środa, 4 sierpnia 2010
1 sierpnia
Fragment piosenki „Godzina W”:
Tramwajem jadę na wojnę.
Tramwajem z przedziałem: nur fur Deutsche.
Z pierwszo-sierpniowym potem na skroni.
Z zimną lufą Visa w nogawce spodni.
Siekiera, motyka, piłka, szklanka.
Biało-czerwona opaska moja- opaska na ramie POWSTAŃCA,
W kieszeni strach i tytoń w bibule.
Ja nie pękam, idę w śmierć ot tak – na krótką koszulę.
To takie nasze, polskie. Imperatyw moralny, przez który jest czymś naturalnym, wręcz oczywistym rzucić wyzwanie wrogim potęgom i odpowiedzieć na wezwanie w godzinie próby. Nawet, jeśli rozsądek lub intuicja podpowiadają, że składana ofiara będzie przeogromna. Dowódcy i uczestnicy Powstania nie byli szalonymi straceńcami. Wręcz przeciwnie, zadziwiać może stopień osiągniętej przez Państwo Podziemne samoorganizacji i racjonalność myślenia. Tyle tylko, że po raz kolejny w historii Polski mieli do wyboru wyjście złe i jeszcze gorsze. Więc poszli ot tak – na krótką koszulę. Niepotrzebnie, bez szans zwycięstwa, bez sensu? Chociaż Powstanie upadło, a może dlatego, że upadło, odpowiedź udzielana była potem wielokrotnie. Stąd wzięły się symboliczne polskie miesiące: czerwiec, grudzień, sierpień, znowu grudzień i ponownie czerwiec. A podczas tych miesięcy ogromna liczba ludzkich decyzji, żeby po raz kolejny założyć biało-czerwoną opaskę. Mimo kapitulacji Warszawy i dziesięcioleci walki komunizmu o wykorzenienie dziedzictwa Powstania, ono ciągle w nas jest. Stanowi, być może, najcenniejszy składnik naszego myślenia o Polsce.
To dotyczyło pozytywnego myślenia i dobrych emocji. Są także te gorsze, negatywne. Na przykład piosenka „Czerniaków”. Odnosi się ona do heroicznej obrony ostatniego przyczółka nad Wisłą, dzięki któremu mogła nadejść pomoc od stojących po drugiej stronie rzeki Sowietów. Nie przyszła.
Czekałem na Ciebie Czerwona Zarazo,
Byś była zbawieniem witanym z odrazą.
Czerwonych z nami nie ma, jest za to Czerwonka,
hej że, hej że ha, nasza ostatnia Wieczornica.
Chociaż lewi jesteście, na prawym rzeki brzegu kucnęliście.
Druzja (tłum. przyjaciele)………………skurwysyny, nie przyszliście.
Czy ktoś w Polsce w ciągu ostatnich dziesięcioleci inaczej myślał o „zaprzyjaźnionym” Związku Radzieckim i „bratniej” Armii Czerwonej? Jeśli, to wyłącznie margines, bo przecież innej oceny nie miała nawet część popierających dyktaturę w PRL. To nieludzkie oblicze komunistycznego imperium, podobnie jak cynizm Zachodu, były po 1944 roku wielokrotnie potwierdzane. Skąd, więc tak często spotykane dążenie, aby za wszelka cenę sprawić, nawet wbrew naszym interesom, żeby państwa „starej” Europy traktowały nas jak swoich? A nie traktują! A w odniesieniu do Rosji, skąd u wielu naiwna wiara, że Rosja nie postrzega nas, jako potencjalnej ofiary, którą z biegiem czasu należy podporządkować? A tak nas właśnie postrzega! Po wstrząsie 10 kwietnia pojawiła się chyba realna szansa zmiany naszych odniesień. Nie została wykorzystana. Wątpię, aby ktokolwiek, może poza osobami związanymi z rządząca elitą, miał dzisiaj złudzenia dotyczące szans rzetelnego wyjaśnienia okoliczności smoleńskiej katastrofy. Czego możemy się spodziewać, skoro nawet rosyjskie media określają prowadzący sprawę państwowy MAK, jako instytucję uzależnioną od politycznego establishmentu Rosji ( w tym służb specjalnych) i na wskroś skorumpowaną?
Cóż, po odzyskaniu niepodległości w 1990 roku nie stworzyliśmy idealnej Polski. Jednak nawet ta, którą mamy, jest lepsza od widzianej oczami kapitulujących powstańców, wychodzących ze zrujnowanej Warszawy. To jest niezaprzeczalny fakt, który daje nam szanse na przyszłość. Nie musimy o niej myśleć z taką goryczą, jak śpiewa LAO CHE:
Nam jedna szarża – do nieba wzwyż,
I jeden order – nad grobem krzyż.
