piątek, 1 kwietnia 2011
Sąd rostrzygnął
Po czterech miesiącach niepewności Wojewódzki Sąd Administracyjny rozstrzygnął wątpliwości dotyczące kontrowersyjnej zmiany nazwy ulicy. Przypomnę, że w grudniu ubiegłego roku obchodzone było 20 lecie Samorządu Terytorialnego. Z tej okazji Rada Miejska postanowiła uczcić najbardziej zasłużonych radnych miejskich poprzez nadanie świdnickim ulicom nowych nazw. Na pierwszy ogień poszła ulica Nauczycielska. Jej nazwę zmieniono na ulicę imieniem Michała Ossowskiego. Niezwłocznie wykonane zostały nowe tablice informacyjne. (na zdjęciu zawieszenie pierwszej tablicy na ogrodzeniu Młodzieżowego Domu Kultury). Jednak ku naszemu zaskoczeniu uwagi do podjętej w grudniu uchwały Rady Miejskiej zgłosił Wojewoda Dolnośląski. Potraktowaliśmy to, jako niedopuszczalną ingerencję w kompetencje rady i ograniczenie jej niezależności. Dlatego sprawa trafiła do WSA. Dzisiejsza decyzja sądu potwierdza, że mieliśmy rację. Nie chodzi jednak tylko o spór natury prestiżowej. Ważne jest, że otwarta została droga do uhonorowania następnych osób, które zasłużyły się dla Świdnicy, pracując w samorządzie. Na najbliższą sesję przygotowywany jest projekt uchwały o zmianie kolejnych nazw. Kluby radnych bliskie są osiągnięcia ostatecznego porozumienia w tej sprawie. Według wstępnych ustaleń, każdemu klubowi przysługiwać będzie prawo zgłoszenia jednej propozycji. Najbardziej prawdopodobne są następujące: SLD- ul. Przyjaźni na ul. Janusza Soleckiego, PiS – ul. Słowicza na ul. Mariusza Barcickiego. Klub PO nie może się zdecydować, kogo ostatecznie zaproponuje, jako alternatywę dla ul. Pięknej. W drodze powszechnego konsensusu ul. Dworcowa ma być przemianowana na ul. Janusza Szalkiewicza w celu podkreślenia jego zasług dla świdnickiej komunikacji
sobota, 26 lutego 2011
Goździkowa by zrozumiała
Oj, oberwało mi się od radnej Beaty Moskal-Słaniewskiej. Najwyraźniej bardzo nie spodobał się jej mój poprzedni wpis. Posługując się kilkoma przykładami, pokazałem w nim przewrotność formułowanych przez SLD opinii na temat inwestycji miejskich. Reakcją pani radnej jest tekst, w którym analizuje stan mojego ciała i ducha, a ponadto recenzuje mój sposób pisania i przestrzeganie zasad savoir vivre.
Punktem wyjścia jej polemicznego artykułu jest życzliwa rada, abym zażywał lecytynę w celu poprawienia pamięci. Ta uprzejmość wynika z faktu, że podobno pomyliłem liczby. Napisałem, że pani Moskal-Słaniewska domagała się wybudowania wieży ratuszowej za kwotę 2 mln zł. Pani radna przyznaje się, że w rzeczywistości wymieniała sumę 3 mln zł. Całkiem możliwe, że ma rację. Tylko czy zmienia to istotę sprawy? Rzeczywisty koszt budowy to prawie 9 mln. Dlatego, nawet jeśli ponownie uzna to, co piszę za „arogancki atak” i „zagmatwaną odpowiedź, która nic nie wnosi, tylko obraża”, pozostaję przy swoim zdaniu. Jej publiczna wypowiedź na temat kosztów tej inwestycji była zwyczajnie niedorzeczna. Moim zdaniem świadczy o małej wiedzy lub złej woli. Nie będę rozstrzygał, która przyczyna jest bardziej prawdopodobna. Faktem jest, że teza o nieuzasadnionych, ogromnych pieniądzach przeznaczonych na odbudowę wieży stanowi jeden z elementów negatywnej propagandy uprawianej przez SLD.
Co do pamięci, to zauważyłem, że trzymają się mojej głowy niektóre stare kawały. Jeden z nich dotyczył napaści tygrysa na teściową. Gdy do zięcia dotarła ta przerażająca nowina stwierdził: sam napadł, niech sam się broni! Przypominam ten dowcip w kontekście pomysłów pani radnej na obniżenie kosztów postawienia wieży. Postuluje ona, żeby zrezygnować z windy, kawiarni, toalet, miejsc do urządzania wystaw, systemów bezpieczeństwa itp. Gdyby jej posłuchać, wystarczyłoby jedynie postawić przy wieży tabliczkę z napisem: „Obywatelu, sam się tu przypałętałęś, więc sam sobie jesteś winien. Dlatego sam sobie radź”. Bo rzeczywiście, po co winda, skoro i tak ze względów bezpieczeństwa pożarowego konieczne są schody? Przecież można się po nich wdrapać na taras widokowy. Jak nie wszyscy dadzą radę, to ich zmartwienie. Dla oszczędności można nawet wdrożyć nowatorski pomysł i zamontować tylko co drugi stopień schodów albo postawić drabinę. Zresztą, po co taras? Żeby oglądać z góry, te okropne „betonowe place”? Dla kogo wystawy na poszczególnych piętrach? A nie może taki jeden z drugim przejść się do muzeum? Wtedy zaoszczędzimy jeszcze na instalacji elektrycznej, malowaniu ścian wewnątrz wieży, a może nawet na tynkach. Wypić kawę spoglądając przez okno wieży? Nieeeee, skoro są inne kawiarnie. A jak ktoś będzie miał potrzebę skorzystania z toalety, to niech jej szuka gdzie indziej. Właściciel gastronomii w Empiku będzie wprost zachwycony, jeśli wpadnie do niego autobus turystów. Jak się zrobi kolejka, część gości można odesłać do klubu Bolko. Tam, zupełnie niedaleko od Rynku, powstał przecież nowy szalet miejski.
Pięknie? Podoba się taki przepis „made by Beata Moskal-Słaniewska” na ożywienie centrum miasta? Mnie się nie podoba. Większość radnych poprzedniej kadencji także inaczej rozumiała sens odbudowy wieży. Dlatego przyjęto program rewitalizacji miasta. Zgodnie z nim wieża ma być obiektem użytecznym, służący mieszkańcom Świdnicy i turystom. A zresztą, nawet gdyby była wyłącznie pustym, martwym kikutem, kosztowałaby dużo więcej niż 3 mln zł. Doprawdy zaskoczony jestem, że tak elementarne rzeczy trzeba komukolwiek tłumaczyć. Sądzę, że Goździkowa, ta od etopiryny, na pewno by takie oczywistości rozumiała. Żal, że Moskal-Słaniewska, ta od lecytyny, nie jest w stanie ich pojąć. Cóż, jak widać, oprócz niedoskonałości pamięci występują czasami także inne przypadłości. Znane powiedzenie mówi: Lekarzu, ulecz się sam!
Punktem wyjścia jej polemicznego artykułu jest życzliwa rada, abym zażywał lecytynę w celu poprawienia pamięci. Ta uprzejmość wynika z faktu, że podobno pomyliłem liczby. Napisałem, że pani Moskal-Słaniewska domagała się wybudowania wieży ratuszowej za kwotę 2 mln zł. Pani radna przyznaje się, że w rzeczywistości wymieniała sumę 3 mln zł. Całkiem możliwe, że ma rację. Tylko czy zmienia to istotę sprawy? Rzeczywisty koszt budowy to prawie 9 mln. Dlatego, nawet jeśli ponownie uzna to, co piszę za „arogancki atak” i „zagmatwaną odpowiedź, która nic nie wnosi, tylko obraża”, pozostaję przy swoim zdaniu. Jej publiczna wypowiedź na temat kosztów tej inwestycji była zwyczajnie niedorzeczna. Moim zdaniem świadczy o małej wiedzy lub złej woli. Nie będę rozstrzygał, która przyczyna jest bardziej prawdopodobna. Faktem jest, że teza o nieuzasadnionych, ogromnych pieniądzach przeznaczonych na odbudowę wieży stanowi jeden z elementów negatywnej propagandy uprawianej przez SLD.
