piątek, 26 czerwca 2015

Dziki na chwastowisku.


Sensacyjką ( bo raczej nie sensacją) ostatnich dni stały się zmagania prezydent Beaty Moskal-Słaniewskiej z wymogami obowiązującego prawa antykorupcyjnego. Przyznam, że jej manewry ze zbyciem udziałów w spółce nie ekscytują mnie. Sądzę, że płonne są nadzieje ludzi liczących na to, że sprawa ta spowoduje usunięcie BMS ze stanowiska. Moim zdaniem nawet najbardziej fatalny prezydent ma na tyle oleju w głowie, żeby nie dać się wyautować w ten sposób.
Znamienne jest jednak milczenie osób, które jeszcze niedawno miały bardzo wiele do powiedzenia na temat przejrzystości reguł życia publicznego (modne słowo „transparentność”). Ludzie ci z wyrachowaniem formułowali bzdurne insynuacje lub krzywdzące oskarżenia rzucające cień na politycznych rywali BMS. Gdzie są dzisiaj?  Najwyraźniej kundelki podwinęły ogony i zamiast ujadać, udają że wszystko jest O.K, choć nie jest. Przynajmniej w zakresie stylu postępowania i dobrego smaku, ale pewnie szkoda prądu na dociekania, czy BMS prezentuje się jako osoba z tzw. klasą.
 
Moim zdaniem, jest wiele ważniejszych powodów do krytycznej oceny działań pani prezydent niż gierki udziałami jej własnej spółki. Niektóre powtarza się szczególnie często, jak np. rezygnację z organizowania Festiwalu Reżyserii Filmowej lub Kongresu Regionów. Choć przyznam, że po dosyć żenującym poziomie przeprowadzonego pod rządami BMS jubileuszu 25-lecia samorządu terytorialnego (kto uczestniczył, wie o czym mówię) , dostrzegam pewne zalety, tego że obecna władza nie porywa się na poważniejsze przedsięwzięcia. Rażące niedociągnięcia organizacyjne i świecąca pustkami sala teatralna stanowiłyby raczej antypromocję Świdnicy. Chociaż, może jestem zbyt surowy? Przecież wielkim zmartwieniem BMS podczas obchodów ćwierćwiecza  świdnickiego samorządu było prawdopodobnie to, jak nie zauważyć, że połowa tego okresu przypada na całkiem udane rządy ekipy prezydenta Murdzka. A jeśli się ma takie priorytety, trudno zadbać o jakość całości.
Wczoraj na Facebooku zauważyłem zabawny mem przedstawiający BMS jako patronkę niespełnionych obietnic. Nie gorączkujmy się jednak, przed nią jeszcze długi okres rządzenia, więc zdarzą się pewnie i dobre rzeczy. Dla mnie ciekawą kwintesencją sposobu działania obecnej władzy jest jej stosunek do  motywów świdnickiego dzika. W weekend był on bohaterem sympatycznego festynu w Rynku ( dla porządku przypomnę, że po raz pierwszy zdarzyło się to przed rokiem za ancien regime J), podczas którego władza miała szansę się „produkować’ wobec publiczności. Niestety, nieco mniej budujące jest to, że nieopodal,  na ul. Franciszkańskiej, otoczeniem powszechnie lubianego dzika- bibliotekarza stało się chwastowisko. Dorodne mlecze, osty i inne chwasty panoszą się w posadzkowych kwaterach i gazonach przeznaczonych na zieleń ozdobną. Któż jednak po reorganizacji przeprowadzonej w Urzędzie Miejskim nadmiernie przejmował by się placem zbudowanym przez poprzedników?  A przecież urządzając nowe rabatki kwiatowe w różnych częściach miasta, warto nie marnować tego, co już jest.
 
Czy to jest mniej oczywiste niż obowiązek zaprzestania działalności gospodarczej przez panią prezydent? Nie sądzę.

środa, 10 czerwca 2015

Plecionkarze i młotkowi.


Pszczelarz, tancerz, operator maszyn leśnych oraz koszykarz-plecionkarz. Bynajmniej, nie przedstawiam listy uczestników następnej edycji „Idola”. Są to przykłady zawodów, jakie można uzyskać w systemie polskiego szkolnictwa zawodowego. Wybrałem kilka z nich, żeby zilustrować, jak wielka jest ich różnorodność. Piszę o tym w nawiązaniu do wczorajszej decyzji Rady Powiatu o likwidacji IV LO w Świdnicy.  Panowie starostowie i stojąca za nimi murem koalicja postawili na swoim. Pozostaje pytanie – co dalej? 

Odpowiedzi na nie warto szukać, w związku z koronnym argumentem podnoszonym przez zwolenników likwidacji szkoły. Twierdzą oni, że zbyt wielu młodych mieszkańców naszego powiatu decyduje się na naukę w liceach  ogólnokształcących zamiast w szkołach zawodowych, dla których subwencja oświatowa jest większa aż o 21 procent. Dlatego ignorując fakt ewidentnego zainteresowania „mundurówką”, unicestwiono ją, przymuszając w ten sposób młodzież do wyboru którejś z istniejących szkół zawodowych. Rozwiązanie to jest logiczne tylko pozornie.