Jak pokazuje historia, marzenia o lepszej Polsce mogą się spełnić, jeśli dostatecznie wielu z nas jest gotowych dla niej żyć. Dlatego nastawiłem płytę dosyć głośno, żeby słyszeli tę muzykę także pozostali domownicy. A ja? Mam jeszcze jedną więcej motywację, żeby mimo późnej pory, w której kończyłem pisanie, rano pójść z ochotą do pracy.
niedziela, 25 lipca 2010
Uwaga, próchnożercy skubią!
Pan dyrektor, jako życzliwy urzędnik zatroszczył się o dobre ułożenie współdziałania instytucji, którą kieruje z samorządami. W liście adresowanym do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast poprosił o przestrzeganie zaproponowanych przez siebie reguł postępowania w przypadku, gdy samorządy będą chciały usunąć drzewo rosnące w pasie drogowym. Podany został szczegółowy spis dokumentów, jakie powinny być przekazane w takim przypadku do RDOŚ. Między innymi, gdy zamierzamy wyciąć drzewo stanowiące potencjalne siedlisko wymienionych owadów, powinniśmy dysponować stosowną ekspertyzą entomologiczną, ponieważ gatunki te podlegają specjalnej ochronie. Czym zasłużyły sobie na tak wielki szacunek? Żeby się dowiedzieć sięgnąłem do Wikipedii i już wszystko jasne. Ich wyjątkową zasługą jest to, że żrą próchno!
Wydaje mi się, że to niezbyt wygórowane warunki, żeby cieszyć się specjalnymi względami. To jest chyba wręcz niesprawiedliwe w stosunku do mrówek, pszczółek i innych stworzeń powszechnie uznanych za pożyteczne. Ale ponieważ nie jestem ekspertem, nie wypowiadam się kategorycznie. Być może dla przetrwania naszej cywilizacji próchnożercy są wręcz absolutnie niezbędni? Problem polega jednak na tym, że troszcząc się o te owady, w konsekwencji chronimy także spróchniałe drzewa. Im bardziej spróchniałe, tym bardziej cenne dla kozioroga, ale tym groźniejsze dla ludzi. Zwłaszcza, jeżeli znajdują się tuż przy drodze, a tego właśnie dotyczy pismo, które otrzymałem.
Ten dylemat nie jest jednak najważniejszym powodem, dla którego piszę o wystąpieniu RDOŚ do samorządowców. Podjąłem ten wątek, ponieważ list pana dyrektora zawiera znamienną informację. Okazuje się, że w maju Sejm RP znowelizował ustawę o ochronie przyrody. Między innymi wprowadził obowiązek uzgadniania z RDOŚ zezwoleń na usunięcie drzew w obrębie pasa drogowego. Konsekwencje tego zapisu są następujące. Dotychczas, jeśli w Świdnicy jakiemuś drzewu ze starości groziło przewrócenie się na jezdnię lub chodnik, albo niebezpiecznie zasłaniało przejście dla pieszych, zarządca drogi występował do prezydenta o zgodę na wycięcie. Taki wniosek analizowano na miejscu i podejmowano rozsądną decyzję. Przypomnę, że w marcu rozważana była wycinka kilkudziesięciu lip przy ul. Westerplatte. Zgodzono się na usunięcie trzech (chyba dobrze pamiętam). Można dyskutować, czy o jedną za dużo, czy o dwie za mało. Ale czy jakikolwiek racjonalny argument przemawia za tym, że anonimowi urzędnicy we Wrocławiu trafniej ocenią sytuację i lepiej rozstrzygną sprawę niż my sami w Świdnicy? Wątpię.
Wiosną, z okazji obchodów dwudziestolecia samorządu terytorialnego, najważniejsi politycy PO, PiS, SLD i PSL wygłaszali frazesy na temat historycznej roli gmin w transformacji ustrojowej. W tym samym czasie posłowie, senatorowie i Bronisław Komorowski podpisujący ustawę doszli do zgodnego wniosku, że prezydenci, burmistrzowie i wójtowie mają za mało rozumu, żeby decydować o przydrożnych drzewach. W rezultacie wszystkie wnioski dotyczące takich spraw wędrują z każdej gminy do wojewódzkich siedzib RDOŚ, a stamtąd płyną w Polskę odpowiedzi lub rozpoczyna się bardziej obszerna korespondencja.
Gdy próbuję przemnożyć niezbędne do tego kartki papieru razy czas, kilometry, etaty i złotówki z dużo większą sympatią myślę o chrząszczach próchno żernych. Może jedzą byle co, ale czy pulpety, leniwe i ruskie z sejmowej restauracji są lepsze? (O kurcze, ale mi się napisało!) Poza tym efekty żerowania tych owadów nie są może takie złe w porównaniu z dorobkiem obecnych parlamentarzystów. A jakby nie liczyć, zapewnienie ochrony żukom o wiele mniej kosztuje niż utrzymanie towarzystwa, które żyje najwyraźniej na innej planecie. Na pewno nie obywatelskiej, samorządowej.