Co do pamięci, to zauważyłem, że trzymają się mojej głowy niektóre stare kawały. Jeden z nich dotyczył napaści tygrysa na teściową. Gdy do zięcia dotarła ta przerażająca nowina stwierdził: sam napadł, niech sam się broni! Przypominam ten dowcip w kontekście pomysłów pani radnej na obniżenie kosztów postawienia wieży. Postuluje ona, żeby zrezygnować z windy, kawiarni, toalet, miejsc do urządzania wystaw, systemów bezpieczeństwa itp. Gdyby jej posłuchać, wystarczyłoby jedynie postawić przy wieży tabliczkę z napisem: „Obywatelu, sam się tu przypałętałęś, więc sam sobie jesteś winien. Dlatego sam sobie radź”. Bo rzeczywiście, po co winda, skoro i tak ze względów bezpieczeństwa pożarowego konieczne są schody? Przecież można się po nich wdrapać na taras widokowy. Jak nie wszyscy dadzą radę, to ich zmartwienie. Dla oszczędności można nawet wdrożyć nowatorski pomysł i zamontować tylko co drugi stopień schodów albo postawić drabinę. Zresztą, po co taras? Żeby oglądać z góry, te okropne „betonowe place”? Dla kogo wystawy na poszczególnych piętrach? A nie może taki jeden z drugim przejść się do muzeum? Wtedy zaoszczędzimy jeszcze na instalacji elektrycznej, malowaniu ścian wewnątrz wieży, a może nawet na tynkach. Wypić kawę spoglądając przez okno wieży? Nieeeee, skoro są inne kawiarnie. A jak ktoś będzie miał potrzebę skorzystania z toalety, to niech jej szuka gdzie indziej. Właściciel gastronomii w Empiku będzie wprost zachwycony, jeśli wpadnie do niego autobus turystów. Jak się zrobi kolejka, część gości można odesłać do klubu Bolko. Tam, zupełnie niedaleko od Rynku, powstał przecież nowy szalet miejski.
Pięknie? Podoba się taki przepis „made by Beata Moskal-Słaniewska” na ożywienie centrum miasta? Mnie się nie podoba. Większość radnych poprzedniej kadencji także inaczej rozumiała sens odbudowy wieży. Dlatego przyjęto program rewitalizacji miasta. Zgodnie z nim wieża ma być obiektem użytecznym, służący mieszkańcom Świdnicy i turystom. A zresztą, nawet gdyby była wyłącznie pustym, martwym kikutem, kosztowałaby dużo więcej niż 3 mln zł. Doprawdy zaskoczony jestem, że tak elementarne rzeczy trzeba komukolwiek tłumaczyć. Sądzę, że Goździkowa, ta od etopiryny, na pewno by takie oczywistości rozumiała. Żal, że Moskal-Słaniewska, ta od lecytyny, nie jest w stanie ich pojąć. Cóż, jak widać, oprócz niedoskonałości pamięci występują czasami także inne przypadłości. Znane powiedzenie mówi: Lekarzu, ulecz się sam!
niedziela, 20 lutego 2011
Ofiary mrugają
„Pogrubia, lecz nie obciąża” – taki slogan usłyszałem w reklamie jakiegoś tuszu do rzęs. Jeśli dobrze rozumiem, producent tego cuda przekonuje eleganckie panie, że ich rzęsy mogą zwiększyć objętość wskutek pokrycia warstwą farby. Wyjątkowość produktu polega na tym, że smolista powłoka podobno nic nie waży. Korzyści stosowania są więc ewidentne. Wygląda się atrakcyjnie, a mruga się bez zmęczenia. Nie jestem znawcą przedmiotu, ale wątpię w prawdziwość tej oferty. Podobnie jak w realność stworzenia perpetum mobile. Niemniej jednak wytwórca tuszu posługuje się reklamą, mając przekonanie, że znajdzie się sporo naiwnych, którzy w nią uwierzą.
Ten przypadek wydaje mi się dobrą ilustracją praktyki stosowanej przez radnych SLD w dyskusjach dotyczących inwestycji miejskich. Starają się oni przekonać świdniczan, że możliwe jest zbudowanie rzeczy oczekiwanych przez mieszkańców, ważnych, potrzebnych, trwałych, ładnych i o wysokich walorach użytkowych (czyli pogrubianie) bez ponoszenia adekwatnych kosztów (czyli bez obciążania). Niestrudzenie mrugają do wyborców, wykazując się zdecydowanie większym cynizmem niż producent kosmetyków.
Pamiętam jak dziś dyskusję telewizyjną, w której Beata Moskal-Słaniewska z pełną powagą twierdziła, że wieżę ratuszową można postawić za kwotę 2 mln złotych. Być może, gdyby budulcem była dykta, słoma i eternit, byłoby to możliwe. Jeśli jednak używamy „normalnych” materiałów, a wieża ma być udostępniana zwiedzającym (winda, systemy bezpieczeństwa, ekspozycje sztuki, kawiarnia, toalety itp.), wypowiedź pani radnej jest po prostu niedorzeczna. Co nie oznacza, że ktoś w nią nie uwierzy. A wtedy będzie szczerze zdziwiony, że 2 mln to mniej niż koszt robót związanych z głębokim fundamentowaniem wieży i konstrukcją parteru.
W identyczny sposób SLD traktuje przebudowę ul. Łukowej. Absolutnie nie przyjmuje do wiadomości, że około połowa kosztów inwestycji dotyczyła koniecznej wymiany sieci podziemnych. Ich katastrofalny stan techniczny zmuszał do działania, nawet gdyby uznać, że zniszczona i nierówna nawierzchnia z kostki betonowej (jedna z pierwszych ułożonych w Świdnicy) była lepsza od obecnej (nie mówiąc już o nowym wystroju deptaka). Dlatego kompleksowe zajęcie się ul. Łukową było racjonalne. Jednak nie dla SLD. Zdaniem krytyków realizacja tego zadania z ogromnym wsparciem środków unijnych była dla budżetu miasta zbyt kosztowna. Nie mam jednak złudzeń, że gdyby w przyszłości w trybie awaryjnym, w całości za miejskie pieniądze musiano rozkopać ulicę i wymienić choćby sieć kanalizacyjną, obecni oponenci mieliby jeszcze więcej do powiedzenia. Pytaliby, dlaczego dzisiaj, przy dostępności pieniędzy z UE, zaniechano wymiany infrastruktury.
O tym, że głoszone dyrdymały trafiają czasem na podatny grunt, świadczą niektóre wypowiedzi spotykane na forach internetowych. Na przykład jakiś mądrala udowadniał, że przebudowa pl. św. Małgorzaty mogłaby kosztować mniej, gdyby wykorzystać materiał z rozbiórek starej nawierzchni placu. Niby racja – można „pogrubić” mniej „obciążając”. Wystarczy jednak chwilę się zastanowić, żeby uznać bezsens tej podpowiedzi. Pomińmy ważne względy estetyczne, dotyczące przecież centralnego placu miejskiego, skupiając się wyłącznie na wątku finansowym. Unia Europejska dotuje w 50 procentach wartość robót, w tym koszty materiałów. Dlatego bardziej opłaca się nam na pl. św. Małgorzaty zakupić materiał nowy, a zdemontowaną kostkę brukową zachować, by wykorzystać do budowy innych ulic nieobjętych dotacjami unijnymi. Po prostu, za pół ceny nabywamy budulec, za który musielibyśmy zapłacić 100 procent jego wartości. Jeśli ruszyć głową, uznanie tej argumentacji jest chyba jednak łatwiejsze, niż danie wiary uwodzącym spojrzeniom modelek promujących niezwykły tusz. A cóż dopiero, jeśli ten „model” ma na imię Janusz lub Adam.
Najświeższy przykład mrugania okiem (z wyraźnym zezem) do łatwowiernych obywateli to sprawa aquaparku. Także tutaj SLD lansuje pogląd, że zbudowałoby obiekt o połowę tańszy, gdyby nie gigantomania obecnie rządzących. Na marginesie warte odnotowania jest tempo, w jakim nasi konkurenci zwiększają rzekome koszty inwestycji. Ostatnio pani radna Beata podała kwotę 100 mln zł. Nie zdziwię się, jeśli do czasu rozpoczęcia budowy lewicowa propaganda zwielokrotni tę sumę. Wszystko jest możliwe, skoro podczas niedawnej kampanii wyborczej stosowano tę metodę, głosząc na przykład, że rewaloryzacja Parku Centralnego ma kosztować 30 mln. Kłamstwo to z premedytacją wielokrotnie powtarzano. Pewnie budowie parku wodnego warto poświęcić odrębny wpis, bo głoszony fałsz nie powinien pozostać bez odpowiedzi. Żeby pisany obecnie tekst nie był zbyt długi, tutaj skomentuję tylko jedną tezę opozycji. Twierdzi ona, że podejmujemy decyzję o budowie bez przeanalizowania aspektów finansowych. Jest to nieprawda. Według mojej wiedzy, dotychczas żadna inwestycja miejska nie była poprzedzona tak dużym namysłem odnośnie skutków jej powstania dla budżetu miasta. Zresztą, jeszcze zupełnie niedawno SLD krytykowało nas za zbyt długi okres przygotowań, nadmierną ostrożność i za dużą ilość opracowań poprzedzających decyzję o rozpoczęciu realizacji projektu. Prawda jest taka, że podejmujemy się bardzo dużego wyzwania, które wiąże się także z ryzykiem. Jestem jednak przekonany, że zrobiliśmy bardzo wiele, aby je zminimalizować. Nie mam jednocześnie wątpliwości, że jakikolwiek, nawet najbardziej udany finał, uchroni nas przed biadoleniem SLD. Na pewno okaże się, że albo bilety są za drogie, albo woda za mokra, albo szatnia za ciasna itd.
