Gdy po raz pierwszy usłyszałem, że radni SLD przygotowali uchwałę o dofinansowaniu in vitro z budżetu miasta, zinterpretowałem to jednoznacznie. Sądziłem, że to świdnickie wydanie ogólnopolskiej aktywności lewicy, która co jakiś czas zgłasza „postępowe” pomysły. Ostatnio najgłośniej było o próbie legalizacji związków homoseksualnych i staraniach o posadę wicemarszałka Sejmu dla transwestyty. Pomyślałem, że nasi radni Janusz Solecki i Janusz Szalkiewicz także chcą zaliczać się do awangardy tworzonej przez posłów Ryszard a Kalisza, Janusza Palikota i Roberta Biedronia. To przecież takie fajne chłopaki. No, może nie wszyscy.
Przyznam jednak, że potem przez moment zawahałem się, czy na pewno mam dobrą intuicję. Było to po poniedziałkowym posiedzeniu Komisji Spraw Społecznych. Od jej przewodniczącej dowiedziałem się, że radni podczas omawia nia projektu byli rzeczowi, bez agresji, z uwagą i wzajemnym szacunkiem prowadzili polemikę, zachowywali otwarcie wobec prezentowanych przeciwstawnych racji. Naprawdę odczułem przyjemne zdziwienie.
Szkoda, że w środę wszystko wróciło do złej normy, jaką zwykle posługuje się wojujące lewactwo. Lokalny przedstawiciel nieznanego mi wcześniej ( chyba nie tylko mi) Zjednoczenia Demokratycznego z Wrocławia przysłał do urzędu pismo wspierające działania SLD. W liście tym wyłożył kawę na ławę. Jego zdaniem, zwolennicy in vitro to świa tli obywatele korzystający ze zdobyczy nauki. Przeciwnicy metody to, podobno, nierozum ni członkowie Kościoła. Mam zaszczyt do nich się zaliczać.
Uchwała proponowana przez SLD jest dla mnie nie do przyjęcia z kilku powodów. Po pierwsze, technologia in vitro budzi zasadnicze zastrzeżenia etyczne ze względu na unicestwia nie nieprzydatnych dla zapłodnienia zarodków ludzkich. Po drugie, istnieje metoda leczenia bezpłodności, nie powodująca niszczenia embrionów, a przy tym zdecydowanie tańsza. Co prawda, naprotechnologia nie jest jeszcze bardzo rozpowszechniona, ale już dostępna w Polsce. Faktem pozostaje, że żadna z tych metod nie gwarantuje sukcesu każdej parze pragnącej potomstwa. Po trzecie, system opieki medycznej w Polsce jest tak skonstruowany, że gminy nie są odpowiedzialne za szpitale, przychodnie, refundację kosztów leczenia itp. Jeśli ktokolwiek miałby finansować in vitro, to powinien robić to rząd, a nie miasto.
Moje obiekcje wywołuje też prostacki podział na zwolenników i przeciwników nauki, jakim posługują się zwolennicy in vitro. Akurat, w odniesieniu do produkcji „dzieci z probówek” racje moralne są całkowicie spójne z argum entami współczesnej wiedzy medycznej. Nie chcę powtarzać osobistego zdania w tej sprawie. Przedstawiłem je w rubryce KONTRA w Tygodniku Świdnickim. Dla zainteresowanych załączam je w komentarzu do tego wpisu. Przyznam, że moje stanowisko ukształtowało się w dużej mierze dzięki lekturze wywia du, jaki znalazłem w lipcu ubiegłego roku w Gazecie Wrocławskiej. Kierownik Zakładu Genomiki UWr bez jednego choćby odwołania się do etyki, Kościoła, wia ry w Boga wytłum aczył istotę technologii in vitro oraz konsekwencje stosowania, których nie chcą przyjąć do wia domości jej entuzjaści. Nie wiem, czy warto emocjonować się przebiegiem batalii o finansowanie sztucznego zapłodnienia, jaka odbędzie się na piątkowej sesji Rady Miejskiej. Ufam, że rozsądek zwycięży. Nie mam jednak złudzeń, że w takiej lub innej formie problem kiedyś powróci, więc warto coś więcej wiedzieć. Dlatego szczerze polecam wywia d, o którym wyżej wspomniałem. Podaję link do niego:
http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/626099,prof-cebrat-in-vitro-to-wielki-biznes-a-nie-nauka,4,id,t,sa.html