A żeby napisać także coś optymistycznego, na koniec jasno stwierdzę, że pismo dyrektora wrocławskiego RDOŚ do samorządowców jest, według mnie, dobrym ruchem. Niezależnie od obowiązującego prawa, wyrażona przez niego chęć zgodnej współpracy jest cenna. Jestem przekonany, że rozsądni ludzie potrafią znaleźć wspólny język w każdych okolicznościach.
wtorek, 20 lipca 2010
Świdnica lepsza niż stolica
Świdnica – Zlot Honda Gold Wind Club of Poland. W mieście pojawiło się około 300 motocykli z wielu krajów Europy. W ramach imprezy w piątkowy wieczór w Rynku odbyła się Parada Świateł, a w sobotnie południe Parada Narodów. Duże zainteresowanie mieszkańców. Nawet, jeśli nie we wszystkie gusty trafiały kolorowe światełka i inne gadżety, w które wyposażone były luksusowe maszyny, nie stanowiło to problemu. Miłośnicy tego stylu zachwycali się, inni pozostawali obojętni lub pokpiwali sobie z hollywoodzkiego stylu maszyn. Tak, czy inaczej była sympatyczna atmosfera, luz i bezpretensjonalna, fajna zabawa.
Warszawa – podobno też było kolorowo, grała muzyka i trwała zabawa, której najjaśniejszą gwiazdą był, jeśli wierzyć gazetom, poseł SLD Ryszard Kalisz. Impreza miała nazwę EuroPride. Była to defilada homoseksualistów, lesbijek i transwestytów, którzy postanowili publicznie afirmować swe preferencje seksualne. Siły tzw. postępu, w tym politycy lewicy umilili czas warszawiakom, wśród których nie wszyscy byli zachwyceni propozycją „kochających inaczej”. Dlatego w powietrzu furczały latające jajka i plastikowe butelki, a nawet kamienie. Interweniowała policja. Było bardzo wielkomiejsko, wręcz światowo, bo podobno urządzenie tej hucpy stanowi wielki zaszczyt dla stolicy.
Skoro mogę wybierać, to zdecydowanie wolę, gdy mrugają do mnie kolorowe diody w motocyklu Honda, niż „chłopcy” w kolorowych, jedwabnych pończochach. Sadzę, że podobnie uważa zdecydowana większość świdniczan, którzy, jestem pewien, nie zamieniliby udziału w naszej weekendowej paradzie motocykli na warszawską paradę odmieńców. W tym miejscu mógłbym powtórzyć, że Świdnica lepsza niż stolica i zakończyć pisanie. Pozostaje jednak niepokojące pytanie o przyszłość. Choć dzisiaj wydaje się to czystą abstrakcją, warto się zastanowić, co będzie, gdy komuś przyjdzie do głowy urządzić w naszym Rynku podobne widowisko, jak to warszawskie. Dlaczego taka perspektywa, jakkolwiek dosyć odległa, wydaje mi się prawdopodobna? Oto uzasadnienie.
Albert Camus sformułował w 1956 roku bardzo prowokacyjną tezę: „Dla opisania człowieka współczesnego wystarczy jedno zdanie – cudzołożyli i czytali gazety.” Pierwszy człon sformułowania wydaje się łatwiejszy do wytłumaczenia. Ale co z tymi gazetami? Mam swoją hipotezę. Wydaje mi się, że wybitny pisarz wyraził swą intuicję o tym, jak bardzo współczesna cywilizacja kształtuje powszechne opinie za pomocą presji części mediów. W efekcie stałego ich nacisku, powstaje pesymistyczne wrażenie, że zniknie krytycyzm i zdolność trzeźwego osądu rzeczywistości. Człowiek po prostu przestanie samodzielnie myśleć i będzie mu można wmówić wszystko lub prawie wszystko. W dziedzinie obyczajowej także. A on nie będzie już miał możliwości zauważenia, że to, co nienormalne stało się narzuconą normalnością. Będzie „czytał gazety”, żeby zdobyć jakieś moralne lub „naukowe” uzasadnienie dla nicości, którą być może będzie się brzydził, jednak w której będzie się coraz bardziej pogrążał.
Żeby trzymać się weekendowych wydarzeń – impreza EuroPride podobno miała na celu protest przeciwko brakowi tolerancji i panującej dyskryminacji mniejszości seksualnych. Ale tolerancję coraz częściej postępowy świat rozumie w ten sposób, że np. większość może tylko popierać ekscesy mniejszości lub siedzieć cicho. Nie wolno większości protestować, bo w ten sposób popełnia właśnie zbrodnię braku tolerancji lub posługuje się „językiem nienawiści”. W części europejskich krajów jest to czyn niedopuszczalny. Dlatego może trudno się dziwić, że obecna prezydent Warszawy nie zaryzykowała, jak 5 lat wcześniej Lech Kaczyński, odmowy zgody na przemarsz gejów. A mimo tego, nie uniknęła zarzutu dyskryminacji! Widziałem w telewizji jak poseł Jerzy Wunderlich z SLD tłumaczył, że przejawem dyskryminacji było to, że Hanna Gronkiewicz-Waltz, wzorem prezydentów innych europejskich miast, nie zgodziła się kroczyć na czele pochodu. Czy bez ideologicznego bombardowania mediów, komukolwiek rozsądnemu przyszłaby do głowy tak absurdalna teza?