Na usprawiedliwienie radnych SLD mogę tylko zasugerować, że może zbyt często oglądają telewizję i bezwiednie przejmują z niej wzorce. A przecież reklamy kosmetyków są tak kuszące i sugestywne, że trudno nie stać się ich ofiarą. A efekty widzimy- ofiary (?) mrugają.
Ten przypadek wydaje mi się dobrą ilustracją praktyki stosowanej przez radnych SLD w dyskusjach dotyczących inwestycji miejskich. Starają się oni przekonać świdniczan, że możliwe jest zbudowanie rzeczy oczekiwanych przez mieszkańców, ważnych, potrzebnych, trwałych, ładnych i o wysokich walorach użytkowych (czyli pogrubianie) bez ponoszenia adekwatnych kosztów (czyli bez obciążania). Niestrudzenie mrugają do wyborców, wykazując się zdecydowanie większym cynizmem niż producent kosmetyków.
Pamiętam jak dziś dyskusję telewizyjną, w której Beata Moskal-Słaniewska z pełną powagą twierdziła, że wieżę ratuszową można postawić za kwotę 2 mln złotych. Być może, gdyby budulcem była dykta, słoma i eternit, byłoby to możliwe. Jeśli jednak używamy „normalnych” materiałów, a wieża ma być udostępniana zwiedzającym (winda, systemy bezpieczeństwa, ekspozycje sztuki, kawiarnia, toalety itp.), wypowiedź pani radnej jest po prostu niedorzeczna. Co nie oznacza, że ktoś w nią nie uwierzy. A wtedy będzie szczerze zdziwiony, że 2 mln to mniej niż koszt robót związanych z głębokim fundamentowaniem wieży i konstrukcją parteru.
W identyczny sposób SLD traktuje przebudowę ul. Łukowej. Absolutnie nie przyjmuje do wiadomości, że około połowa kosztów inwestycji dotyczyła koniecznej wymiany sieci podziemnych. Ich katastrofalny stan techniczny zmuszał do działania, nawet gdyby uznać, że zniszczona i nierówna nawierzchnia z kostki betonowej (jedna z pierwszych ułożonych w Świdnicy) była lepsza od obecnej (nie mówiąc już o nowym wystroju deptaka). Dlatego kompleksowe zajęcie się ul. Łukową było racjonalne. Jednak nie dla SLD. Zdaniem krytyków realizacja tego zadania z ogromnym wsparciem środków unijnych była dla budżetu miasta zbyt kosztowna. Nie mam jednak złudzeń, że gdyby w przyszłości w trybie awaryjnym, w całości za miejskie pieniądze musiano rozkopać ulicę i wymienić choćby sieć kanalizacyjną, obecni oponenci mieliby jeszcze więcej do powiedzenia. Pytaliby, dlaczego dzisiaj, przy dostępności pieniędzy z UE, zaniechano wymiany infrastruktury.
O tym, że głoszone dyrdymały trafiają czasem na podatny grunt, świadczą niektóre wypowiedzi spotykane na forach internetowych. Na przykład jakiś mądrala udowadniał, że przebudowa pl. św. Małgorzaty mogłaby kosztować mniej, gdyby wykorzystać materiał z rozbiórek starej nawierzchni placu. Niby racja – można „pogrubić” mniej „obciążając”. Wystarczy jednak chwilę się zastanowić, żeby uznać bezsens tej podpowiedzi. Pomińmy ważne względy estetyczne, dotyczące przecież centralnego placu miejskiego, skupiając się wyłącznie na wątku finansowym. Unia Europejska dotuje w 50 procentach wartość robót, w tym koszty materiałów. Dlatego bardziej opłaca się nam na pl. św. Małgorzaty zakupić materiał nowy, a zdemontowaną kostkę brukową zachować, by wykorzystać do budowy innych ulic nieobjętych dotacjami unijnymi. Po prostu, za pół ceny nabywamy budulec, za który musielibyśmy zapłacić 100 procent jego wartości. Jeśli ruszyć głową, uznanie tej argumentacji jest chyba jednak łatwiejsze, niż danie wiary uwodzącym spojrzeniom modelek promujących niezwykły tusz. A cóż dopiero, jeśli ten „model” ma na imię Janusz lub Adam.
Najświeższy przykład mrugania okiem (z wyraźnym zezem) do łatwowiernych obywateli to sprawa aquaparku. Także tutaj SLD lansuje pogląd, że zbudowałoby obiekt o połowę tańszy, gdyby nie gigantomania obecnie rządzących. Na marginesie warte odnotowania jest tempo, w jakim nasi konkurenci zwiększają rzekome koszty inwestycji. Ostatnio pani radna Beata podała kwotę 100 mln zł. Nie zdziwię się, jeśli do czasu rozpoczęcia budowy lewicowa propaganda zwielokrotni tę sumę. Wszystko jest możliwe, skoro podczas niedawnej kampanii wyborczej stosowano tę metodę, głosząc na przykład, że rewaloryzacja Parku Centralnego ma kosztować 30 mln. Kłamstwo to z premedytacją wielokrotnie powtarzano. Pewnie budowie parku wodnego warto poświęcić odrębny wpis, bo głoszony fałsz nie powinien pozostać bez odpowiedzi. Żeby pisany obecnie tekst nie był zbyt długi, tutaj skomentuję tylko jedną tezę opozycji. Twierdzi ona, że podejmujemy decyzję o budowie bez przeanalizowania aspektów finansowych. Jest to nieprawda. Według mojej wiedzy, dotychczas żadna inwestycja miejska nie była poprzedzona tak dużym namysłem odnośnie skutków jej powstania dla budżetu miasta. Zresztą, jeszcze zupełnie niedawno SLD krytykowało nas za zbyt długi okres przygotowań, nadmierną ostrożność i za dużą ilość opracowań poprzedzających decyzję o rozpoczęciu realizacji projektu. Prawda jest taka, że podejmujemy się bardzo dużego wyzwania, które wiąże się także z ryzykiem. Jestem jednak przekonany, że zrobiliśmy bardzo wiele, aby je zminimalizować. Nie mam jednocześnie wątpliwości, że jakikolwiek, nawet najbardziej udany finał, uchroni nas przed biadoleniem SLD. Na pewno okaże się, że albo bilety są za drogie, albo woda za mokra, albo szatnia za ciasna itd.
Na usprawiedliwienie radnych SLD mogę tylko zasugerować, że może zbyt często oglądają telewizję i bezwiednie przejmują z niej wzorce. A przecież reklamy kosmetyków są tak kuszące i sugestywne, że trudno nie stać się ich ofiarą. A efekty widzimy- ofiary (?) mrugają.
niedziela, 30 stycznia 2011
Krzyśkowi
Naucz nas liczyć dni nasze,
Byśmy zdobyli mądrość serca.
Psalm 90
Czy może coś bardziej prowokować do pytania o mądrość serca niż śmierć? Zwłaszcza śmierć osoby, która miałaby szansę zwycięstwa w plebiscycie na człowieka najbardziej uosabiającego pęd do życia i radość, jaką ono daje.
Umarł Krzysiek. Jesteśmy tym poruszeni, a nawet wstrząśnięci. Płaczemy. Co to ma wspólnego z jakąkolwiek mądrością? Moim zdaniem nie ma nic, jeśli uparcie odrzucać będziemy od siebie oczywistą, krzyczącą wręcz prawdę wynikającą z tego faktu. Bo chociaż niby to wiemy, próbujemy uciekać od jasnego powiedzenia sobie, że nie jesteśmy panami swojego życia. Nie daliśmy go sobie, nie zdobyliśmy go. Nie od nas także zależy, kiedy się skończy. Wypowiadane w celu uśmierzenia bólu po Jego stracie słowa, że odszedł, że na chwilę zaszedł jak słońce, są niestety nieprawdziwe. „Odszedł” oznaczałoby, że miał na to wpływ, że gdyby chciał, mógłby nie odejść. A to nieprawda. Kochał i był bardzo kochany, miał milion powodów, żeby dalej żyć.
Uświadomienie sobie bezwzględnej nieuchronności śmierci może prowadzić do całkowitej rozpaczy lub rozumnej nadziei. To zależy od nas, czy życie potraktujemy jako tragedię, czy jako dramat. W pierwszej wersji uznajemy, że nasze istnienie jest dziełem przypadku, ślepego trafu. Ot, po prostu gwiezdny pył na chwilę przybrał postać człowieka, który za moment i tak rozpłynie się w nicości. Wtedy tak naprawdę nic w naszym życiu nie ma istotnego, trwałego znaczenia. Ale jest druga możliwość, jeśli uznamy, że nasze życie jest darem i jednocześnie zadaniem powierzonym nam przez Kogoś, kto panuje nad wiecznością. Ta hipoteza zakłada, że naszym przeznaczeniem jest istnienie, a tak naprawdę zależymy od miłosierdzia tej Osoby. Nie mamy pojęcia, jak to jest możliwe. Nie potrafimy przeniknąć głębi Tajemnicy, poza tym, co sama zechciała nam objawić. Ale trzymamy się tej opcji nie dla marnego pocieszenia chroniącego przed depresją, lecz jako świadomy wybór naszej wolności. Wolności, czyli przylgnięcia do tego Bytu, który nas powołał do egzystencji i daje się nam rozpoznać. Przy takim podejściu życie (każde!) jest, co prawda, dramatem, ale z wielkimi szansami, że ma sens i że nie kończy się, gdy ustanie bicie naszego serca.