Nikt nie zadał sobie bowiem, trudu przeanalizowania, czy popyt na „mundurówkę” może się nam po prostu opłacać. Wszakże podawano przykłady powiatów, w których takie inicjatywy dopiero raczkują (czyżby rządzili tam masochiści i tumany?). IV LO miało nad nimi przewagę dobrej marki, którą wypracowało sobie w czasie dziesięcioletniej pracy. Dlatego znacząca część jego uczniów przyjeżdżała do Świdnicy spoza naszego powiatu. W rezultacie do budżetu trafiała „idąca” za nimi subwencja oświatowa. Jednak zamiast  zbudować szkołę jeszcze bardziej atrakcyjną, przyciągającą większą ilość przybyszów z Polski, zrobiono coś zupełnie przeciwnego.  I to w czasie, gdy właśnie na horyzoncie pojawia się szansa na dobrą koniunkturę.

Ogłoszony przez Ministerstwo Obrony Narodowej program utworzenia (wreszcie!) obrony terytorialnej przewiduje jej powiatową strukturę. Obrona terytorialna zawiera w sobie nie tylko komponent ściśle wojskowy, pewnie miły dla wielu uczniów IV LO. Skuteczny system musi także zawierać elementy  ratownictwa medycznego, ochrony ludności cywilnej, pomocy w zwalczaniu skutków klęsk żywiołowych  i wiele innych aspektów, które w oczywisty sposób łączą się ze specyfiką szkoły „mundurowej”. Ponadto warto zauważyć ewidentny wzrost zainteresowania przeróżnymi formami turystyki i rekreacji kojarzącymi się z elementami obronności. Bez trudu można znaleźć wakacyjne lub weekendowe oferty dla ludzi, którzy chcą pobiegać po lesie z pneumatycznymi karabinkami, przeżyć namiastkę przygody survivalowej itp. Ktoś musi przecież potrafić zorganizować te przedsięwzięcia, dobrać i naprawić niezbędny sprzęt, zadbać o bezpieczeństwo uczestników. Dlaczego osobami przygotowanymi do pełnienia tych ról nie mogą być absolwenci świdnickiej „mundurówki”? Aż się prosi, żeby w zgodzie z interesem powiatu i wielokrotnie   potwierdzonymi preferencjami młodzieży stworzyć placówkę, która zagospodaruje istniejącą niszę rynkową w dziedzinie szkolnictwa ponadgimnazjalnego. Wystarczy przekształcić szkołę ogólnokształcącą w zawodową, pozostawiając jej dotychczasowy ryt, a jednocześnie wzbogacając profil kształcenia. Niestety, z bardzo obszernego uzasadnienia uchwały o likwidacji szkoły wynika, że nie przeprowadzono sensownej analizy w tym  względzie.

Zapewne zmiany ogólniaka w szkołę zawodową nie dokonuje się łatwo, ale jest to możliwe. Ktoś zapyta, jaki zawód można by zdobyć w tak zmodyfikowanej  „mundurówce”. Obecnie w oficjalnym wykazie zawodów, które stanowią załącznik do Rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z 26.06.2007 znajdujemy na przykład następujące pozycje: technik ochrony fizycznej osób i mienia, ratownik medyczny, technik pożarnictwa. Nie jest to jednak zbiór ostatecznie zamknięty, lecz podlega rozszerzeniu w miarę pojawiania się  realnych potrzeb społecznych. Dowodem na to są następujące zawody, które od niedawna są do uzyskania w polskiej szkole: technik obsługi turystycznej, technik turystyki wiejskiej, asystent osoby niepełnosprawnej. Czy nie jest możliwe przekształcenie IV LO w szkołę zawodową oferującą zdanie matury, a jednocześnie dającą szansę na zdobycie kwalifikacji, które są poszukiwane na rynku pracy w sektorze „obronność”? Kto może powiedzieć, że taka szkoła nie byłaby hitem edukacyjnym? Dlaczego nie zgodzono się, aby rozpoznać w praktyce tę możliwość, przynajmniej na rok odkładając decyzję o likwidacji? Dlaczego wybrano opcję najbardziej prymitywną – zneutralizowania protestujących nauczycieli i zaniechania wysiłku na rzecz pozytywnych zmian w IV LO?

Członkowie koalicji rządzącej powiatem mają w większości dyplomy wyższych uczelni, a niektórzy uważają się za ekspertów w dziedzinie edukacji. Sprawiają jednak wrażenie jakby byli, co najwyżej absolwentami kierunku kształcenia technik koszykarz- plecionkarz ( z całym szacunkiem dla producentów wyrobów z wikliny) – po prostu plotą, plota, plotą…… Niestety, czasem idą dalej i zachowują się jak uczestnicy kursów operatorów młotów pneumatycznych - głusi na sygnały z zewnątrz r…….ą, r…..ą, r……..ą.

niedziela, 17 maja 2015

Na minutę przed prezydencką debatą.



Sztaby wyborcze kandydatów prześcigają się w realizacji pomysłów, jak na ostatniej prostej zjednać sobie wyborców. Ja już dokonałem osobistego wyboru. Dlatego na kilka minut przed rozpoczęciem debaty telewizyjnej, być może przesądzającej o wyniku głosowania, zestawiam, nie tylko na własny użytek, argumenty na rzecz poparcia Andrzeja Dudy.

Prezydent największą rolę odgrywa w trzech dziedzinach: reprezentacji Polski, jako głowa państwa, polityki zagranicznej i polityki obronnej. Kilka słów o każdym z tych zagadnień.