Inny przykład. W lutym dowiedzieliśmy się, że dwie sejmowe komisje zaaprobowały zmodyfikowane zapisy w Europejskiej Karcie Społecznej Rady Europy. Całemu Sejmowi RP zarekomendowano między innymi wykreślenie pewnego „nieludzkiego” zakazu obowiązującego w Polsce od 1935 roku. Dotyczył on pracy kobiet na przodku w kopalni. Jeśli wszystko pójdzie po myśli postępowców, wkrótce panie zasiądą za sterami kombajnów węglowych w najbardziej niebezpiecznych wyrobiskach. I pewnie powinny cieszyć się z tego osiągnięcia, które według lewicy także jest przezwyciężeniem dyskryminacji. Zdębiałem słysząc w radio uzasadnienie wygłoszone przez posłankę SLD: „Nadmiar ochrony także jest dyskryminacją”! Czy bez stałej propagandy robiącej wodę z mózgu, można zgodzić się z takimi idiotyzmami? Wątpię.
Ale ponieważ podobnych przykładów można znaleźć więcej, oczywiste jest, że nie są one elementami przypadku, lecz konsekwentnie prowadzonej indoktrynacji społeczeństwa. Wpływowa europejska lewica najwyraźniej znudziła się walką o typowe zdobycze socjalne. Marzy jej się realizacja celów bardziej ambitnych – całkowita przebudowa świadomości społecznej. I to wcale nie są to „strachy na Lachy”. Są kraje, w których to się już właściwie dokonało. Choćby Hiszpania, Belgia, Holandia. Nie miejmy złudzeń. Jeżeli w niektórych państwach dopuszcza się już adopcję dzieci przez pary homoseksualne lub eutanazję, do Polski ta fala także dotrze. Metoda działania pozostanie prawdopodobnie ta sama. Dążyć się będzie do stępienia poziomu wrażliwości społecznej i obniżenia poziomu odporności ludzi na absurdalne roszczenia poprzez oswajanie ich z różnymi przejawami „nowej cywilizacji”. Stopniować będzie się tylko radykalizm swych nieuzasadnionych żądań. Ich zwiastunem są parady w imię równości i tolerancji. Jednak na tym się nie skończy. Wszak lider SLD Grzegorz Napieralski nie ukrywa swej fascynacji hiszpańskim premierem Zapatero.
Dlatego dotychczasowe próby promowania pewnego rodzaju lewicowych idei przejdą nieuchronnie z wielkich miast do Polski powiatowej. Pod takimi sztandarami lewica nie wystąpi jeszcze w najbliższych wyborach samorządowych. Jednak za cztery lata, jestem pewien, że ta problematyka będzie obecna w kampanii wyborczej na każdym poziomie administracji. Możemy się bardzo zdziwić, gdy parada motocyklowa w 2014 roku, zbiegnie się w czasie z mityngiem transwestytów, podczas których jacyś kandydaci lewicy na radnych adorować będą przystojnych dżentelmenów ubranych w damskie ciuszki. Chyba, że ponad różnicami zdań w wielu sprawach świdniczanie zgodzą się, że w tej dziedzinie niech lepiej pozostanie, jak jest dzisiaj – Świdnica lepsza niż stolica.
środa, 14 lipca 2010
Oj, dzieje się, mimo upałów
Przy okazji warto w tym miejscu publicznie podziękować księdzu Waldemarowi Pytlowi i społeczności ewangelickiej. Życzliwie odpowiedzieli na moją prośbę o umożliwienie przejazdu przez teren parafii samochodom garażującym w remontowanej obecnie części placu. To duże ułatwienie dla kilkudziesięciu właścicieli samochodów.
W ciągu tygodnia sporo zmieniło się także na placu budowy wieży ratuszowej. Zrezygnowano z przecinania i ponownego montażu cennych łęków kamiennych, stanowiących dwustronne wejścia do obiektu. Wymyślono inną, mniej ryzykowną metodę wykonania fundamentów. Prace się toczą, chociaż z trudem, bo odsuwa się w czasie montaż dźwigu, który będzie podawał materiały bezpośrednio na plac budowy. Jednak powinno być wszystko dobrze, bo zauważyłem, że grupa odpowiedzialna za prowadzenie inwestycji coraz bardziej integruje się wokół wyznaczonego celu.