Opowiedzenie się za tą perspektywą oznacza, że bliską nam osobę kochamy tu i teraz, ale tym bardziej interesuje nas jej i nasze przeznaczenie dla wieczności. Wspólnej wieczności. Czy to jest rozsądne podejście do życia? Miliony ludzi w historii uznało, że tak. Ja też. Można się z tym nie zgodzić i udawać przed sobą, że zadowalają nas opowieści o jakichś bliżej nieokreślonych, fruwających lub błąkających się postaciach rodem z filmów Miasto Aniołów lub Uwierz w ducha, światełkach do nieba made in Jurek Owsiak albo innych pieprzotach. Można także zbyć rodzące się pytania żartem lub zagłuszyć je, rzucając się w wir pracy. Jeśli jednak z powagą staniemy wobec faktu, jakim jest śmierć Krzyśka, nie uwolnimy się łatwo od myśli o tym, co dalej i jakie to ma dla nas znaczenie.
Na pewno ja się nie uwolnię. Za bardzo przejąłem się Jego śmiercią, żeby przejść obok niej tylko wzruszając ramionami. Z tego właśnie powodu, a nie dlatego, że mam w sobie pasję filozofa, piszę ten tekst. Czuję, że dla siebie samego muszę coś ponownie uporządkować w moim myśleniu o życiu. To jest dodatkowy powód do wdzięczności dla Niego. Może nie tylko ja to dostrzegę. Tak wielu ludzi w ostatnich dniach mówiło, jak dużo dobrego Krzysiek zrobił dla nich. Ośmielę się napisać, że także Jego śmierć, choć tak bardzo się z nią nie zgadzamy, może przynieść dobro, jeśli będzie dla kogoś powodem odkrycia perspektywy, która pozwala odnaleźć sens życia.
Słowo „dobro” na pewno jest jednym z tych najczęściej powtarzanych we wspomnieniach o Krzyśku. Każdy, kto Go znał, potwierdzi, że do głowy mu chyba nigdy nie przyszło wchodzić w rolę zbawcy świata lub nowej Matki Teresy. Nie był także egzaltowanym pięknoduchem. Czerpał z życia pełnymi garściami. To zdumiewające, że mimo to, zaskarbił sobie, w sposób absolutnie zasłużony, wdzięczność tak wielu ludzi. Pewnie z właściwą sobie ironią, poczuciem humoru i w cechujący go bezpośredni sposób wyrażania myśli, skwitowałby te wszystkie ochy i achy na swój temat. Jednak jestem przekonany, że cieszyłby się, że jest doceniany. Bo jego droga życiowa nie była bynajmniej pasmem łatwych sukcesów i beztroski. Doskonale znał koszt dojścia do tzw. sukcesu. Być może dlatego tym bardziej chciał zasłużyć na szacunek i z tego samego powodu był tak bardzo ludzki w relacjach z innymi. Szukał w ludziach, przede wszystkim ich dobrych cech. Nie miał złudzeń, co do natury większości spotykanych ludzi, realistycznie ich oceniał, ale nie przekreślał nawet osób, o których miał złe zdanie. Nie pisał się na żadne krucjaty w imię ideałów. Ale jednocześnie cenił tych, o których wiedział, że autentycznie chcą czegoś więcej niż kasy i kariery. Gotów był ich bezinteresownie wspierać. Miał odwagę marzyć i realizować marzenia. To Go bardzo wyróżniało, bo bardzo wielu z nas tłumi w sobie pragnienia, uznając, że są niespełnialne lub głupie. On tak nie uważał. Czasem przypominał dużego chłopca, który cieszy się kolejną zabawką. Nie wstydził się o tym otwarcie mówić, a jakoś nie budziło to prawie niczyjej zazdrości, dosyć powszechnej w odniesieniu do bogatych osób. W rezultacie to, co w wykonaniu innych byłoby uznane za przejaw bufonady i złośliwie komentowane, u Niego nie raziło. Był tak autentyczny i niepowtarzalny w swym poszukiwaniu szczęścia pomimo przeciwności i trudnych doświadczeń, że budził powszechną sympatię. Po prostu akceptowaliśmy go takim, jakim był. Raz pamiętam, że skoczyliśmy sobie do oczu. Podczas meczu, gdy wyraźnie nam nie szło, coś warknąłem na temat Jego gry. Strasznie się ścięliśmy, bo nie pozostał mi dłużny. Po chwili byliśmy jednak w pełnej zgodzie, bo przecież piłka, drużyna, zwycięstwo były ważniejsze. Tak typowe dla Niego sto procent zaangażowania. Nic innego w tym momencie się nie liczyło. Dokładnie, jak wśród chłopaków na podwórku. Chcieliśmy i potrafiliśmy nimi być, chociaż na co dzień odgrywaliśmy inne role.
W piątek rano, wybierając się do pracy, sięgnąłem po krawat, który wydał mi się odpowiedni ze względu na Jego pogrzeb. Odłożyłem go. Przypomniałem sobie, że gdy ostatnio Krzysiek był u mnie, wpadł mu w oko inny, który wtedy miałem na sobie. Przerwał rozmowę o planowanej, ważnej inwestycji, aby powiedzieć, że mój krawat jest ekstra. Ile znanych mi osób by tak zrobiło? Drobiazg, który tak wiele mówi o Nim.
Krzysiek umarł. Wierzę, że nie na zawsze. Modlę się za spokój Jego duszy. Prochy umieszczono w urnie o kształcie serca. Patrząc na nią pomyślałem, że to odpowiedni kształt i że to ważne. Do czegoś zobowiązuje nas, mających Go w serdecznej pamięci. Myśląc o tym, napisałem ten tekst.
Byśmy zdobyli mądrość serca.
Psalm 90
Czy może coś bardziej prowokować do pytania o mądrość serca niż śmierć? Zwłaszcza śmierć osoby, która miałaby szansę zwycięstwa w plebiscycie na człowieka najbardziej uosabiającego pęd do życia i radość, jaką ono daje.
Umarł Krzysiek. Jesteśmy tym poruszeni, a nawet wstrząśnięci. Płaczemy. Co to ma wspólnego z jakąkolwiek mądrością? Moim zdaniem nie ma nic, jeśli uparcie odrzucać będziemy od siebie oczywistą, krzyczącą wręcz prawdę wynikającą z tego faktu. Bo chociaż niby to wiemy, próbujemy uciekać od jasnego powiedzenia sobie, że nie jesteśmy panami swojego życia. Nie daliśmy go sobie, nie zdobyliśmy go. Nie od nas także zależy, kiedy się skończy. Wypowiadane w celu uśmierzenia bólu po Jego stracie słowa, że odszedł, że na chwilę zaszedł jak słońce, są niestety nieprawdziwe. „Odszedł” oznaczałoby, że miał na to wpływ, że gdyby chciał, mógłby nie odejść. A to nieprawda. Kochał i był bardzo kochany, miał milion powodów, żeby dalej żyć.
Uświadomienie sobie bezwzględnej nieuchronności śmierci może prowadzić do całkowitej rozpaczy lub rozumnej nadziei. To zależy od nas, czy życie potraktujemy jako tragedię, czy jako dramat. W pierwszej wersji uznajemy, że nasze istnienie jest dziełem przypadku, ślepego trafu. Ot, po prostu gwiezdny pył na chwilę przybrał postać człowieka, który za moment i tak rozpłynie się w nicości. Wtedy tak naprawdę nic w naszym życiu nie ma istotnego, trwałego znaczenia. Ale jest druga możliwość, jeśli uznamy, że nasze życie jest darem i jednocześnie zadaniem powierzonym nam przez Kogoś, kto panuje nad wiecznością. Ta hipoteza zakłada, że naszym przeznaczeniem jest istnienie, a tak naprawdę zależymy od miłosierdzia tej Osoby. Nie mamy pojęcia, jak to jest możliwe. Nie potrafimy przeniknąć głębi Tajemnicy, poza tym, co sama zechciała nam objawić. Ale trzymamy się tej opcji nie dla marnego pocieszenia chroniącego przed depresją, lecz jako świadomy wybór naszej wolności. Wolności, czyli przylgnięcia do tego Bytu, który nas powołał do egzystencji i daje się nam rozpoznać. Przy takim podejściu życie (każde!) jest, co prawda, dramatem, ale z wielkimi szansami, że ma sens i że nie kończy się, gdy ustanie bicie naszego serca.
