sobota, 26 stycznia 2013

Rewolucja- łatwo powiedzieć, trudniej policzyć.

Czy wiemy, czego dotyczy „rewolucja śmieciowa”? Jest wiele właściwych odpowiedzi. Z punktu widzenia obywateli najbardziej prawidłowa brzmi: dotyczy ona zawartości naszych portfeli.

Istotą nowego systemu gospodarowania odpadami komunalnymi są trzy rzeczy. Po pierwsze, śmieci mają być zdecydowanie bardziej niż obecnie przetwarzane. Po drugie, gmina ma je przejąć od wszystkich osób prywatnych, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych, a następnie  pozyskane odpady zutylizować. Po trzecie, koszty całości tej operacji pokrywać mają mieszkańcy poprzez wnoszenie powszechnej opłaty śmieciowej.

Gołym okiem widać, że przedstawiciele rządu i parlamentu odpowiedzialni za uchwalenie „rewolucji” w różnym stopniu przyznają się do skutków, każdego z trzech wymienionych aspektów sprawy. Najchętniej mówią o tym, jak będzie cudownie, gdy poprawimy stan czystości lasów i przerobimy wszystkie PET-y na włókna sztuczne. Mniej ochoczo władza centralna wypowiada się w sprawie praktycznego funkcjonowania gospodarki odpadami, czemu trudno się dziwić. Z samorządów nieustannie płynie lawina niewygodnych pytań i wątpliwości, bo nowe prawo jest niedopracowane, niejasne, nieżyciowe a miejscami nawet niedorzeczne. Dlatego w pośpiechu, „na kolanie”’ częściowo się je zmienia.

Najtrudniej jest wydobyć głos z „centrali” w sprawie wysokości opłaty za odpady. A jak już się odezwą, to…..łoj! Czytałem kilka nonsensownych wypowiedzi, z których wynikało, że generalnie ludzie nie powinni spodziewać się podniesienia opłat za śmieci. Jeśli gdzieś koszty wzrosną, stanie się tak podobno z winy samych mieszkańców, nie dbających o ekologię. Jako drugi powód podwyżek wskazuje się nieudolność samorządów, które rzekomo nie potrafią ani sprawnie wdrożyć zmian, ani dobrze policzyć kosztów.

Przyznam, że takie opinie mocno podnoszą mi ciśnienie. Wielokrotnie zastanawiałem się, skąd w nich tyle obłudy, arogancji i braku rozsądku. Ostatnio chyba znalazłem rozwiązanie zagadki. Sprawdziłem, jak na druku sejmowym uzasadnia się wprowadzenie najważniejszej dla „rewolucji” uchwalonej 1.07.2011 zmiany Ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Najbardziej interesowała mnie analiza skutków finansowych, będąca przecież obowiązkowym elementem każdej przyjmowanej ustawy.

 Cóż znajdujemy w rozdziale dotyczącym wpływu wprowadzanych zmian na budżet jednostek samorządu terytorialnego? Najpierw pisze się tam o karach nakładanych na obywateli i przedsiębiorców, które pokrywać mają w jakimś stopniu koszty administracyjne. Nie podaje się żadnych liczb.  Następnie uwagę poświęca się opłatom skarbowym płaconym przez przedsiębiorców (50 zł lub 107 zł). Na przykładzie Warszawy wylicza się, że do budżetu wpłynie być może kwota 2140 zł.(sic!). Czy rozważania te są warte choćby papieru, na którym je spisano niech świadczy fakt, że roczne wydatki dotyczące śmieci w Świdnicy (gdzież nam do stolicy) szacujemy na 9.9 mln zł. Potem następuje obszerny fragment tekstu (bez liczb) dotyczący rejestrów i zezwoleń.  Po nim mamy rozdziały dotyczące ochrony praw nabytych i ewentualnych roszczeń odszkodowawczych. Może to dobrze, ale także tutaj nie ma żadnych liczb. Pojawiają się one dopiero w rozdziale „Szacunkowe obliczenia”. Ten tytuł jest trochę mylący.  Obliczenia polegają na wykonaniu kilku działań matematycznych, w wyniku których otrzymujemy hipotetyczną wielkość wpływów hipotetycznej gmin, jakiej ani jednej nie ma w Polsce. Nie jest jasne, po co tak się wysilano, skoro otrzymany wynik nie jest z niczym porównywany. Wniosek, że wszystko będzie cacy wynika wyłącznie z tego, że kiedyś w Legionowie statystyczna rodzina płaciła rocznie za śmieci 306 zł, a w Pszczynie 223 zł. Kolejny rozdział poświęcony jest rynkowi pracy (także bez liczb). Napisano, że zwiększy się liczba osób pracujących na wysypiskach, co chyba nie jest obojętne dla kosztów systemu. Ostatnie dwa rozdziały (także bez liczb) dotyczą konkurencyjności gospodarki i rozwoju regionalnego.