Wygląda na to, że na ostatnią prostą wychodzi też realizacja straganów kwiatowych w Rynku. Chociaż może lepiej nie ogłaszać jeszcze ostatecznego zakończenia zadania, nad którym ciąży chyba jakieś fatum. Ilość nieoczekiwanych kłopotów i fatalnych zbiegów okoliczności dotyczących ich realizacji była nieporównywalna do żadnej innej inwestycji. A gdy rozpoczynaliśmy, wydawać się mogło, mały pikuś – kamienna lada z dachem. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Tak ślimaczego tempa nie miała chyba żadna z budów prowadzonych przez MZN. Przychodzi mi nawet do głowy pewien pomysł na prezent, jaki podaruję budowniczym w dniu zakończenia prac.
Można by napisać po kilka zdań o każdej z prowadzonych inwestycji, ale wyszłaby z tego za duża „kobyłka”, bo jest ich bardzo wiele. „Wiadomości Świdnickie” poświęciły im w tym tygodniu rozkładówkę, na której opisano kilkanaście z nich. Także realizowanych przez inne niż Miasto podmioty. Jednak lista jest o wiele dłuższa i pewnie z tych samych powodów, co ja, autor reportażu musiał się ograniczać. Tylko dla porządku dodam, więc do tej listy jeszcze kilka pozycji. Przede wszystkim na Zarzeczu, nasz TBS oprócz budynku na ul. Kopernika rozpoczął budowę bloku przy ul. Kilińskiego. Kończy się realizacja kolejnego odcinka ulicy Bolesława Krzywoustego oraz przebudowa chodnika i jezdni przy ul. Wróblewskiego – dopełnienie uporządkowania otoczenia hali targowej. Trwają prace przy łączniku do A4, a jeśli samorząd wojewódzki w czymś nie nawali, powinniśmy także wybudować sygnalizację świetlną na skrzyżowaniu ul. Wrocławskiej, Saperów i Rzeźniczej. Jeszcze w lecie ogłoszony będzie przetarg na budowę ośrodka dla przeciwdziałania uzależnieniom przy ul. Westerplatte (nad rzeką) oraz modernizację ul. Śląskiej. Pracujemy także nad przygotowaniem i uruchomieniem w tym roku jeszcze dwóch innych inwestycji, na które świdniczanie na pewno zwrócą swą uwagę. Ale o tym, przy innej okazji. W każdym razie jest i będzie, co robić, gdy w poniedziałek wrócę do pracy.
Zrobię to bez żalu za minionym urlopem, bo inwestycje, które realizujemy naprawdę mnie „kręcą”. Zresztą inni, mimo lata, harują bez wytchnienia. Widziałem na pierwszej stronie „Tygodnika Świdnickiego” wiceprzewodniczącego Rady Miejskiej w garniturze z krawatem wywijającego widłami pod sex shopem. Nie wiem, czy to wpływ tego miejsca, czy rezultat upałów, ale uśmiechnięta twarz wskazywała, że nawet najtrudniejsze wyzwania można podejmować z pogodą ducha. Tą determinację, a jednocześnie luz i poczucie humoru pana radnego warto docenić. Ja sam wolę jednak zająć się swoimi, nie mniej ciekawymi zajęciami, w myśl zasady, że każdy powinien robić to, co potrafi i uważa za najważniejsze. A, jak napisałem wyżej, inwestycje miejskie rzeczywiście mnie „kręcą”.
piątek, 2 lipca 2010
Najważniejsza...
Wiadomo, że do obietnic składanych podczas kampanii wyborczych należy podchodzić z dystansem. Nawet jeśli wypowiadający je kandydaci są przekonani o realności zgłaszanych propozycji, nigdy nie udaje się ich w pełni zrealizować. Nie czepiam się tego. Zwracam jednak uwagę, że pewna, coraz ważniejsza, sfera naszego życia jest zupełnie poza zainteresowaniem przyszłego prezydenta. Nawiązując do spotu reklamowego Bronisława Komorowskiego, można powtórzyć pytanie: konkretnie z jakiej części Polski są kandydaci? Odpowiedź brzmi: na pewno nie z części samorządowej!
Bo rzeczywiście, debatowano o gospodarce, służbie zdrowia i kwestiach światopoglądowych. Dopieszczano żołnierzy, rencistów, nauczycieli i bezdzietne małżeństwa. Ale nikt nawet nie zająknął się na temat samorządności. Zupełnie jakby kandydaci nie wiedzieli, że to decyzje podejmowane w miastach, powiatach i województwach coraz bardziej wpływają na naszą codzienność.
