

Co mają wspólnego Rolls-Royce i wieża ratuszowa? Bez wątpienia można bez nich żyć, bo nie są towarami pierwszej potrzeby. Ale jeśli je posiadamy, życie wydaje się lepsze. Fiat 125p w towarzystwie ekskluzywnych samochodów nabierał blasku, chociaż pozostawał tym samym pojazdem. Tym bardziej świdnicki Rynek, bez dwóch zdań już dzisiaj perła architektury, zyska na atrakcyjności. Jeśli mamy uzasadnione powody do dumy z naszej starówki, po wybudowaniu wieży nasza satysfakcja jeszcze się zwiększy. Jest przecież jakaś magiczna siła, jakieś niezwykłe, niezaspokojone pragnienie, które w każdej cywilizacji skłaniało ludzi do stawiania wież. Nie inaczej było przez wieki w Świdnicy. Dlatego jestem pewien, że atmosfera w Rynku, nieuchwytny i trudny do nazwania klimat całej Świdnicy zmieni się. Stanie się tak bez względu na to, ilu mieszkańców i turystów skorzysta z punktu widokowego lub spojrzy na panoramę miasta przez przeszkloną tarczę wieżowego zegara.

Prawie nikogo z nas nie stać na kupno Rolls Royce'a lub Bentley'a. Nie przeszkadza nam to jednak, cieszyć się ich pięknem. Podobnie wieżą będziemy się zachwycać, chociaż na jej odbudowę także nie byłoby nas stać, gdybyśmy liczyli tylko na własne pieniądze. Obowiązujące reguły dofinansowania rewitalizacji miast ze środków unijnych wykluczają wydanie ich na inne, bardziej przyziemne:) cele. A skoro tak, nie szkoda trudzić się z odbudową wieży ratuszowej. Gdy w przyszłym roku oddamy ją do użytku, każdy z nas, nawet na najbardziej luksusowe auta, będzie mógł spojrzeć z wysokości. I dobrze, bo Świdnica górą!