Opowiedzenie się za tą perspektywą oznacza, że bliską nam osobę kochamy tu i teraz, ale tym bardziej interesuje nas jej i nasze przeznaczenie dla wieczności. Wspólnej wieczności. Czy to jest rozsądne podejście do życia? Miliony ludzi w historii uznało, że tak. Ja też. Można się z tym nie zgodzić i udawać przed sobą, że zadowalają nas opowieści o jakichś bliżej nieokreślonych, fruwających lub błąkających się postaciach rodem z filmów Miasto Aniołów lub Uwierz w ducha, światełkach do nieba made in Jurek Owsiak albo innych pieprzotach. Można także zbyć rodzące się pytania żartem lub zagłuszyć je, rzucając się w wir pracy. Jeśli jednak z powagą staniemy wobec faktu, jakim jest śmierć Krzyśka, nie uwolnimy się łatwo od myśli o tym, co dalej i jakie to ma dla nas znaczenie.
Na pewno ja się nie uwolnię. Za bardzo przejąłem się Jego śmiercią, żeby przejść obok niej tylko wzruszając ramionami. Z tego właśnie powodu, a nie dlatego, że mam w sobie pasję filozofa, piszę ten tekst. Czuję, że dla siebie samego muszę coś ponownie uporządkować w moim myśleniu o życiu. To jest dodatkowy powód do wdzięczności dla Niego. Może nie tylko ja to dostrzegę. Tak wielu ludzi w ostatnich dniach mówiło, jak dużo dobrego Krzysiek zrobił dla nich. Ośmielę się napisać, że także Jego śmierć, choć tak bardzo się z nią nie zgadzamy, może przynieść dobro, jeśli będzie dla kogoś powodem odkrycia perspektywy, która pozwala odnaleźć sens życia.
Słowo „dobro” na pewno jest jednym z tych najczęściej powtarzanych we wspomnieniach o Krzyśku. Każdy, kto Go znał, potwierdzi, że do głowy mu chyba nigdy nie przyszło wchodzić w rolę zbawcy świata lub nowej Matki Teresy. Nie był także egzaltowanym pięknoduchem. Czerpał z życia pełnymi garściami. To zdumiewające, że mimo to, zaskarbił sobie, w sposób absolutnie zasłużony, wdzięczność tak wielu ludzi. Pewnie z właściwą sobie ironią, poczuciem humoru i w cechujący go bezpośredni sposób wyrażania myśli, skwitowałby te wszystkie ochy i achy na swój temat. Jednak jestem przekonany, że cieszyłby się, że jest doceniany. Bo jego droga życiowa nie była bynajmniej pasmem łatwych sukcesów i beztroski. Doskonale znał koszt dojścia do tzw. sukcesu. Być może dlatego tym bardziej chciał zasłużyć na szacunek i z tego samego powodu był tak bardzo ludzki w relacjach z innymi. Szukał w ludziach, przede wszystkim ich dobrych cech. Nie miał złudzeń, co do natury większości spotykanych ludzi, realistycznie ich oceniał, ale nie przekreślał nawet osób, o których miał złe zdanie. Nie pisał się na żadne krucjaty w imię ideałów. Ale jednocześnie cenił tych, o których wiedział, że autentycznie chcą czegoś więcej niż kasy i kariery. Gotów był ich bezinteresownie wspierać. Miał odwagę marzyć i realizować marzenia. To Go bardzo wyróżniało, bo bardzo wielu z nas tłumi w sobie pragnienia, uznając, że są niespełnialne lub głupie. On tak nie uważał. Czasem przypominał dużego chłopca, który cieszy się kolejną zabawką. Nie wstydził się o tym otwarcie mówić, a jakoś nie budziło to prawie niczyjej zazdrości, dosyć powszechnej w odniesieniu do bogatych osób. W rezultacie to, co w wykonaniu innych byłoby uznane za przejaw bufonady i złośliwie komentowane, u Niego nie raziło. Był tak autentyczny i niepowtarzalny w swym poszukiwaniu szczęścia pomimo przeciwności i trudnych doświadczeń, że budził powszechną sympatię. Po prostu akceptowaliśmy go takim, jakim był. Raz pamiętam, że skoczyliśmy sobie do oczu. Podczas meczu, gdy wyraźnie nam nie szło, coś warknąłem na temat Jego gry. Strasznie się ścięliśmy, bo nie pozostał mi dłużny. Po chwili byliśmy jednak w pełnej zgodzie, bo przecież piłka, drużyna, zwycięstwo były ważniejsze. Tak typowe dla Niego sto procent zaangażowania. Nic innego w tym momencie się nie liczyło. Dokładnie, jak wśród chłopaków na podwórku. Chcieliśmy i potrafiliśmy nimi być, chociaż na co dzień odgrywaliśmy inne role.
W piątek rano, wybierając się do pracy, sięgnąłem po krawat, który wydał mi się odpowiedni ze względu na Jego pogrzeb. Odłożyłem go. Przypomniałem sobie, że gdy ostatnio Krzysiek był u mnie, wpadł mu w oko inny, który wtedy miałem na sobie. Przerwał rozmowę o planowanej, ważnej inwestycji, aby powiedzieć, że mój krawat jest ekstra. Ile znanych mi osób by tak zrobiło? Drobiazg, który tak wiele mówi o Nim.
Krzysiek umarł. Wierzę, że nie na zawsze. Modlę się za spokój Jego duszy. Prochy umieszczono w urnie o kształcie serca. Patrząc na nią pomyślałem, że to odpowiedni kształt i że to ważne. Do czegoś zobowiązuje nas, mających Go w serdecznej pamięci. Myśląc o tym, napisałem ten tekst.
piątek, 24 grudnia 2010
Cuda, cuda
Czy znacie takie osoby: Krzysiek Sałapa, Darek Łach, Darek Tabiś, Basia Filipowska? Ja nie miałem pojęcia o ich istnieniu aż do ubiegłego piątku, gdy w Klubie Bolko odbył się wyjątkowy koncert. Jego najważniejszymi wykonawcami byli niepełnosprawni artyści, śpiewający przeboje polskiego rocka, bluesa i popu. Przyznam, że dawno już, żaden występ nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Ludzie, wśród których byli cierpiący na choroby, których nawet nazw wolałbym nie znać, zaprezentowali się tak, że trudno to opisać. Głos Darka Tabisia śpiewającego „Sen o Wiktorii” Dżemu, był równie przejmujący jak niezapomniany wokal Ryszarda Riedla. Jeżdżący na wózku Darek Łach zaśpiewał bluesa Tadeusza Nalepy, prawie niczym jego autor. Gdy wybrzmiały ostatnie nuty wyśpiewanych przez Basię Filipowską „Małych tęsknot” Krystyny Prońko, owacjom nie było końca. A gdy Krzysiek Sałapa, dokładnie nie wiadomo jak trzymający mikrofon, bo właściwie nie ma rąk, palnął „W cieniu wielkiej góry” Budki Suflera, rozentuzjazmowana publiczność długo śpiewała wspólnie z nim refren utworu.
Poszedłem na koncert, bo ktoś mnie zachęcił. Jednak nie spodziewałem się cudów. A zobaczyłem je na własne oczy!
Cud pierwszy – rzucające się w oczy niezwykłe relacje pomiędzy grupą niepełnosprawnych artystów (wyżej wymieniłem tylko niektórych), a osobami, które z nimi pracują. Wiadomo, że sceniczny show rządzi się swoimi prawami i kreuje nieco umowną rzeczywistość. Jednak pomimo pamięci o tym, już od pierwszej piosenki zaprezentowanej przez chór wręcz „opadała mi szczęka” z wrażenia. Nie jestem znawcą przedmiotu, jednak nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był świadkiem takiego nadzwyczajnego kontaktu pomiędzy dyrygentem (Agnieszka Krauz), niepełnosprawnymi i wspierającymi ich osobami. Patrząc na ekspresję dyrygentki i entuzjazm jej zespołu, nie miałem wątpliwości, że dla niej zaśpiewaliby wszystko, co im zaproponuje. A słowo „wszystko” w piosence Skaldów „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” było dla mnie absolutnie autentyczne i przekonywujące, bo odnosiło się do ich rzeczywistego przeżywania tej konkretnej chwili. To „wszystko” było ich życiem, było taką więzią i porozumieniem miedzy nimi, o jakiej może marzyć każdy, nawet jeśli uważa, że ma mnóstwo przyjaciół. Według mnie zobaczyliśmy, jak reaguje wrażliwe, prawdziwie poruszone ludzkie serce.
Cud drugi – ile dobroci, piękna, mogą – jeśli chcą – ofiarować sobie ludzie. Dotyczy to niepełnosprawnych artystów oraz znakomitych muzyków z zespołu „Symbolika” kierowanego przez Karolinę Tuz, którzy otworzyli przed nami swój świat. Dotyczy to publiczności, która w ten ich świat weszła, zachwyciła się jego urodą i przez swoje reakcje utwierdziła występujących na scenie, że posiadają coś bardzo, bardzo wartościowego. Dotyczy to oczywiście wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że taki koncert wydarzył się w naszym mieście. Przede wszystkim szefa stowarzyszenia „Motyl” z Wałbrzycha, nauczycieli, uczniów i rodziców Szkoły Społecznej w Świdnicy. Dzięki ich zaangażowaniu doświadczyliśmy czegoś naprawdę wyjątkowego. A oni, tak myślę, obserwując ile dobrych emocji, wzruszeń powstało w wyniku ich pracy, mogą odczuwać ogromną, zasłużoną satysfakcję.