Nikt nie zaprzeczy, że przeprowadzona przed 20 laty reforma samorządowa udała się najlepiej ze wszystkich przeprowadzonych po 1990 roku. Jest tak, bo obywatele są w stanie uchwycić bezpośredni związek pomiędzy pracą swych radnych (wójta, burmistrza), a codziennym życiem. Żeby ich ocenić, wystarczy rozejrzeć się dookoła siebie, a nie polegać na tym, co powiedzą w ogólnopolskiej telewizji. Dlatego nie mogę zrozumieć, dlaczego przyszły prezydent państwa ma wiele do powiedzenia o niezbędnych ułatwieniach dla przedsiębiorców, zmianach w prawie pracy, reformie armii, a milczy jak zaklęty na temat zniesienia ewidentnych barier w działaniu samorządu terytorialnego.
Kandydaci na prezydenta chętnie posługiwali się w swych polemikach przykładami konkretnych osób, szpitali i fabryk. To podobno robi dobre wrażenie, że są blisko ludzkich spraw. Jednak w gruncie rzeczy do Polski gminnej i powiatowej nawiązywali chyba tylko w związku z powodzią. Jeden próbował zwalić na wójtów odpowiedzialność za dziurawe wały. Drugi udowadniał indolencję administracji rządowej. Charakterystyczne, że nawet, gdy podczas ostatniej debaty licytowali się, która partia uchwali wyższe wynagrodzenia nauczycieli, nie raczyli wspomnieć o skandalicznym zjawisku typowym dla całego kraju. Subwencja oświatowa przekazywana przez rząd na utrzymanie szkół jest za mała. Na przykład w Świdnicy w tym roku, chociaż nie planujemy niczego nadzwyczajnego, dopłacimy do podstawówek i gimnazjów ponad 10 mln zł kosztem innych potrzeb miasta. Jestem za tym, żeby nauczyciele dobrze zarabiali. Zanim jednak centralna władza zrealizuje wyborcze obietnice, powinna wywiązać się ze swych elementarnych zobowiązań. Potem proszę bardzo, Platforma, PiS i inni mogą podnosić uposażenia każdemu, kto na to zasługuje .
Niestety, jest wiele przykładów, że świat wielkiej polityki nie ma zrozumienia dla instytucji, które są najbliżej obywatela. Na przykład Kongres Regionów w Świdnicy zgromadził wielu samorządowców z całej Polski. Parlamentarzyści i przedstawiciele rządu praktycznie go zignorowali. Moim zdaniem potwierdza to pogląd, że partie polityczne traktują sprawy lokalne przede wszystkim w kategoriach walki o swą sferę wpływów. Rzeczywiste możliwości, szanse i trudności gmin i powiatów są dla nich sprawą drugorzędną. Może z wyjątkiem problemów szpitali, których przyszłość jest od dawna polem politycznej batalii. Z tego wynika dla mnie jeden wniosek. Warto angażować się w wybory prezydenckie i parlamentarne. Jednak, tym bardziej, warto brać udział w wyborach samorządowych. Nasz pojedynczy głos ma w nich jeszcze większe znaczenie.
Ja sam, chociaż wyjeżdżam na wakacje, oddam głos w niedzielnych wyborach. To nic niezwykłego. Wszakże takiej ilości zaświadczeń uprawniających do głosowania w innych miejscach jeszcze nigdy nie wydawaliśmy. Zwykle jest ich trochę ponad 200. Tym razem zaopatrzyło się w nie 900 świdniczan. Nie dziwi mnie to. Także uważam, że niezależnie od tego jak oceniamy klasę polityczną, w tym panów Komorowskiego i Kaczyńskiego, prawdą jest, że „Polska jest najważniejsza”.
niedziela, 27 czerwca 2010
Świdnica ponad Rolls-Royce'm
Niech żałuje, kto nie był w świdnickim Rynku w piątkowe popołudnie. Rzadko można spotkać w jednym miejscu tak dużą liczbę luksusowych limuzyn marki Rolls-Royce i Bentley. Dominowały auta mające już kilkadziesiąt lat. Jednak pomimo upływu czasu, ich uroda pozostaje niezaprzeczalna. Wręcz promieniuje, co było wyczuwalne w komentarzach odwiedzających wystawę świdniczan. Znajomy zauważył, że nawet polski Fiat 125p stojący w towarzystwie bardziej sławnych kolegów, prezentuje się jakoś dostojniej.
Ciekawe były reakcje ludzi, którzy wcześniej nie wiedzieli o zlocie ekskluzywnych samochodów, a do Rynku przyszli z zupełnie innych powodów. Zaskoczenie było spore. Gdy się zorientowali, o co chodzi, często pojawiał się uśmiech. Ktoś powiedział: O, kurczę...