Jak obecny prezydent radzi sobie z zadaniami reprezentacji Polski oraz budowaniu jej autorytetu ( nie wspomnę o tzw. majestacie Rzeczypospolitej), każdy widzi. Lista małych wpadek i całkiem sporych kompromitacji jest ogromna. Niestety, trudno zaprzeczyć, że pierwszy obywatel stał się synonimem obciachu. Szkoda miejsca na rozwijanie tematu.

O tym, że można w skomplikowanych relacjach międzynarodowych skutecznie bronić interesów państwa pokazały dużo mniejsze od nas Węgry. Kwintesencją polskiej polityki zagranicznej ostatnich lat był „hołd berliński” ministra Sikorskiego oraz podpisanie się pod postanowieniami paktu klimatycznego, który jest ewidentnie destrukcyjny dla ekonomii  naszego kraju. Pod patronatem Bronisława Komorowskiego, na użytek walki z prezydentem Lechem Kaczyńskim i PiS-em, wbrew elementarnym faktom ignorowano zagrożenie ze strony Rosji i absolutnie błędnie układano relacje z nią. Nie zmieniła tego nawet katastrofa smoleńska. Dopiero po agresji na Ukrainę, niczym nawróceni neofici, obecny prezydent i ministrowie zaczęli prześcigać się w antyrosyjskiej retoryce i czynieniu pustych gestów, wykorzystywanych przeciwko nam przez rosyjską propagandę. Wybranie Donalda Tuska na „króla” Europy nie może przesłonić faktu, że Polska jest osamotniona. Kraje „starej” unii promują przede wszystkim własne racje i traktują nas protekcjonalnie. Państwa Europy Środkowej i Wschodniej, którym mieliśmy ambicje przewodzić, nie liczą się z nami lub są niechętne. USA są zdezorientowane naszą chwiejnością. Rosja jest wobec nas otwarcie wroga. Tak wygląda bilans ostatnich lat w polityce zagranicznej, w której na mocy konstytucji i utrwalonej praktyki wielka rolę odgrywał Bronisław Komorowski. Nie wierzę, że podczas swej drugiej kadencji dokonałby sensownych korekt. Czy jest do tego zdolny Andrzej Duda? To się dopiero okaże, ale jest na to uzasadniona nadzieja. Tym bardziej, że kandydat publicznie ogłosił, że w przypadku zwycięstwa ważną osobą w jego kancelarii będzie prof. Krzysztof Szczerski. Jego bardzo wysokich kompetencji w sprawach międzynarodowych nikt rozsądny nie może podważyć.


Bronisław Komorowski będący ministrem obrony narodowej a potem prezydentem miał ogromny wpływ na stan naszej obecnej obronności. Do niedawna mało się o niej mówiło, bo tworzono obywatelom iluzję bezpiecznej Europy. Fakty są takie, że Wojsko Polskie może „zaimponować” potencjalnym agresorom jedynie ilością generałów, bo nawet nie ich jakością. Nominacje generalskie nierzadko wywołują zdumienie kadry oficerskiej. Wielu doświadczonych żołnierzy, między innymi pilotów i weteranów misji wojskowych opuszcza armię. Przyjęto kompletnie chybioną koncepcję organizacji sił zbrojnych, pomijając całkowicie konieczność istnienia obrony terytorialnej. Program Narodowych Sił Rezerwowych sami jego twórcy uznali za absolutną pomyłkę. Przez lata nie zmieniono dyslokacji jednostek wojskowych. Wschód Polski jest praktycznie odsłonięty, a stany osobowe w tej części Polski są najniższe. Ostatnie zmiany w systemie dowodzenia (sztab generalny, rodzaje wojsk, minister) pogłębiają chaos zarówno w czasie pokoju, jak i podczas ewentualnego zagrożenia wojennego. Dopuszczono do znacznej destrukcji przemysłu zbrojeniowego. Jest to między innymi praprzyczyna ostatnich kontrowersji dotyczących śmigłowców. Jaką nieudolność, zakrawającą wręcz na sabotaż, wykazywano w ciągu ostatnich 10 lat w związku z produkcją np. armatohaubicy „Korab” wie każdy, kto choć trochę interesuje się militariami. Owszem, podejmowano także dobre decyzje, jak choćby dotyczące dwóch nadmorskich dywizjonów rakietowych lub transporterów „Rosomak”. Jednak to za mało, bo nawet F16 na tle, których Bronisław Komorowski prezentował się w kampanii wyborczej mają tylko w części wykorzystywany swój potencjał z powodu braku odpowiedniego uzbrojenia i wystarczającej ilości wyszkolonych pilotów. Negatywnie na naszą zdolność do obrony rzutuje także niewystarczająca wiarygodność wobec jedynego sojusznika, który ma możliwość przeciwstawienia się Rosji. To jest jeden z powodów dla, których są opory w oddaniu nam do dyspozycji lub rozmieszczeniu w Polsce najnowocześniejszych systemów uzbrojenia. W tym kontekście reakcja naszych władz państwowych na Smoleńsk, gdzie oprócz prezydenta zginęli NATO-wscy generałowie, a na pokładzie samolotu znajdowała się wojskowa aparatura łączności, zdecydowanie wykracza poza obszar symboliki i emocji. Polska samodzielnie nie wygra wojny z Rosją. Jednak czy możemy liczyć, że broniąc się zadamy agresorowi straty zniechęcające go do podjęcia decyzji o ataku lub dotrwamy do momentu odsieczy wojsk NATO? Jej warunkiem jest trzymiesięczna samodzielna obrona? Czy ktoś dostrzega jej realne szanse. Jeśli nie, najbardziej racjonalną decyzja jest błyskawiczna zmiana na stanowisku zwierzchnika sił zbrojnych. Jest nim Prezydent RP.