Jeśli taka jest jakość sejmowych analiz finansowych, mogą przestać dziwić bajki opowiadane przez ministrów i posłów. A Państwa przekonuje przedstawiony dokument? Można sprawdzić, czy nadmiernie nie uprościłem ministerialnych wywodów. Podaję odpowiedni link:    http://orka.sejm.gov.pl/Druki6ka.nsf/0/3CA1250258CBA9D3C12577ED003C38F7/$file/3670-uzasadnienie.doc
Dla porównania, jak rzeczowa kalkulacja może wyglądać, w komentarzu do wpisu udostępniam raport opracowany w naszym urzędzie przez podległych mi pracowników. Nawet, jeśli pewne jego elementy nie potwierdzą się w pełni, błąd nie będzie duży, bo liczby nie kłamią. Z nich wynika niezbicie, że dostosowanie się do narzuconych nam przez Rząd i Sejm RP wymogów nieuchronnie spowoduje wzrost opłat.

Nie mam wątpliwości, że „rewolucja śmieciowa” wpłynie na zasobność naszych portfeli nawet, jeśli tu, w Świdnicy zrobimy ją najlepiej, jak można. Musimy pokonać wiele problemów. Najbardziej przykre jest jednak, że jednym z nich jest braki odwagi i rozsądku polityków, którzy tę „rewolucję” proklamowali.



czwartek, 17 stycznia 2013

Panu Marcinowi Paluszkowi

Odpowiedź na pytanie zadane przez Pana jest trochę zbyt długa, jak na komentarz. Stąd odrębny, nowy wpis.

Dobrym przykładem, o który Pan prosi (o nim pisałem w swoim poście) jest adresowane do prezydenta i radnych pismo dotyczące estetyki miasta. Całość obszerna, więc zacytuję fragmenty:
„Gdzie jest spójność działań władz miasta? Skoro budujemy wieżę ratuszową i, jak mniemam, chcemy skupić się na rozwoju turystyki, to dlaczego pozwalamy niszczyć i bezcześcić kamienice, pobocza i podwórka?”
„Doszliśmy do ściany i absurdalnej sytuacji, w której można właściwie WSZYSTKO. Można postawić na prywatnej posesji gigantyczną, plastikową muszlę klozetową tuż przy znaku wjazdowym „Świdnica”. Zresztą obecnie chyba nie zrobi to większego wrażenia na wjeżdżających do miasta”.
„Może warto w końcu zainwestować w tzw. wizerunek…….. Toż to miasto historyczne, z tradycjami. Świdnica to nie tylko diecezja, Panie Prezydencie- wszyscy jesteśmy świdniczanami, choć nie wszyscy katolikami”.
Czy takimi listami zamierzacie Panowie dążyć do realizacji celów deklarowanych w wywiadzie opublikowanym w Wiadomościach Świdnickich? Tak je opisaliście:
My chcemy eksportu pewnych idei, które sprawdziły się w innych miastach i które mają szansę zaistnieć w Świdnicy”.
„W naszej inicjatywie chodzi właśnie o to, żeby ludzi pobudzić do działania”.
Rzeczywiście, mnie pobudziliście.
Pisze Pan, że to wszystko jest smutne. W tej ocenie zupełnie sie z Panem zgadzam.