Podobne sytuacje, jeszcze częściej, mają miejsce w związku z innym powodem zamieszania, które pojawiło się ostatnio w Rynku. Wystartowała odbudowa wieży ratuszowej. Gdy stawiano ogrodzenie placu budowy, praktycznie nie było przechodnia, który nie zareagowałby co najmniej pytającym spojrzeniem. Bardzo wielu zagadywało, co się dzieje. Gdy odpowiadałem, że ruszamy z budową, nierzadko spotykałem się z niedowierzaniem. Po dwóch tygodniach tych wątpliwości już nie ma. Intensywne rozbiórki, wykopy i zgromadzony sprzęt budowlany nie pozostawiają znaków zapytania. Rozpoczęliśmy!!! I jak zwykle bywa w życiu, gdy cokolwiek nowego się tworzy, od razu przybyło także problemów. Do Rynku wjeżdża więcej samochodów, mieszkańcy bloku śródrynkowego muszą znosić hałas i kurz, właściciele sklepów obawiają się, zmniejszenia liczby klientów. Nie brakuje też trudności z samą budową. Dopiero po wykonaniu koniecznych robót rozbiórkowych okazało się, że nasza wiedza o starej wieży była niekompletna. Gdy dokopano się do jej fundamentów, musiała zostać podjęta decyzja o częściowej zmianie sposobu posadowienia konstrukcji. To z kolei zmusiło nas do niekonwencjonalnego postępowania z historycznymi łękami (to taki rodzaj łukowych sklepień), które są cenne, bo stanowią jedyny widoczny relikt zawalonej wieży. Przez specjalistyczną firmę będą przecięte na kilka (prawdopodobnie trzy) części i ostrożnie przesunięte obok. Po wykonaniu płyty fundamentowej wrócą na swoje miejsce. Kłopotliwe jest także ustawienie dźwigu o 50 metrach wysokości. Przeprowadzone pomiary nośności gruntu na jezdni Rynku wykazały, że jest ona zbyt mała. Dlatego dla zapewnienia całkowitego bezpieczeństwa w środę wykonane będzie palowanie w miejscu, gdzie znajdą się podpory żurawia. Dopiero po tym będzie on montowany.
Jest też cała masa pomniejszych kłopotów, ale wiem, że sobie poradzimy. Po pierwsze dlatego, że widzę, jak tworzy się i cementuje zespół ludzi związanych bezpośrednio z budową, którzy bardzo chcą i potrafią współpracować. Myślę o firmach wykonawczych, konserwatorze zabytków, inspektorach nadzoru, archeologu, projektantach, urzędnikach. Dla większości z nas ta inwestycja będzie najbardziej niekonwencjonalnym zadaniem, jakie kiedykolwiek wykonywaliśmy. Ja sam od czasu, gdy osiem lat temu nie rozstałem się „na chwilę” ze swym zawodem, nigdy nie odczuwałem tak bardzo jak teraz dreszczu pozytywnych emocji związanych z budową.
Po drugie zauważam wielką przychylność, z jaką większość świdniczan przyjęła rozpoczęcie prac. Bardzo wielu ludzi, nie zawsze znanych mi nawet z widzenia, stara się nawiązać rozmowę, ilekroć wchodzę lub wychodzę z placu budowy. Ostatnio jakiś człowiek opowiadał mi: „Panie, na własne oczy widziałem jak w 67 roku stara wieża dupnęła.” Oceniając wiek rozmówcy na nieco ponad 40 lat, musiałbym uznać, że ma nadzwyczajną pamięć. Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że to co mówił, świadczyło o sentymencie do wieży, chociaż od dawna jej nie ma. I takich osób jest więcej. Gdyby zebrać wszystkich podających się za świadków katastrofy sprzed lat, świdnicki Rynek okazałby się chyba zbyt ciasny.
Co mają wspólnego Rolls-Royce i wieża ratuszowa? Bez wątpienia można bez nich żyć, bo nie są towarami pierwszej potrzeby. Ale jeśli je posiadamy, życie wydaje się lepsze. Fiat 125p w towarzystwie ekskluzywnych samochodów nabierał blasku, chociaż pozostawał tym samym pojazdem. Tym bardziej świdnicki Rynek, bez dwóch zdań już dzisiaj perła architektury, zyska na atrakcyjności. Jeśli mamy uzasadnione powody do dumy z naszej starówki, po wybudowaniu wieży nasza satysfakcja jeszcze się zwiększy. Jest przecież jakaś magiczna siła, jakieś niezwykłe, niezaspokojone pragnienie, które w każdej cywilizacji skłaniało ludzi do stawiania wież. Nie inaczej było przez wieki w Świdnicy. Dlatego jestem pewien, że atmosfera w Rynku, nieuchwytny i trudny do nazwania klimat całej Świdnicy zmieni się. Stanie się tak bez względu na to, ilu mieszkańców i turystów skorzysta z punktu widokowego lub spojrzy na panoramę miasta przez przeszkloną tarczę wieżowego zegara.