Nie chcę przedłużać tekstu o wątki zarzucanych Bronisławowi Komorowskiemu powiązań z dawną i obecną agenturą. Nie podejmuję się rozstrzygać o ich prawdziwości. Przyznam jednak, że jeśli prezydent podczas przesłuchania przez prokuratora nie potrafi odpowiedzieć na pytania dotyczące raportu z likwidacji WSI i zasłania się brakiem pamięci nawet co, do faktu, czy czytał ten raport, to nie wygląda dobrze. Być może kwestie te poruszone będą podczas rozpoczynającej się za chwilę debaty.  Nie sądzę, żeby zmieniła ona moją ocenę dotychczasowej pracy obecnego prezydenta i rozwiała nadzieje na dobrą kadencję Andrzeja Dudy. Jeśli okażę się inaczej, będę miał odwagę przyznać się do pomyłki.




środa, 13 maja 2015

Cisza nad aquaparkiem.


Najpierw przypomnę pewną wypowiedź na temat aquaparku dla Świdnicy.

„Natomiast warto w niedługim czasie powrócić do pomysłu kompleksu, który zawierałby nowoczesny basen kryty i dodatkowe atrakcje, w tym na pewno brodzik dla dzieci, basen do nauki pływania dla maluchów czy kompleks saun. Taki obiekt, wart ok. 25-28 mln zł., byłby możliwy do realizacji i utrzymania.”

Jeśli ktoś nie pamięta, jest to stanowisko Beaty Moskal-Słaniewskiej  opublikowane 9 listopada 2014 roku na portalu świdnica24.pl. Redakcja w ramach kampanii wyborczej stawiała wówczas różne pytania kandydatom na prezydenta. Obecna pani prezydent odpowiedziała wtedy, że „wypasiony” aquapark  jest zły, ale taki „szyty na miarę” owszem, jak najbardziej tak. Zresztą, pogląd taki wyrażany był przez nią i jej środowisko przez wiele miesięcy wcześniej, więc sprawiał wrażenie trwałego i solidnie przemyślanego. Przedwczoraj okazało się, że jest zupełnie inaczej. Pani prezydent jednoznacznie stwierdziła, że w Świdnicy nie będzie żadnego parku wodnego. 

Ciekawe są okoliczności, w jakich poznaliśmy prawdę. Stało się to podczas spotkania z mieszkańcami. Będąc jego uczestnikiem, zapytałem wprost o aquapark w kontekście przyszłości obiektów OSiR przy ul. Śląskiej. Pani prezydent wyraźnie nie miała ochoty odpowiadać na pytanie. Dopiero zdecydowana interwencja radnego Wiesława Żurka spowodowała, że nie udało się jej wykpić od odpowiedzi.

Dlaczego upomniałem się o tę sprawę? Po pierwsze, wielokrotnie mieszkańcy zdecydowanie opowiadali się za powstaniem parku wodnego. Po drugie,  elementarna logika wskazuje, że właśnie teraz jest najwyższy czas na podjęcie decyzji. Pamiętajmy, że w wyniku głosowania mieszkańców w ramach Budżetu obywatelskiego kwota 1.2 mln została przeznaczona na modernizację basenu otwartego przy ul. Śląskiej. Niezależnie od tego, w ubiegłym roku wykonana została koncepcja całościowego urządzenia terenu OSiR zakładająca powstanie między innymi kameralnego aquaparku, który tworzyłby spójną całość ze zrewitalizowanym basenem otwartym. Takie obiekty funkcjonują w Europie i mają bardzo wiele zalet, o których nie chcę się tu rozpisywać. Ważne jest, że są to kompleksy bardzo efektywne ekonomicznie. W naszym przypadku zapewniałyby także możliwość odnowy biologicznej dla sportowców oraz atrakcję dla gości kampingu i domu wycieczkowego funkcjonujących przy OSiR. Przyciągnięcie do Świdnicy turystów i uczestników obozów sportowych ewidentnie jest korzystne, bo zostawiają tu pieniądze. Jeśli ta logiczna koncepcja ma być realizowana, prace projektowe konieczne dla zadania  ujętego w Budżecie obywatelskim muszą uwzględniać docelową perspektywę. Jeśli nie, okażą się wyrzucaniem pieniędzy.

Nie dociekam, dlaczego Beata Moskal-Słaniewska diametralnie zmieniła zdanie w sprawie aquaparku. Na pewno nie dlatego, że sytuacja finansowa miasta okazała się gorsza niż kiedyś sądziła. Gdyby tak było, nowa władza nie uchwalałaby prawie na każdej sesji nowych, znaczących wydatków. Nie broni się także teza, że utrzymanie parku wodnego zrujnuje budżet. W przeciwieństwie do zanegowanego przez opozycję w ubiegłej kadencji projektu „dużego” obiektu, który dawał ogromną szansę na samofinansowanie, „mały” aquapark musi być dotowany. Jednak przy mądrym zaprojektowaniu i wykorzystaniu atutów wskazanych wyżej, nie musi być to wsparcie bardzo kosztowne. Zresztą, czy inne obiekty, których budowę zapowiada pani prezydent będą służyły do zarabiania pieniędzy? Oczywiste, że nie.