środa, 16 stycznia 2013

Śnieżki na facebooku


Pogoda za oknem spowodowała, że przypomniały mi się zimowe harce z okresu mojego dzieciństwa. Często obrzucaliśmy się śnieżnymi kulkami. Każdy chłopak na podwórku nie jeden raz oberwał. Myślał wtedy:
 - Ot, normalka. Skoro bawię się w nawalankę śniegiem, sam mogę być trafiony.  Nie mogę się jednak rozpłakać, a tym bardziej pobiec na skargę, na przykład do ciotki. Wszyscy, bowiem uznaliby mnie za beksę, maminsynka i w dodatku skarżypytę.
Mieliśmy wtedy po kilka lub trochę ponad 10 lat. Myślę jednak, że rozsądku i dojrzałości w budowaniu międzyludzkich relacji mogliby uczyć się niektórzy współcześni wojownicy facebooka, którzy już dawno przekroczyli formalną granicę dorosłości. Do takiego wniosku skłaniają mnie wydarzenia ostatnich dni.

Czterech panów (Świdnickie Forum Rozwoju), w tym radny Rafał Ząbczyk, miało kilka pomysłów na poprawę jakości życia w Świdnicy. Do prezydenta i radnych trafiły listy z opisem ich propozycji, ale także szeregiem niemądrych, złośliwych, a czasem wręcz obraźliwych komentarzy i uwag. Pierwsze ich pismo potraktowaliśmy ściśle merytorycznie. Sformułowaliśmy obszerną odpowiedź, w ogóle nie reagując na skierowane pod naszym adresem uszczypliwości. Przez analogię do opisu zimowych potyczek na śnieżne kulki, przypominało to sytuację, gdy jedni rzucają nimi, a atakowani się nie bronią. Być może chłopaki z ŚFR dobrze się bawili. Przynajmniej do czasu, gdy do drugiego ich listu odniosłem się także rzeczowo, ale zwróciłem również uwagę na pewną niestosowność ich postępowania. Co dokładnie im napisałem, zamieszczam poniżej. Moim zdaniem, odpowiedziałem na zaczepkę – skoro rozpoczęli walkę na śnieżki, posłałem im jedną, niezbyt dużą. Gdy jednak pacnęła ona w bańkę Rafała Ząbczyka, ten zachował się tak, jak nie postąpiłby żaden malec z mojego podwórka. Najpierw rozmazgaił się, lamentując na facebooku, że ktoś śmiał walnąć go śniegiem. Potem zamiast pogodzić się z faktem, że szturchany przez niego wiceprezydent w końcu zareagował, pobiegł się wypłakać i szukać pomocy u jakiejś ciotki. Redaktorka „Wiadomości Świdnickich” przygarnęła mazgaja i narobiła jazgotu nie tylko w internecie, ale także w swoim tygodniku. I nawet się temu nie dziwię, bo nie po to chucha i dmucha na bobasków z ŚFR, żeby ktoś psuł im zabawę.  

Jakie wnioski płyną z tej mało poważnej historyjki? Może taki, że Rafał Ząbczyk i koledzy, chociaż uważają się za poważnych ludzi, wciąż nie wyrośli z krótkich spodenek na szelkach? A może taki, że korzystając z poparcia gazety, próbują się lansować na zbawców Świdnicy, metodą cynicznego deprecjonowania innych osób, które coś niecoś dla miasta już zrobiły. Wolałbym, żeby żadna z tych tez nie była prawdziwa. Z Rafałem, jako radnym konstruktywnie współpracuję. Mam wrażenie, że nawet darzymy się sympatią. Doprawdy, nie rozumiem, po co wywołał tę medialną zadymę. Z dyskusji na faceeboku odnoszę wrażenie, że jego młodsi koledzy z ŚFR też się dziwią.