Prawie nikogo z nas nie stać na kupno Rolls Royce'a lub Bentley'a. Nie przeszkadza nam to jednak, cieszyć się ich pięknem. Podobnie wieżą będziemy się zachwycać, chociaż na jej odbudowę także nie byłoby nas stać, gdybyśmy liczyli tylko na własne pieniądze. Obowiązujące reguły dofinansowania rewitalizacji miast ze środków unijnych wykluczają wydanie ich na inne, bardziej przyziemne:) cele. A skoro tak, nie szkoda trudzić się z odbudową wieży ratuszowej. Gdy w przyszłym roku oddamy ją do użytku, każdy z nas, nawet na najbardziej luksusowe auta, będzie mógł spojrzeć z wysokości. I dobrze, bo Świdnica górą!
sobota, 19 czerwca 2010
Czym się różnimy?
A teraz, zupełnie spokojnie analizując sytuację, uznaję, że nie jestem dobrym materiałem na rasowego polityka. Nie potrafię w zależności od sytuacji, przybierać odpowiedniej maski. Nie umiem udawać, że zgadzam się z absurdami, tylko dlatego, że w danej chwili mogą mi one przynieść doraźną korzyść. Nie potrafię nie okazywać emocji, gdy widzę, jak ktoś w imię partykularnych interesów lekceważy racje, które sięgają wyżej niż czubek jego nosa. Nie umiem też kluczyć, jak na przykład pewien wrażliwy społecznie radny. Wstawiał się jednocześnie za mieszkańcami cierpiącymi z powodu patologicznej rodziny zakłócającej spokój w kamienicy i przeciwstawiał się eksmisji uciążliwych lokatorów. A trzymając się problematyki planu „Leśnej”, nie przyjmuję do wiadomości, że można nawet kilkanaście lat być radnym, a prawdopodobnie ze zwykłego lenistwa (strach pomyśleć, że powód jest inny) nie znać podstawowych zasad uchwalania planów zagospodarowania przestrzennego.
Pewnie mam sto wad i braków. Niekiedy słyszę, że jestem uparty i arogancki, bo gdy mam inne zdanie, nie przytakuję nikomu dla swojej wygody lub dla zdobycia kilku głosów w wyborach... Wiem, że właśnie ta moja niereformowalność, nieprzystosowanie do cynizmu i gry pozorów dominujących dzisiaj w polityce doprowadza do wściekłości licznych oponentów. A na ich nieszczęście, swoją pracę traktuję tak bardzo serio, że jestem prawie zawsze lepiej od nich przygotowany merytorycznie. Dlatego w polemikach, trudno im wykazać swą wyższość posługując się rzeczowymi argumentami. Stąd wynika, ich konieczność uciekania się do nieprawdy lub demagogii.
Rzeczywiście, nie nadaję się na polityka. Tyle tylko, że nie uważam się za polityka i nie chcę nim być! A jeśli ktoś powie, że ta bezkompromisowość jest lipna, gdyż nawet w najbardziej zażartej dyskusji nie wolno publicznej osobie naruszać wrażliwości przeciwników, przyznam mu absolutną rację. Ale zapytam także, czy nigdy nie wkurzał się, w zderzeniu z wyjątkowymi przejawami złej woli lub braku rozsądku. Co wtedy myślał, mówił? Jeśli z uśmiechem pozdrawiał adwersarzy, usilnie proszę o komentarz do tego wpisu na blogu. Chętnie skorzystam z podpowiedzi, jak utrzymać taki spokój.
Nie będę rozpamiętywał przebiegu środowej sesji. Mam przecież pasjonującą pracę, która prawie bez reszty mnie pochłania, w której robię konkretne, ważne rzeczy dla mojego miasta. Gdy potrzebuję dodatkowo „naładować akumulator”, tym bardziej chętnie odwiedzam świdnickie place budów. Jest ich bardzo dużo. I chociaż wszędzie występują jakieś kłopoty, lub nawet spore trudności, właśnie tam widać najlepiej, że Świdnica po prostu żyje. I to jest dużo ważniejsze, niż jakiekolwiek słowne batalie.
Warto pamiętać, że pozostają do rozwiązania problemy, które opozycja spowodowała przez swe decyzje dotyczące „Leśnej”. Bo odtrąbiony przez nią triumf z grubsza rzecz biorąc polega na tym, że obroniono działki, chociaż nic im nie zagrażało, a przy okazji uniemożliwiono sprzedaż terenów usługowych przy ul. Zamenhofa/Ceglanej. Tym sposobem w środę wystrzelono w kosmos kwotę 4 mln zł, które ujęte były w tegorocznym planie dochodów. W rezultacie środowej sesji, obecnie niektórzy radni, którzy poczuli się dotknięci moimi słowami, gorączkowo kombinują, jak wmówić mieszkańcom, że mieszkańcy ci zostali przeze mnie obrażeni. A prezydent z zastępcami zastanawiają się, jak załatać stworzoną przez opozycję wyrwę w budżecie miasta. Jak widać, z tego samego wydarzenia mogą wynikać odmienne problemy. I w gruncie rzeczy to, a nie skala emocji okazywanych podczas sesji Rady Miejskiej jest podstawową różnicą między mną i radnymi równie „ obrażalskimi”, jak pan Mariusz Barcicki.