Cud trzeci – ile można mieć w sobie radości życia. Moim zdaniem, warto to podkreślić, bo nierzadko brakuje nam zdolności cieszenia się życiem chociaż składa się ono także z trosk, rozczarowań, dramatów. Być może każdy z występujących artystów oddałby cały swój talent muzyczny i wszystkie owacje na stojąco, którymi nagrodzić go może publiczność, żeby, choć na krótką chwilę odzyskać wzrok lub wstać z inwalidzkiego wózka. Być może. Nie da się jednak zaprzeczyć, że występujący w klubie zaprezentowali się nam nie tylko, jako ludzie niezłomni, ale także cieszący się tym, co robią. Nie powiedzieli ani słowa, że chodnik niedostatecznie odśnieżony, pociągi spóźnione lub przeszkadzają im rozbrykane dzieci. Wyszli na scenę i całym swym występem wyrazili afirmację życia, jakie jest. Dlaczego właśnie tak? Być może, dlatego że odkryli, że wszystko, co jest rzeczywiście dobre, ważne, prawdziwie piękne, dociera do nas przez drugiego człowieka. Być może spotkali wokół siebie takich właśnie ludzi.
Pisząc to w Wigilię Bożego Narodzenia, pamiętam, że metodą, jaką Bóg wybrał, aby wkroczyć w naszą rzeczywistość, było przyjście na świat wyjątkowej Ludzkiej Istoty.
Życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga, żeby ścieżki życia prowadziły nas do spotkania z tą wyjątkową Obecnością, a my sami żebyśmy stali się dla innych nadzieją na takie spotkanie.
PS.
Po koncercie było mi jeszcze zdecydowanie „mało”. Pół soboty spędziłem na you tube, szukając piosenek artystów, którzy wystąpili w Świdnicy. Nie wszystko, co prezentowali u nas jest dostępne w sieci. Jeśli jednak ktoś ma ochotę przekonać się, co mnie tak „trzepnęło” zachęcam do Internetu. Jest tam na przykład taki kawałek: http://www.youtube.com/watch?v=Z2DbRKC5jV4&feature=related.
Warto też zajrzeć na stronę stowarzyszenia „Motyl”, za sprawą, którego doszło do świdnickiego koncertu:
www.stowarzyszeniemotyl.org
Poszedłem na koncert, bo ktoś mnie zachęcił. Jednak nie spodziewałem się cudów. A zobaczyłem je na własne oczy!
Cud pierwszy – rzucające się w oczy niezwykłe relacje pomiędzy grupą niepełnosprawnych artystów (wyżej wymieniłem tylko niektórych), a osobami, które z nimi pracują. Wiadomo, że sceniczny show rządzi się swoimi prawami i kreuje nieco umowną rzeczywistość. Jednak pomimo pamięci o tym, już od pierwszej piosenki zaprezentowanej przez chór wręcz „opadała mi szczęka” z wrażenia. Nie jestem znawcą przedmiotu, jednak nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej był świadkiem takiego nadzwyczajnego kontaktu pomiędzy dyrygentem (Agnieszka Krauz), niepełnosprawnymi i wspierającymi ich osobami. Patrząc na ekspresję dyrygentki i entuzjazm jej zespołu, nie miałem wątpliwości, że dla niej zaśpiewaliby wszystko, co im zaproponuje. A słowo „wszystko” w piosence Skaldów „Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał” było dla mnie absolutnie autentyczne i przekonywujące, bo odnosiło się do ich rzeczywistego przeżywania tej konkretnej chwili. To „wszystko” było ich życiem, było taką więzią i porozumieniem miedzy nimi, o jakiej może marzyć każdy, nawet jeśli uważa, że ma mnóstwo przyjaciół. Według mnie zobaczyliśmy, jak reaguje wrażliwe, prawdziwie poruszone ludzkie serce.
Cud drugi – ile dobroci, piękna, mogą – jeśli chcą – ofiarować sobie ludzie. Dotyczy to niepełnosprawnych artystów oraz znakomitych muzyków z zespołu „Symbolika” kierowanego przez Karolinę Tuz, którzy otworzyli przed nami swój świat. Dotyczy to publiczności, która w ten ich świat weszła, zachwyciła się jego urodą i przez swoje reakcje utwierdziła występujących na scenie, że posiadają coś bardzo, bardzo wartościowego. Dotyczy to oczywiście wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że taki koncert wydarzył się w naszym mieście. Przede wszystkim szefa stowarzyszenia „Motyl” z Wałbrzycha, nauczycieli, uczniów i rodziców Szkoły Społecznej w Świdnicy. Dzięki ich zaangażowaniu doświadczyliśmy czegoś naprawdę wyjątkowego. A oni, tak myślę, obserwując ile dobrych emocji, wzruszeń powstało w wyniku ich pracy, mogą odczuwać ogromną, zasłużoną satysfakcję.
Cud trzeci – ile można mieć w sobie radości życia. Moim zdaniem, warto to podkreślić, bo nierzadko brakuje nam zdolności cieszenia się życiem chociaż składa się ono także z trosk, rozczarowań, dramatów. Być może każdy z występujących artystów oddałby cały swój talent muzyczny i wszystkie owacje na stojąco, którymi nagrodzić go może publiczność, żeby, choć na krótką chwilę odzyskać wzrok lub wstać z inwalidzkiego wózka. Być może. Nie da się jednak zaprzeczyć, że występujący w klubie zaprezentowali się nam nie tylko, jako ludzie niezłomni, ale także cieszący się tym, co robią. Nie powiedzieli ani słowa, że chodnik niedostatecznie odśnieżony, pociągi spóźnione lub przeszkadzają im rozbrykane dzieci. Wyszli na scenę i całym swym występem wyrazili afirmację życia, jakie jest. Dlaczego właśnie tak? Być może, dlatego że odkryli, że wszystko, co jest rzeczywiście dobre, ważne, prawdziwie piękne, dociera do nas przez drugiego człowieka. Być może spotkali wokół siebie takich właśnie ludzi.
Pisząc to w Wigilię Bożego Narodzenia, pamiętam, że metodą, jaką Bóg wybrał, aby wkroczyć w naszą rzeczywistość, było przyjście na świat wyjątkowej Ludzkiej Istoty.
Życzę wszystkim czytelnikom mojego bloga, żeby ścieżki życia prowadziły nas do spotkania z tą wyjątkową Obecnością, a my sami żebyśmy stali się dla innych nadzieją na takie spotkanie.
PS.
Po koncercie było mi jeszcze zdecydowanie „mało”. Pół soboty spędziłem na you tube, szukając piosenek artystów, którzy wystąpili w Świdnicy. Nie wszystko, co prezentowali u nas jest dostępne w sieci. Jeśli jednak ktoś ma ochotę przekonać się, co mnie tak „trzepnęło” zachęcam do Internetu. Jest tam na przykład taki kawałek: http://www.youtube.com/watch?v=Z2DbRKC5jV4&feature=related.
Warto też zajrzeć na stronę stowarzyszenia „Motyl”, za sprawą, którego doszło do świdnickiego koncertu:
www.stowarzyszeniemotyl.org
sobota, 18 grudnia 2010
Minuta niezgody
We wtorek 14 grudnia obradowała Rada Miejska. Tadeusz Grabowski zaproponował uczczenie minutą ciszy pamięć ofiar grudnia 1970 i stanu wojennego. Termin sesji wypadł dokładnie pomiędzy datami wprost odnoszącymi się do tych historycznych wydarzeń. Radny nie wygłaszał ocen, nie szukał winnych, nie wzywał nikogo do sypania głowy popiołem. Tylko i wyłącznie poprosił o wyrażenie hołdu poległym.
Ilu ich było? Dokładnie nie wiadomo. Oficjalne dane dotyczące tłumienia robotniczych protestów w 1970 roku Gdańsku, Szczecinie, Gdyni, Słupsku i Elblągu mówią o kilkudziesięciu zabitych. Nieoficjalnie podaje się liczbę kilkuset. Stan wojenny to około 100 przypadków zgonów, które w oparciu o twarde dowody lub poszlaki uznaje się za śmierć o podłożu politycznym.
Kim są ofiary? Różnie. Zalicza się do nich uczestników strajków i demonstracji, ale także przypadkowych świadków ulicznych zamieszek. Należą do nich bez wątpienia ofiary skrytobójczych mordów politycznych. Bez dwóch zdań w tej kategorii mieści się także sierżant milicji, który w pierwszych dniach stanu wojennego zginął w czasie szamotaniny w autobusie miejskim z młodzieńcem, który chciał go rozbroić. Słowo ofiara, idealnie pasuje do tych robotników Stoczni Gdyńskiej, którzy o świcie 17 grudnia 1970 roku przyjechali kolejką miejską do pracy, odpowiadając na apel ówczesnego sekretarza PZPR Kociołka. Przed bramą stoczni zostali rozstrzelani.