Tak, na wszelki wypadek dodam, że jeżeli amatorzy rzucania śnieżkami mają ochotę kontynuować rozpoczętą przez siebie zabawę, to jestem do dyspozycji. Pracy mam wprawdzie dużo, ale znajdę trochę wolnego czasu. Skoro panowie z ŚFR tak wyobrażają sobie swój dialog z wiceprezydentem, nie mogę im odmówić. Mogliby mi zarzucić arogancję władzy.





Nie posiadam skanu gotowego pisma, którego dotyczy całe zamieszanie. W swoim komputerze mam plik tekstowy. W treści nie ma różnic.







Świdnica 08.01.2012


                                           Pan Marcin Paluszek,
                                           Pan Adrian Gączkowski,
                                           Rafał Ząbczyk,
                                           Pan Szymon Chojnowski.                                     
                                           (nieformalna inicjatywa obywatelska:
                                            Świdnickie Forum Rozwoju).







Szanowni Panowie,

Dziękuję za wykazane zainteresowanie rozpoczęta przebudową skweru przy ul. Franciszkańskiej. Z uwagą zapoznałem się z Panów propozycjami modyfikacji sposobu zagospodarowania tego miejsca.

Podzielam pogląd, że celem inwestycji powinno być stworzenie przestrzeni o niepowtarzalnym charakterze akceptowanym przez mieszkańców. Dlatego w ciągu dwóch ostatnich lat do wiadomości świdniczan przekazywaliśmy wiele informacji dotyczących przygotowań do inwestycji. Ponadto wskazaliśmy tę lokalizację, jako optymalną do przeprowadzenia przez redakcję „Wiadomości Świdnickich” akcji społecznej pn. „Skrzynia Pamięci Świdniczan”. Zamierzamy uwzględnić fakt przeprowadzenia tej inicjatywy
w wyglądzie akcentu architektonicznego umieszczonego w centrum placu. Obecnie trwają konsultacje społeczne dotyczące tego szczegółu inwestycji. Jej całokształt był omawiany i pozytywnie przyjęty przez mieszkańców budynku położonego przy skwerze oraz przedstawicieli Spółdzielni Mieszkaniowej. Było to warunkiem pozyskania przez nas prawa władania gruntem należącym do spółdzielni.

Nie potrafię ocenić, czy urządzenie Świdnickiego Zakątka Książki według Panów pomysłu byłoby bez zastrzeżeń przyjęte przez obywateli Świdnicy, zwłaszcza mieszkających w bezpośrednim jego sąsiedztwie. Moim zdaniem, wdrożenie zaprezentowanej idei wiązałoby się ze sporymi praktycznymi trudnościami. Jednak obecnie rozważania tego rodzaje są bezprzedmiotowe, bo mocno spóźnione. Miasto nie ma już możliwości zmiany projektu technicznego, według którego realizowane są roboty budowlane. Wynika to z faktu, że zadnie współfinansowane jest ze środków UE, a stosowna umowa została zawarta. Niemniej, doceniając innowacyjność zgłoszonej inicjatywy, pan Waldemar Skórski - zastępca prezydenta miasta zadeklarował gotowość uwzględnienia w planach pracy Miejskiej Biblioteki Publicznej przedsięwzięć o charakterze happeningów upowszechniających kulturę, w szczególności propagujących czytanie książek. Jeśli są Panowie zainteresowani współudziałem w takich działaniach, proszę o bezpośredni kontakt z wiceprezydentem.

Z kontekstu Panów pisma wynika, że Waszym zamiarem jest zgłaszanie kolejnych pomysłów. W każdym takim przypadku uzasadnione jest podkreślanie ich zalet, także przez kontrast- zestawianie ich z wadami i słabościami innych propozycji. Jednak zawsze za niepotrzebne, wręcz podważające powagę zgłaszanych propozycji uważam przypisywanie nieprawdziwych i negatywnych cech innym przedsięwzięciom. Fragment Panów listu ostrzegający przed powstaniem „następnego betonowego i pustego miejsca” jest tego przykładem. Świdnicy takie uwagi nie dotyczą, zwłaszcza budowanego skweru przy ul. Franciszkańskiej. Powtarzanie bezmyślnych lub formułowanych w złej wierze obiegowych opinii stanowi kontrast w zestawieniu z zaprezentowaną zdolnością do formułowania innowacyjnych pomysłów.  Niestety, prezentując myśl łamiącą utrwalone schematy, stosujecie argumenty zawierające uproszczenia, które poddane rzetelnej ocenie okazują się, po prostu, prostackie.