Być może mają rację ci, którzy uważają, że całościowa koncepcja rewitalizacji terenu OSiR  obejmująca rekreację wodną, ale również między innymi  przystosowanie lodowiska krytego do funkcji całorocznej hali widowiskowo- sportowej, a także powstanie krytej trybuny na stadionie piłkarskim ma tylko jedną wadę wykluczającą realizację - projekt ten przygotowano w czasie prezydentury Wojciecha Murdzka. A może prawda jest banalnie prosta? W kampanii wyborczej opłacało się „ściemniać’ mieszkańców, a dzisiaj realizuje się swój prawdziwy pomysł na miasto. Niestety, okazało się, że oprócz festiwalu reżyserii, Kongresu Regionów, Parku Centralnego i paru innych rzeczy także aquapark się w nim nie mieści. Sorry, taki mamy klimat?

Przyznam, że nie interesuje mnie szczególnie, jak swoją wiarygodność wobec świdniczan traktuje pani prezydent. Jakąś zagadką pozostaje, jednak co myślą o sprawie aquaparku radni, posłowie i niektórzy dziennikarze – dotychczasowi orędownicy koncepcji obiektu „na miarę” Świdnicy. Na razie nie ujawniają swoich opinii. Być może gdzieś w zaciszu, po raz kolejny testują giętkość swych kręgosłupów. Jest cicho, cichutko.  

sobota, 9 maja 2015

Odkrywanie Murdzka



Zdecydowanie mylą się ci, którzy sądzą, że Beata Moskal-Słaniewska przejdzie do historii jedynie, jako prezydent-likwidator kilku ważnych miejskich imprez (np. festiwalu reżyserii) i inwestycji (np. Park Centralny). Moim zdaniem ludzkość zapamięta ją także, jako prezydenta-odkrywcę. Wyrażając się precyzyjnie- odkrywcę „prawdziwego” dorobku Wojciecha Murdzka i jego ekipy.

Niech nikogo nie mylą pozory, że pani Moskal-Słaniewska dotychczas postępowała zupełnie odwrotnie niż napisałem. Jeśli ktoś odnosił wrażenie, że raczej zamilczano efekty pracy poprzedniej władzy miejskiej, ulegał złudzeniu. Po prostu, dla osiągnięcia spektakularnego efektu, żeby coś odkryć, wskazane jest to wcześniej maksymalnie zakryć. I tylko dlatego, pani prezydent przez ostatnie miesiące tak rzadko wypowiadała nazwisko Murdzek.

Doceniam, jak bardzo musiała się męczyć, żeby nie popełnić błędu i nie „spalić” tematu. Choćby wtedy, gdy odbierała dwie bardzo prestiżowe nagrody przyznane miastu za osiągnięcia 2014 roku. W takim momencie wręcz spontanicznie cisną się na usta słowa o pracy poprzednika, więc trudno oprzeć się pokusie powiedzenia czegoś na ten temat. Jednak pani prezydent dała radę, choć nie było łatwo. Tylko najbliżsi znali prawdę, jak wiele ją kosztowało, żeby przy okazji odbierania trofeów zacisnąć zęby i nawet nie pisnąć słowa o tym, kto miał tak znaczący udział w dostrzeganych powszechnie sukcesach Świdnicy.

Bądźmy szczerzy, nikt nie wytrzymałby dłużej takiego stanu rzeczy i nawet najzagorzalsi zwolennicy talentów pani prezydent nie mają prawa żądać od niej jeszcze większego heroizmu. Na szczęście okres zakrywania skończył się. Rozpoczął się czas odkrywania. Tak się składa, że byłem mimowolnym świadkiem tego przełomowego momentu. Nastąpił on w miniony czwartek podczas posiedzenia jednej z komisji Rady Miejskiej.

Pani prezydent zaskoczyła radych obszernym wywodem, z którego miało wynikać, że prezydent Murdzek bynajmniej, wcale nie stwarzał przedsiębiorcom dobrych warunków do rozwoju biznesu. A jeśli to robił, to dla wybranych, kosztem innych, którym rzucał kłody pod nogi. Koronnym argumentem uwiarygodniającym to odkrycie było porównanie dwóch zarządzeń podpisanych przez Wojciecha Murdzka. Dotyczyły one sprzedaży gruntu pod inwestycję przy ul. Ceglanej. Beata Moskal-Słaniewska nadając temu aurę sensacji, a właściwie insynuując podejrzane machinacje, poinformowała słuchaczy, jakie zmiany w tych zarządzeniach odkryła (dokładnie tego słowa użyła). Pierwotna cena wywoławcza do przetargu została wyraźnie obniżona. Pani prezydent uznała to za rzecz kompletnie niewytłumaczalną i karygodną.

Oczywiście, na takie słowa nie mogłem nie zareagować. Zasugerowałem radnym, że mieliby większy komfort pracy, gdyby zapoznawali się z urzędowymi dokumentami, a nie polegali tylko na ich wybiórczym omówieniu. Natomiast, Beatę Moskal- Słaniewską zachęciłem do bardziej wnikliwego przestudiowania tekstu obu zarządzeń, gdyż w ten sposób łatwo odkryje większą ilość ich istotnych różnic. W odpowiedzi usłyszałem, że pani prezydent znakomicie radzi sobie z analizą dokumentów, więc nietaktem jest poddawanie w wątpliwość jej kompetencji i wiarygodności.  