Dlaczego warci są pamięci Polaków? Bo niezależnie od obiektywnej i naszej prywatnej, subiektywnej oceny historii, sympatii politycznych, różnic zapatrywań i poglądów ich śmierć przybliżyła nas do obecnej, niepodległej Polski. A w niej, na jednej sali obrad mogą się dzisiaj spotkać i pracować dla Świdnicy ludzie o skrajnie różnych rodowodach. Jest tu miejsce dla Grabowskiego, który organizował podziemną Solidarność, ale jest miejsce także dla Markiewicza, który w stanie wojennym ją zwalczał.
Z jakiego powodu propozycja radnego Grabowkiego została odrzucona przez radnych SLD? Czy ludzie, których ofiara życia przyczyniła się do zlikwidowania okupacyjnego, komunistycznego reżimu, nie zasługują na tak drobny gest szacunku, jak minuta ciszy?
Przypomniała mi się końcowa scena z filmu „Śmierć jak kromka chleba”. Oficer ze sztabu dowodzącego pacyfikacją kopalni „Wujek” domagał się bezwarunkowej kapitulacji strajkujących. Przywódcy strajku wprowadzili go do sali, w której położono ciała zastrzelonych przez ZOMO górników. Co zrobił ów pułkownik? Oddał honory poległym. Salutując pozostał w milczeniu przez dłuższą chwilę. Zrobił tak, chociaż przyczynił się do ich śmierci, był po drugiej stronie konfliktu, uważał strajkujących za przeciwników, może nawet wrogów. Dlaczego 29 lat później sześcioro świdnickich radnych, którzy chyba nie mają powodu źle myśleć o upominających się o chleb i wolność stoczniowcach, górnikach, studentach itp. sprzeciwia się symbolicznej chwili pamięci o nich? Czy wystarczającym wytłumaczeniem są słowa wypowiedziane przez radnego Markiewicza, że zgoda na proponowany gest byłaby równoznaczna z tym, że: „niedługo będziemy czcić spotkania sprzątaczek”.
Mam do tej sprawy bardzo osobisty stosunek. Ofiary stanu wojennego kojarzą mi się z czymś więcej, niż tylko z kronikarskim zapisem. Byłem uczestnikiem, świadkiem niektórych wydarzeń. Podczas pacyfikacji strajku w nocy 15.12.1981 na Politechnice Wrocławskiej zmarł pracownik uczelni pan Tadeusz Kostecki. W przeciwieństwie do innych ofiar tego czasu, nie został zatłuczony przez ZOMO. Nie wytrzymało chore serce, a zomowcy walili pałami nie jego, lecz osoby, które domagały się przywołania karetki pogotowia. Znajdowałem się o kilkanaście kroków od miejsca, w którym to się działo.
31 sierpnia 1982 roku we Wrocławiu podczas demonstracji ulicznej zastrzelony został pan Kazimierz Michalczyk, wracający z pracy tokarz z „ELWRO”. Stało się to na ul. Legnickiej. Byłem tam, ale nie wiem, kiedy dokładnie milicja otworzyła ogień. Widocznie w zawierusze ulicznej walki nie rozpoznałem strzałów ostrą amunicją. Czy ci dwaj ludzie zrobili coś złego, co powoduje, że radni SLD odmawiają im prawa do wdzięcznej pamięci współczesnych Polaków?
Albo, czy kogokolwiek przekonuje stwierdzenie pana Markiewicza o niedopuszczalności „upolityczniania” obrad Rady? Wiem, że grób Kazimierza Michalczyka na Cmentarzu Grabiszyńskim był kilkukrotnie dewastowany przez tzw. nieznanych sprawców. Po prostu umieszczony na pomniku orzeł w koronie zbyt „upolityczniał” cmentarz, który przecież, jako miejsce ostatecznego spoczynku różnych ludzi, z natury rzeczy, jest apolityczny. Jak wyglądały ze strony bezpieki starania o brak „upolityczniania” cmentarzy po wydarzeniach grudnia’70 na wybrzeżu, można było zobaczyć choćby w „Człowieku z żelaza”. Naprawdę nie umiem i nie chcę milczeć, gdy człowiek piszący w latach 80 tych listy pochwalne na cześć SB, sprzeciwia się, pod pozorem troski o apolityczność, oddaniu hołdu poległym w wyniku działań komunistycznego aparatu represji.
Daleki jestem od tego, aby stawiać znak równości, tam, gdzie ewidentnie nie powinno go być. Nie przypisuję nikomu z radnych jakiejkolwiek odpowiedzialności za przelaną przed laty krew. Przyznam jednak, że nie potrafię zaakceptować sytuacji, gdy ktokolwiek, choćby pobieżnie znając fakty dotyczące grudnia 70 i 81 roku, może zachować się tak, jak sześcioro radnych. I nie umiem znaleźć odpowiedzi, w jaki sposób oddanie czci ofiarom tych dwóch ważnych wydarzeń, zupełnie nieodległych w czasie, może przeszkadzać w obradach Rady Miejskiej. Wszakże toczą się one w sali nieprzypadkowo udekorowanej biało czerwonymi flagami, a na ścianie umieszczone jest państwowe godło.
I ostatnia rzecz. Nawet generał Jaruzelski, który dla wielu Polaków stanowi wręcz symbol bezprawia, przemocy i zdrady o poległych w stanie wojennym wypowiadał się, jako ofiarach trudnej historii. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek publicznie traktował ich z lekceważeniem lub poddawał w wątpliwość tragizm ich śmierci, stosując prostackie porównania do błahych wydarzeń (Markiewicz –spotkania sprzątaczek). Czy nie jest przejawem wyjątkowej pogardy dla tego, co wielu uznaje za świętość narodową – zachowanie radnych SLD. Panowie Markiewicz, Solecki, Szalkiewicz przed minutą ciszy ostentacyjnie opuścili salę obrad. Państwo Słaniwska-Moskal, Stefańska-Broda i Wołosz nie podnieśli z krzeseł swego dupska, gdy inni stojąc trwali w milczeniu.
Jedna minuta. Czy wystarczy nam w rozpoczynającej się kadencji Rady Miejskiej godzin dobrej pracy, żeby zrównoważyć zło, które się wydarzyło, jako sprzeciw przeciwko tej jednej minucie?
Ilu ich było? Dokładnie nie wiadomo. Oficjalne dane dotyczące tłumienia robotniczych protestów w 1970 roku Gdańsku, Szczecinie, Gdyni, Słupsku i Elblągu mówią o kilkudziesięciu zabitych. Nieoficjalnie podaje się liczbę kilkuset. Stan wojenny to około 100 przypadków zgonów, które w oparciu o twarde dowody lub poszlaki uznaje się za śmierć o podłożu politycznym.
Kim są ofiary? Różnie. Zalicza się do nich uczestników strajków i demonstracji, ale także przypadkowych świadków ulicznych zamieszek. Należą do nich bez wątpienia ofiary skrytobójczych mordów politycznych. Bez dwóch zdań w tej kategorii mieści się także sierżant milicji, który w pierwszych dniach stanu wojennego zginął w czasie szamotaniny w autobusie miejskim z młodzieńcem, który chciał go rozbroić. Słowo ofiara, idealnie pasuje do tych robotników Stoczni Gdyńskiej, którzy o świcie 17 grudnia 1970 roku przyjechali kolejką miejską do pracy, odpowiadając na apel ówczesnego sekretarza PZPR Kociołka. Przed bramą stoczni zostali rozstrzelani.
Dlaczego warci są pamięci Polaków? Bo niezależnie od obiektywnej i naszej prywatnej, subiektywnej oceny historii, sympatii politycznych, różnic zapatrywań i poglądów ich śmierć przybliżyła nas do obecnej, niepodległej Polski. A w niej, na jednej sali obrad mogą się dzisiaj spotkać i pracować dla Świdnicy ludzie o skrajnie różnych rodowodach. Jest tu miejsce dla Grabowskiego, który organizował podziemną Solidarność, ale jest miejsce także dla Markiewicza, który w stanie wojennym ją zwalczał.
Z jakiego powodu propozycja radnego Grabowkiego została odrzucona przez radnych SLD? Czy ludzie, których ofiara życia przyczyniła się do zlikwidowania okupacyjnego, komunistycznego reżimu, nie zasługują na tak drobny gest szacunku, jak minuta ciszy?