Licząc na konstruktywną współpracę, wyrażam gotowość rzeczowych rozmów o projektach wykorzystujących Panów kreatywność i zaangażowanie w tworzenie lepszej przyszłości Świdnicy.


Z poważaniem.
Ireneusz Pałac zastępca prezydenta miasta



"Po godzinach" po dwóch latach.


Po prawie dwóch latach wracam do prowadzenia bloga "Po godzinach". Brak aktywności w tym miejscu wynikał z faktu, że przyjąłem propozycję pisania na portalu świdnica24.pl. Utworzono tam zakładkę, do obecności w której zaproszono także radnych miejskich. Sadziłem, że umieszczanie tekstów na popularnym portalu jest dobrym pomysłem. Pewnie tak rzeczywiście było. Ponieważ jednak przedłużają się problemy uniemożliwiające czytelnikom dostęp do tamtego blogowiska, zdecydowałem o powrocie na stare śmieci. Zastałem tu kilkanaście komentarzy oczekujących od dawna na publikację. Dołączyłem je do udostępnionych wcześniej.

Mój rytm pisanie będzie, jak poprzednio, dosyć nieregularny, ale w miarę częsty. Tematów wartych podjęcia jest dużo, więc raczej nie grozi mi brak pomysłów. Postaram się szybciej publikować komentarze, bo słusznie zwrócono mi uwagę, że to była słabość bloga.
Mam nadzieję, że nie tylko mi będzie chciało się tu zaglądać. Z góry cieszę sie obecnością wszystkich  Czytelników.

piątek, 1 kwietnia 2011

Sąd rostrzygnął


Po czterech miesiącach niepewności Wojewódzki Sąd Administracyjny rozstrzygnął wątpliwości dotyczące kontrowersyjnej zmiany nazwy ulicy. Przypomnę, że w grudniu ubiegłego roku obchodzone było 20 lecie Samorządu Terytorialnego. Z tej okazji Rada Miejska postanowiła uczcić najbardziej zasłużonych radnych miejskich poprzez nadanie świdnickim ulicom nowych nazw. Na pierwszy ogień poszła ulica Nauczycielska. Jej nazwę zmieniono na ulicę imieniem Michała Ossowskiego. Niezwłocznie wykonane zostały nowe tablice informacyjne. (na zdjęciu zawieszenie pierwszej tablicy na ogrodzeniu Młodzieżowego Domu Kultury). Jednak ku naszemu zaskoczeniu uwagi do podjętej w grudniu uchwały Rady Miejskiej zgłosił Wojewoda Dolnośląski. Potraktowaliśmy to, jako niedopuszczalną ingerencję w kompetencje rady i ograniczenie jej niezależności. Dlatego sprawa trafiła do WSA. Dzisiejsza decyzja sądu potwierdza, że mieliśmy rację. Nie chodzi jednak tylko o spór natury prestiżowej. Ważne jest, że otwarta została droga do uhonorowania następnych osób, które zasłużyły się dla Świdnicy, pracując w samorządzie. Na najbliższą sesję przygotowywany jest projekt uchwały o zmianie kolejnych nazw. Kluby radnych bliskie są osiągnięcia ostatecznego porozumienia w tej sprawie. Według wstępnych ustaleń, każdemu klubowi przysługiwać będzie prawo zgłoszenia jednej propozycji. Najbardziej prawdopodobne są następujące: SLD- ul. Przyjaźni na ul. Janusza Soleckiego, PiS – ul. Słowicza na ul. Mariusza Barcickiego. Klub PO nie może się zdecydować, kogo ostatecznie zaproponuje, jako alternatywę dla ul. Pięknej. W drodze powszechnego konsensusu ul. Dworcowa ma być przemianowana na ul. Janusza Szalkiewicza w celu podkreślenia jego zasług dla świdnickiej komunikacji

sobota, 26 lutego 2011

Goździkowa by zrozumiała

Oj, oberwało mi się od radnej Beaty Moskal-Słaniewskiej. Najwyraźniej bardzo nie spodobał się jej mój poprzedni wpis. Posługując się kilkoma przykładami, pokazałem w nim przewrotność formułowanych przez SLD opinii na temat inwestycji miejskich. Reakcją pani radnej jest tekst, w którym analizuje stan mojego ciała i ducha, a ponadto recenzuje mój sposób pisania i przestrzeganie zasad savoir vivre.