Postanowiłem nie polemizować z tym poglądem, lecz spokojnie przedstawić fakty. Osobom nie znającym sprawy przypomnę, że chodzi o sprzedaż miejsca pod Słotwiną. Miasto posiadało tam około 1 ha gruntu w trzech kawałkach oddzielonych od siebie „plasterkami” nieużytków, które prywatny przedsiębiorca nabył w poprzednich latach od innych podmiotów. Problem polega na tym, że teren ten nie posiada odpowiedniego legalnego dojazdu. Jakakolwiek inwestycja wymaga wcześniejszego wybudowania fragmentu ul. Ceglanej oraz, co ważniejsze, poważnej przebudowy ul. Zamenhofa, będącej drogą krajową. Jej zarządca narzucił na tyle restrykcyjne warunki, że łączne koszty wykonania niezbędnego układu komunikacyjnego szacuje się na około 6-7 mln zł, co znacznie przewyższa wartość sprzedawanego przez miasto terenu. Ustalając cenę wywoławczą jego części o powierzchni 0,6 ha na 2,963 mln zł w pierwszym zarządzeniu przyjęto, że miasto będzie wykonawcą wszystkich dróg, a nabywca gruntu na mocy porozumienia będzie partycypował w kosztach ich powstania. Ponieważ jednak w negocjacjach nie uzyskaliśmy gwarancji opłacalnego dla miasta udziału finansowego inwestora, zmieniliśmy formułę.  Uznaliśmy niepodważalny fakt, że działka nie ma dostępu do drogi publicznej, ale obowiązek wykonania ul. Ceglanej i ul. Zamenhofa w całości (!) przerzuciliśmy na nabywcę gruntu. Oczywiście, musiało to skutkować częściowym obniżeniem ceny, ale jej zmiana do poziomu 1,266 mln jest absolutnie niewspółmierna do wielkości wydatków przypisanych inwestorowi na rzecz infrastruktury miejskiej.

Informacje o różnicy w metodzie ustalania ceny czarno na białym zapisano w tekstach zarządzeń kontestowanych dzisiaj przez Beatę Moskal-Słaniewską. Nie będę dociekał, czy pani prezydent świadomie okłamuje radnych, czy „tylko” nie rozumie, co czyta (o ile czyta). Wolę nadać mojemu tekstowi pozytywny wydźwięk.

Polega on na tym, że zamierzam wesprzeć nowy kierunek działania władz miasta. Jasne jest przecież, że jedynie samej pani prezydent trudno byłoby upowszechniać dokonania poprzedników oraz rzetelnie komentować, co bardziej skomplikowane zagadnienia. Wiem, że do odkrywania świetnie nadają się ludzie sprawdzeni dotychczas w zakrywaniu. Mimo tego, według starej zasady: jak mus, to z ochotą, zgłaszam się na ochotnika. Wcześniej było mi trochę niezręcznie zabierać głos, bo ktoś mógłby mi zarzucić uprawianie prywaty, gdyż byłem najbliższym współpracownikiem prezydenta Wojciecha Murdzka. Teraz, skoro rozpoczęto historycznie słuszny etap odkrywania, deklaruję swoją pomoc. Pani prezydent, jej zastępcy, a nawet towarzysz doradca mogą na mnie liczyć. Podkreślam, że w odróżnieniu od profesjonalistów pracujących za pieniądze, ja będę wspierał ich wysiłki całkowicie bezinteresownie. Przydam się, bo pamięć mam jeszcze niezłą. Także tę zewnętrzną, w postaci kopii niektórych papierów.
Na to cała naprzód! Niech się dzieje! Odkrywajmy! 


wtorek, 21 kwietnia 2015

Co ma Świdnica do Waszyngtonu?



Spore poruszenie w Polsce wywołały słowa szefa FBI przypisujące nam udział w holocauście. Słusznie się oburzamy, bo niestety, nie jest to ani pierwszy, ani pewnie ostatni podobny przypadek. Takie są skutki braku polityki historycznej prowadzonej przez nasze państwo. Nie mam przekonania, że obecna władza jest zdolna zmienić swe dotychczasowe nastawienie. Lepiej jednak spojrzeć na problem z perspektywy nie Warszawy, lecz własnego podwórka.

Dobrą okazją jest rocznica Zbrodni Katyńskiej, którą w minionym tygodniu zaakcentowano w Świdnicy. To dobrze, że odbyła się uroczystość przy Dębie Katyńskim na pl. św. Małgorzaty i że miała ona piękną oprawę. Doceniam trud jej zorganizowania. Cóż jednak z tego wszystkiego wynika, skoro wydarzenie to kompletnie nie dotyczyło ogromnej większości świdniczan? Szczerze mówiąc, dla ilu z nich atrakcyjne jest składanie kwiatów lub palenie zniczy. A nawet, jeśli jest, to ilu „normalnych” obywateli może uczestniczyć w imprezie organizowanej w godzinach południowych? Co mamy dla pozostałych, jak poruszamy ich wyobraźnię i jakie tworzymy im szanse kształtowania i wyrażania patriotycznej postawy?

Nie stawiam tych pytań, by dyskredytować odbytą uroczystość, lecz wyrazić przekonanie, że takie imprezy nie wystarczą. Dlatego w ubiegłym roku, jeszcze pod rządami prezydenta Murdzka, po raz pierwszy zdecydowaliśmy, że trzeba czegoś więcej. Jeśli bowiem, poważnie traktujemy historyczną pamięć i zależy nam na utrwalaniu narodowej tożsamości, musimy dotrzeć do szerszej grupy odbiorców niż zwyczajowy skład rocznicowych akademii. Co więcej, powinniśmy zaproponować  ofertę zróżnicowaną i atrakcyjną dla różnych środowisk.