Punktem wyjścia jej polemicznego artykułu jest życzliwa rada, abym zażywał lecytynę w celu poprawienia pamięci. Ta uprzejmość wynika z faktu, że podobno pomyliłem liczby. Napisałem, że pani Moskal-Słaniewska domagała się wybudowania wieży ratuszowej za kwotę 2 mln zł. Pani radna przyznaje się, że w rzeczywistości wymieniała sumę 3 mln zł. Całkiem możliwe, że ma rację. Tylko czy zmienia to istotę sprawy? Rzeczywisty koszt budowy to prawie 9 mln. Dlatego, nawet jeśli ponownie uzna to, co piszę za „arogancki atak” i „zagmatwaną odpowiedź, która nic nie wnosi, tylko obraża”, pozostaję przy swoim zdaniu. Jej publiczna wypowiedź na temat kosztów tej inwestycji była zwyczajnie niedorzeczna. Moim zdaniem świadczy o małej wiedzy lub złej woli. Nie będę rozstrzygał, która przyczyna jest bardziej prawdopodobna. Faktem jest, że teza o nieuzasadnionych, ogromnych pieniądzach przeznaczonych na odbudowę wieży stanowi jeden z elementów negatywnej propagandy uprawianej przez SLD.

Co do pamięci, to zauważyłem, że trzymają się mojej głowy niektóre stare kawały. Jeden z nich dotyczył napaści tygrysa na teściową. Gdy do zięcia dotarła ta przerażająca nowina stwierdził: sam napadł, niech sam się broni! Przypominam ten dowcip w kontekście pomysłów pani radnej na obniżenie kosztów postawienia wieży. Postuluje ona, żeby zrezygnować z windy, kawiarni, toalet, miejsc do urządzania wystaw, systemów bezpieczeństwa itp. Gdyby jej posłuchać, wystarczyłoby jedynie postawić przy wieży tabliczkę z napisem: „Obywatelu, sam się tu przypałętałęś, więc sam sobie jesteś winien. Dlatego sam sobie radź”. Bo rzeczywiście, po co winda, skoro i tak ze względów bezpieczeństwa pożarowego konieczne są schody? Przecież można się po nich wdrapać na taras widokowy. Jak nie wszyscy dadzą radę, to ich zmartwienie. Dla oszczędności można nawet wdrożyć nowatorski pomysł i zamontować tylko co drugi stopień schodów albo postawić drabinę. Zresztą, po co taras? Żeby oglądać z góry, te okropne „betonowe place”? Dla kogo wystawy na poszczególnych piętrach? A nie może taki jeden z drugim przejść się do muzeum? Wtedy zaoszczędzimy jeszcze na instalacji elektrycznej, malowaniu ścian wewnątrz wieży, a może nawet na tynkach. Wypić kawę spoglądając przez okno wieży? Nieeeee, skoro są inne kawiarnie. A jak ktoś będzie miał potrzebę skorzystania z toalety, to niech jej szuka gdzie indziej. Właściciel gastronomii w Empiku będzie wprost zachwycony, jeśli wpadnie do niego autobus turystów. Jak się zrobi kolejka, część gości można odesłać do klubu Bolko. Tam, zupełnie niedaleko od Rynku, powstał przecież nowy szalet miejski.

Pięknie? Podoba się taki przepis „made by Beata Moskal-Słaniewska” na ożywienie centrum miasta? Mnie się nie podoba. Większość radnych poprzedniej kadencji także inaczej rozumiała sens odbudowy wieży. Dlatego przyjęto program rewitalizacji miasta. Zgodnie z nim wieża ma być obiektem użytecznym, służący mieszkańcom Świdnicy i turystom. A zresztą, nawet gdyby była wyłącznie pustym, martwym kikutem, kosztowałaby dużo więcej niż 3 mln zł. Doprawdy zaskoczony jestem, że tak elementarne rzeczy trzeba komukolwiek tłumaczyć. Sądzę, że Goździkowa, ta od etopiryny, na pewno by takie oczywistości rozumiała. Żal, że Moskal-Słaniewska, ta od lecytyny, nie jest w stanie ich pojąć. Cóż, jak widać, oprócz niedoskonałości pamięci występują czasami także inne przypadłości. Znane powiedzenie mówi: Lekarzu, ulecz się sam!

niedziela, 20 lutego 2011

Ofiary mrugają

„Pogrubia, lecz nie obciąża” – taki slogan usłyszałem w reklamie jakiegoś tuszu do rzęs. Jeśli dobrze rozumiem, producent tego cuda przekonuje eleganckie panie, że ich rzęsy mogą zwiększyć objętość wskutek pokrycia warstwą farby. Wyjątkowość produktu polega na tym, że smolista powłoka podobno nic nie waży. Korzyści stosowania są więc ewidentne. Wygląda się atrakcyjnie, a mruga się bez zmęczenia. Nie jestem znawcą przedmiotu, ale wątpię w prawdziwość tej oferty. Podobnie jak w realność stworzenia perpetum mobile. Niemniej jednak wytwórca tuszu posługuje się reklamą, mając przekonanie, że znajdzie się sporo naiwnych, którzy w nią uwierzą.

Ten przypadek wydaje mi się dobrą ilustracją praktyki stosowanej przez radnych SLD w dyskusjach dotyczących inwestycji miejskich. Starają się oni przekonać świdniczan, że możliwe jest zbudowanie rzeczy oczekiwanych przez mieszkańców, ważnych, potrzebnych, trwałych, ładnych i o wysokich walorach użytkowych (czyli pogrubianie) bez ponoszenia adekwatnych kosztów (czyli bez obciążania). Niestrudzenie mrugają do wyborców, wykazując się zdecydowanie większym cynizmem niż producent kosmetyków.

Pamiętam jak dziś dyskusję telewizyjną, w której Beata Moskal-Słaniewska z pełną powagą twierdziła, że wieżę ratuszową można postawić za kwotę 2 mln złotych. Być może, gdyby budulcem była dykta, słoma i eternit, byłoby to możliwe. Jeśli jednak używamy „normalnych” materiałów, a wieża ma być udostępniana zwiedzającym (winda, systemy bezpieczeństwa, ekspozycje sztuki, kawiarnia, toalety itp.), wypowiedź pani radnej jest po prostu niedorzeczna. Co nie oznacza, że ktoś w nią nie uwierzy. A wtedy będzie szczerze zdziwiony, że 2 mln to mniej niż koszt robót związanych z głębokim fundamentowaniem wieży i konstrukcją parteru.

W identyczny sposób SLD traktuje przebudowę ul. Łukowej. Absolutnie nie przyjmuje do wiadomości, że około połowa kosztów inwestycji dotyczyła koniecznej wymiany sieci podziemnych. Ich katastrofalny stan techniczny zmuszał do działania, nawet gdyby uznać, że zniszczona i nierówna nawierzchnia z kostki betonowej (jedna z pierwszych ułożonych w Świdnicy) była lepsza od obecnej (nie mówiąc już o nowym wystroju deptaka). Dlatego kompleksowe zajęcie się ul. Łukową było racjonalne. Jednak nie dla SLD. Zdaniem krytyków realizacja tego zadania z ogromnym wsparciem środków unijnych była dla budżetu miasta zbyt kosztowna. Nie mam jednak złudzeń, że gdyby w przyszłości w trybie awaryjnym, w całości za miejskie pieniądze musiano rozkopać ulicę i wymienić choćby sieć kanalizacyjną, obecni oponenci mieliby jeszcze więcej do powiedzenia. Pytaliby, dlaczego dzisiaj, przy dostępności pieniędzy z UE, zaniechano wymiany infrastruktury.