Stąd wziął się Katyński Marsz Cieni, jaki zorganizowaliśmy w ślad za kilkoma innymi miastami. Zaangażowaliśmy bardzo wielu młodych ludzi. Chłopaki z IV LO w historycznych mundurach tworzyli kolumnę jeńców i eskortę NKWD. Towarzyszyła im młodzież z grupy teatralnej MDK i świdnickich gimnazjów, w większości w strojach zbliżonych do tych z epoki. Niecodzienny kondukt przeszedł w godzinach szczytu trasą, gdzie najwięcej jest przechodniów, budząc bardzo żywe zainteresowanie. Na pl. św. Małgorzaty miała miejsce przejmująca inscenizacja. Odbiór mieszkańców okazał się tak dobry, że byłem pewien, że inicjatywa będzie się rozwijać i w tym roku odbędzie się ponownie. Wszystko, co potrzebne było do jej powtórzenia w identycznej lub zmodyfikowanej formie, znajduje się przecież w zasięgu ręki. Nie potrafię zrozumieć powodów rezygnacji z drugiej edycji marszu.  

Oprócz niego dwukrotnie, przy dobrej frekwencji prezentowany był niezwykły w formie koncert przygotowany siłami świdnickich muzyków i uczestników marszu. Znam relacje widzów opowiadających, że emocje wręcz „wciskały w fotel”.  Mógłbym pogodzić się z faktem, że ktoś zdecydował o dokonaniu zmian scenariusza, bo ma inną niż moja wrażliwość lub inaczej ocenia najnowszą historię Polski. Jednak żal, że tygodnie ubiegłorocznych przygotowań, kosztująca ładnych parę złotych scenografia i zapał uczestników pozostały w tym roku niewykorzystane. Dlaczego koncertu tego nie można było pokazać choćby uczniom świdnickich szkół, a w godzinach popołudniowych wszystkim zainteresowanym?

Obchody rocznicy katyńskiej są ilustracją problemu, przed jakim stoimy. Pytania można jednak mnożyć. Czy na przykład, w jakikolwiek sposób w naszym mieście zauważona została 10 rocznica śmierci Jana Pawła II, którą przecież pamiętamy, jako wydarzenie budujące absolutnie wyjątkowe, pozytywne więzi? Czy władze kościelne lub samorządowe przejęły się ta datą? Czy święty papież ewidentnie łączący Polaków przestał być patronem Świdnicy?

Kończę stwierdzeniem, że jeśli poruszyła nas podłość lub głupota amerykańskiego urzędnika, nie bądźmy obojętni, lecz potraktujmy to, jako ostrzegawczy sygnał. Nie ograniczmy się jednak do przysłowiowego bicia piany lub oglądania się na reakcje naszego rządu. Zatroszczmy się o to, na co mamy realny wpływ. Dobrym pomysłem jest stawianie wymagań nie tylko ministrom w Warszawie, lecz przede wszystkim tym, którzy odpowiadają bezpośrednio przed nami tutaj, w Świdnicy. A jeśli zaproponują nam coś godnego uwagi, chciejmy wziąć w tym udział. Mam nadzieję, że w tym roku nie zabraknie ku temu jeszcze dobrych okazji.   

sobota, 21 marca 2015

Robienie w balona



Wreszcie dowiedziałem się, i nie tylko ja, dlaczego nie będzie w Świdnicy fiesty balonowej.

Jak już pewnie wszyscy słyszeli, Ballon Festival 2015 (tak brzmi oficjalna nazwa imprezy) powędrował do Krzyżowej. Organizator tego wydarzenia Krzysztof Zapart wyjaśniał, że spotkał się
z obojętnością, a nawet wręcz niechęcią prezydent Beaty Moskal-Słaniewskiej. Z tego powodu, mimo szczerych chęci zorganizowania zlotu w naszym mieście, zmuszony był przenieść go do sąsiedniej gminy. Taki obrót sprawy wywołał komentarze, że pani prezydent „wypięła się” na hitową imprezę, bo nie docenia jej znaczenia lub odgrywa się na panu Krzysztofie, jako sympatyku Wojciecha Murdzka.

Okazało się - nic z tych rzeczy. Beata Moskal Słaniewska tłumaczyła przed kamerą TeleTop, że zrezygnowała z tej imprezy gdyż…..  nie była ona zapisana w budżecie! 
W zasadzie, to nawet nie zrezygnowała, bo skoro nie umieszczono jej w budżecie, to nie było, z czego się wycofywać. Co innego, gdyby taka pozycja znalazła się w planie wydatków budżetowych. Jednak trzeba, najpierw ją tam wstawić. A ponieważ tego nie zrobiono, to właściwie brak zapisu budżetowego sprawia, że festiwal jest ulotny, jak nomen omen, balon na gorące powietrze. Proste? Zrozumiałe? Nie proste i nie mądre, wręcz infantylne, co łatwo stwierdzić, stawiając kilka pytań.

Kto tworzy budżet?  Oczywiste, że to prezydent wnioskuje do Rady Miejskiej, której zdecydowana większość wręcz „je z ręki” Beaty Moskal Słaniewskiej. Gdyby chciała, bez trudu przekonałaby radnych do udzielenia wsparcia finansowego imprezie. Zresztą, w okresie trzech miesięcy obecnych rządów korekt budżetu było już wiele. Tym bardziej nie ma powodu sądzić, że radni zlekceważyliby tak znakomity pomysł.