O tym, że głoszone dyrdymały trafiają czasem na podatny grunt, świadczą niektóre wypowiedzi spotykane na forach internetowych. Na przykład jakiś mądrala udowadniał, że przebudowa pl. św. Małgorzaty mogłaby kosztować mniej, gdyby wykorzystać materiał z rozbiórek starej nawierzchni placu. Niby racja – można „pogrubić” mniej „obciążając”. Wystarczy jednak chwilę się zastanowić, żeby uznać bezsens tej podpowiedzi. Pomińmy ważne względy estetyczne, dotyczące przecież centralnego placu miejskiego, skupiając się wyłącznie na wątku finansowym. Unia Europejska dotuje w 50 procentach wartość robót, w tym koszty materiałów. Dlatego bardziej opłaca się nam na pl. św. Małgorzaty zakupić materiał nowy, a zdemontowaną kostkę brukową zachować, by wykorzystać do budowy innych ulic nieobjętych dotacjami unijnymi. Po prostu, za pół ceny nabywamy budulec, za który musielibyśmy zapłacić 100 procent jego wartości. Jeśli ruszyć głową, uznanie tej argumentacji jest chyba jednak łatwiejsze, niż danie wiary uwodzącym spojrzeniom modelek promujących niezwykły tusz. A cóż dopiero, jeśli ten „model” ma na imię Janusz lub Adam.

Najświeższy przykład mrugania okiem (z wyraźnym zezem) do łatwowiernych obywateli to sprawa aquaparku. Także tutaj SLD lansuje pogląd, że zbudowałoby obiekt o połowę tańszy, gdyby nie gigantomania obecnie rządzących. Na marginesie warte odnotowania jest tempo, w jakim nasi konkurenci zwiększają rzekome koszty inwestycji. Ostatnio pani radna Beata podała kwotę 100 mln zł. Nie zdziwię się, jeśli do czasu rozpoczęcia budowy lewicowa propaganda zwielokrotni tę sumę. Wszystko jest możliwe, skoro podczas niedawnej kampanii wyborczej stosowano tę metodę, głosząc na przykład, że rewaloryzacja Parku Centralnego ma kosztować 30 mln. Kłamstwo to z premedytacją wielokrotnie powtarzano. Pewnie budowie parku wodnego warto poświęcić odrębny wpis, bo głoszony fałsz nie powinien pozostać bez odpowiedzi. Żeby pisany obecnie tekst nie był zbyt długi, tutaj skomentuję tylko jedną tezę opozycji. Twierdzi ona, że podejmujemy decyzję o budowie bez przeanalizowania aspektów finansowych. Jest to nieprawda. Według mojej wiedzy, dotychczas żadna inwestycja miejska nie była poprzedzona tak dużym namysłem odnośnie skutków jej powstania dla budżetu miasta. Zresztą, jeszcze zupełnie niedawno SLD krytykowało nas za zbyt długi okres przygotowań, nadmierną ostrożność i za dużą ilość opracowań poprzedzających decyzję o rozpoczęciu realizacji projektu. Prawda jest taka, że podejmujemy się bardzo dużego wyzwania, które wiąże się także z ryzykiem. Jestem jednak przekonany, że zrobiliśmy bardzo wiele, aby je zminimalizować. Nie mam jednocześnie wątpliwości, że jakikolwiek, nawet najbardziej udany finał, uchroni nas przed biadoleniem SLD. Na pewno okaże się, że albo bilety są za drogie, albo woda za mokra, albo szatnia za ciasna itd.

Na usprawiedliwienie radnych SLD mogę tylko zasugerować, że może zbyt często oglądają telewizję i bezwiednie przejmują z niej wzorce. A przecież reklamy kosmetyków są tak kuszące i sugestywne, że trudno nie stać się ich ofiarą. A efekty widzimy- ofiary (?) mrugają.