Czy w gminie wiejskiej Świdnica obowiązują inne niż w naszym mieście reguły tworzenia budżetu? Jasne, że identyczne. Dlaczego więc, wójt Teresa Mazurek może zorganizować festiwal w swojej gminie, skoro kiedyś przecież także nie miała w uchwale budżetowej ujętych wydatków dotyczących tej imprezy? Wszakże Krzysztof Zapart zaproponował współpracę naszym sąsiadom zupełnie niedawno, dopiero, gdy odbił się od ściany niechęci w Świdnicy.

Sprzed kilku dni pochodzi zapowiedź, że w Świdnicy odbędą się targi turystyczne, które w zamyśle pani prezydent mają zatrzeć fatalne wrażenie po rezygnacji z Festiwalu Reżyserii Filmowej, Kongresu Regionów i Ballon Festiwal. Czy impreza ta została uprzednio zapisana w budżecie miasta? Czy radni uchwalili już, że zgadzają się na to? Odpowiedź jest oczywista. Nie ma takiego tytułu w planie wydatków. A jednak nie przeszkadza to władzy w nagłaśnianiu imprezy.

Skąd biorą się wnioski o zmianę budżetu? Z przekonania władzy, że warto wykonać coś, co wcześniej nie było planowane. Inaczej mówiąc, najpierw musi być wola zrobienia tej rzeczy. Zapis w budżecie jest tylko jej konsekwencją, formalnym wymogiem narzuconym przez obowiązujące przepisy.


Podsumowując, uważam, że pani prezydent po prostu oszukuje mieszkańców, wskazując procedury budżetowe, jako przeszkodę w organizacji festiwalu balonowego w Świdnicy. Fatalnie, że stosując tego rodzaju argumenty przywołuje najgorsze stereotypy urzędnika. Według nich, to tępak żyjący we własnym urzędniczym świecie, osoba mająca klapki na oczach, nie wykazująca żadnej inicjatywy, kierująca się zasadą- jak mam „papier z pieczątką”, to coś zrobię, a jak nie mam, to nie kiwnę palcem nawet w najsłuszniejszej sprawie. Czy pod rządami Beaty Moskal Staniewskiej promowany będzie taki styl pracy?
Oby nie. Zresztą cynizm i obłuda zawarte w tłumaczeniu pani prezydent nie są najgorszą rzeczą, która może nas dotknąć, jako mieszkańców. Załóżmy na chwilę, że mówi prawdę. O czym to świadczy?

Proszę wyobrazić sobie, że do urzędu przychodzi inwestor ze świetnym, wiarygodnym planem stworzenia miejsc pracy. Oczekuje pomocy miasta w budowie drogi do swojej fabryki. Co odpowie mu Beata Moskal Słaniewska? Czy usłyszy on, że pani prezydent nie potrafi przebrnąć przez banalnie proste procedury zmiany uchwały budżetowej? Powie mu się, że jeśli kiedyś przypadkiem budowa tej drogi znajdzie się w budżecie, to może wróci się do jego pomysłu? Czy zaproponuje mu się, żeby napisał i zostawił w jakimś pokoju stosowne podanie, to może kiedyś ktoś je rozpatrzy?
To naprawdę nie jest abstrakcyjny przykład. Od podobnej sprawy zaczęły się rozmowy na temat ostatniej, bardzo znaczącej rozbudowy fabryki Nifco. Ekipa Wojciecha Murdzka zareagowała właściwie. Dzięki temu, na piątkowym uroczystym otwarciu kolejnej części zakładu Beata Moskal Słaniewska miała szansę powiedzieć:

„To jest jedno z najważniejszych wydarzeń w tym roku w Świnicy. Nie ma nic ważniejszego od rozwoju gospodarczego, który przyczynia się do rozwoju miast. Japońska kultura pracy jest wielką wartością, której my też się uczymy”.

O jaką kulturę pracy chodziło Beacie Moskal Słaniewskiej? Tworzenie planów pięcioletnich, jak za czasów PRL? 
Nie wierzę, że pani prezydent, nie raz przedstawiająca się, jako znawca biznesu nie słyszała, że jednym z najważniejszych zagadnień teorii i praktyki zarządzania jest zarządzanie zmianą. Chodzi o zdolność właściwego reagowania na nowe sytuacje, których pojawienie się jest czymś absolutnie naturalnym we współczesnym świecie. Od tego zależy prawie wszystko. Firmy, które tego nie potrafią, upadają, bo nie są w stanie ani przeciwstawić się zagrożeniom, ani nie wykorzystują swoich szans. To samo dotyczy każdej innej organizacji. Dzisiaj, choć miał znakomity pomysł, zignorowany został Krzysztof Zapart. Kto będzie następny? Ilu potencjalnych możliwości rozwoju nie wykorzystamy, bo prezydent Świdnicy nie jest w stanie oderwać się od logiki politycznych gierek, osobistych animozji lub biurokratycznych schematów?

Trzeba reagować, żeby nie spełnił się skrajnie czarny scenariusz dla naszego miasta.  Z dwojga złego, wolę chyba żeby władza mnie oszukiwała, niż wykazywała się katastrofalną ignorancją. Dlatego ze względnym spokojem reaguję na fakt, że w sprawie festiwalu pani prezydent zrobiła mnie i mieszkańców w przysłowiowego balona.