Przypomniała mi się końcowa scena z filmu „Śmierć jak kromka chleba”. Oficer ze sztabu dowodzącego pacyfikacją kopalni „Wujek” domagał się bezwarunkowej kapitulacji strajkujących. Przywódcy strajku wprowadzili go do sali, w której położono ciała zastrzelonych przez ZOMO górników. Co zrobił ów pułkownik? Oddał honory poległym. Salutując pozostał w milczeniu przez dłuższą chwilę. Zrobił tak, chociaż przyczynił się do ich śmierci, był po drugiej stronie konfliktu, uważał strajkujących za przeciwników, może nawet wrogów. Dlaczego 29 lat później sześcioro świdnickich radnych, którzy chyba nie mają powodu źle myśleć o upominających się o chleb i wolność stoczniowcach, górnikach, studentach itp. sprzeciwia się symbolicznej chwili pamięci o nich? Czy wystarczającym wytłumaczeniem są słowa wypowiedziane przez radnego Markiewicza, że zgoda na proponowany gest byłaby równoznaczna z tym, że: „niedługo będziemy czcić spotkania sprzątaczek”.
Mam do tej sprawy bardzo osobisty stosunek. Ofiary stanu wojennego kojarzą mi się z czymś więcej, niż tylko z kronikarskim zapisem. Byłem uczestnikiem, świadkiem niektórych wydarzeń. Podczas pacyfikacji strajku w nocy 15.12.1981 na Politechnice Wrocławskiej zmarł pracownik uczelni pan Tadeusz Kostecki. W przeciwieństwie do innych ofiar tego czasu, nie został zatłuczony przez ZOMO. Nie wytrzymało chore serce, a zomowcy walili pałami nie jego, lecz osoby, które domagały się przywołania karetki pogotowia. Znajdowałem się o kilkanaście kroków od miejsca, w którym to się działo.
31 sierpnia 1982 roku we Wrocławiu podczas demonstracji ulicznej zastrzelony został pan Kazimierz Michalczyk, wracający z pracy tokarz z „ELWRO”. Stało się to na ul. Legnickiej. Byłem tam, ale nie wiem, kiedy dokładnie milicja otworzyła ogień. Widocznie w zawierusze ulicznej walki nie rozpoznałem strzałów ostrą amunicją. Czy ci dwaj ludzie zrobili coś złego, co powoduje, że radni SLD odmawiają im prawa do wdzięcznej pamięci współczesnych Polaków?
Albo, czy kogokolwiek przekonuje stwierdzenie pana Markiewicza o niedopuszczalności „upolityczniania” obrad Rady? Wiem, że grób Kazimierza Michalczyka na Cmentarzu Grabiszyńskim był kilkukrotnie dewastowany przez tzw. nieznanych sprawców. Po prostu umieszczony na pomniku orzeł w koronie zbyt „upolityczniał” cmentarz, który przecież, jako miejsce ostatecznego spoczynku różnych ludzi, z natury rzeczy, jest apolityczny. Jak wyglądały ze strony bezpieki starania o brak „upolityczniania” cmentarzy po wydarzeniach grudnia’70 na wybrzeżu, można było zobaczyć choćby w „Człowieku z żelaza”. Naprawdę nie umiem i nie chcę milczeć, gdy człowiek piszący w latach 80 tych listy pochwalne na cześć SB, sprzeciwia się, pod pozorem troski o apolityczność, oddaniu hołdu poległym w wyniku działań komunistycznego aparatu represji.
Daleki jestem od tego, aby stawiać znak równości, tam, gdzie ewidentnie nie powinno go być. Nie przypisuję nikomu z radnych jakiejkolwiek odpowiedzialności za przelaną przed laty krew. Przyznam jednak, że nie potrafię zaakceptować sytuacji, gdy ktokolwiek, choćby pobieżnie znając fakty dotyczące grudnia 70 i 81 roku, może zachować się tak, jak sześcioro radnych. I nie umiem znaleźć odpowiedzi, w jaki sposób oddanie czci ofiarom tych dwóch ważnych wydarzeń, zupełnie nieodległych w czasie, może przeszkadzać w obradach Rady Miejskiej. Wszakże toczą się one w sali nieprzypadkowo udekorowanej biało czerwonymi flagami, a na ścianie umieszczone jest państwowe godło.
I ostatnia rzecz. Nawet generał Jaruzelski, który dla wielu Polaków stanowi wręcz symbol bezprawia, przemocy i zdrady o poległych w stanie wojennym wypowiadał się, jako ofiarach trudnej historii. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek publicznie traktował ich z lekceważeniem lub poddawał w wątpliwość tragizm ich śmierci, stosując prostackie porównania do błahych wydarzeń (Markiewicz –spotkania sprzątaczek). Czy nie jest przejawem wyjątkowej pogardy dla tego, co wielu uznaje za świętość narodową – zachowanie radnych SLD. Panowie Markiewicz, Solecki, Szalkiewicz przed minutą ciszy ostentacyjnie opuścili salę obrad. Państwo Słaniwska-Moskal, Stefańska-Broda i Wołosz nie podnieśli z krzeseł swego dupska, gdy inni stojąc trwali w milczeniu.
Jedna minuta. Czy wystarczy nam w rozpoczynającej się kadencji Rady Miejskiej godzin dobrej pracy, żeby zrównoważyć zło, które się wydarzyło, jako sprzeciw przeciwko tej jednej minucie?
środa, 8 grudnia 2010
Dziesiąty trędowaty
Zakończyła się wybory samorządowe. Wypada, więc chyba napisać coś o tym. Dlatego piszę, ale może nieco inaczej niż zwykle.
W ostatni czwartek rozmawialiśmy z przyjaciółmi o wykładzie, jaki we wrześniu wygłosił ksiądz Julian Carron – odpowiedzialny Ruchu Komunia i Wyzwolenie. Była w nim przywołana dobrze znana opowieść o dziesięciu trędowatych, których Chrystus uzdrowił. Ponieważ tylko jeden z nich zawrócił z drogi, aby podziękować swemu wybawcy, historia ta często przedstawiana jest, jako ilustracja ludzkiej niewdzięczności. Carron wydobył z niej inną głębię. Zwrócił uwagę, że jeden z nich nie zadowolił się ani cudownym darem uzdrowienia, ani atrakcyjnym towarzystwem pozostałych dziewięciu przeszczęśliwych towarzyszy. Chciał czegoś więcej. Intuicja podpowiadała mu, że nawet drugie życie, które w praktyce mu podarowano, nie daje całej pełni, potrzeba czegoś zdecydowanie większego, niezależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy.
Co to ma wspólnego z zakończonymi wyborami? Dla mnie ogromnie dużo, bo odnoszę tę biblijną opowieść do mojego „dzisiaj”. Wszakże wybory mogę ocenić, jako sukces. Kierowana przeze mnie kampania wyborcza przyniosła zwycięstwo. Największa liczba oddanych głosów, największa liczba mandatów w Radzie Miejskiej, ponowna elekcja prezydenta Wojciecha Murdzka. Ja sam także dobrze wypadłem, uzyskując drugą po prezydencie ilość głosów wśród wszystkich ubiegających się o mandat radnego. Przez kolejne cztery lata będę wiceprezydentem. Jestem w gronie szczęśliwców, którzy mogą powiedzieć: dałem radę! Jednak to powodzenie nie może zagłuszyć ważnych pytań: czy mi to wystarcza i po co mi to zwycięstwo?
Nie wiem, co mnie spotka jutro, a życie jest przecież tak kruche i nieprzewidywalne. Myślę, że poszukiwanie sensownej odpowiedzi na postawione pytania jest ważniejsze od radości z wyborczego sukcesu. Jest ważniejsze od chęci udowodnienia, że jest się lepszym, niż plotą zaciekli krytycy. Jest ważniejsze niż dążenie do realizacji najbardziej spektakularnych inwestycji lub zwalczenia odradzającej się czerwonej zarazy. Jest ważniejsze niż świadomość, że zdecydowana większość świdniczan nie zdobyła się nawet na minimalny wysiłek, żeby pójść na wybory i pokazać, że nie jest im wszystko jedno, kto będzie rządził Świdnicą.
Okaże się, czy znajdę odpowiedzi obiektywnie prawdziwe, a jednocześnie mnie zadowalające. Jednak jestem pewien, że dalsza praca w samorządzie, tak jak całe życie, powinna być dążeniem, żeby stać się takim, jak dziesiąty trędowaty. Wierzę także, że im silniejsze będzie we mnie to przekonanie, tym bardziej będę użyteczny dla swojego miasta i jego mieszkańców.
W ostatni czwartek rozmawialiśmy z przyjaciółmi o wykładzie, jaki we wrześniu wygłosił ksiądz Julian Carron – odpowiedzialny Ruchu Komunia i Wyzwolenie. Była w nim przywołana dobrze znana opowieść o dziesięciu trędowatych, których Chrystus uzdrowił. Ponieważ tylko jeden z nich zawrócił z drogi, aby podziękować swemu wybawcy, historia ta często przedstawiana jest, jako ilustracja ludzkiej niewdzięczności. Carron wydobył z niej inną głębię. Zwrócił uwagę, że jeden z nich nie zadowolił się ani cudownym darem uzdrowienia, ani atrakcyjnym towarzystwem pozostałych dziewięciu przeszczęśliwych towarzyszy. Chciał czegoś więcej. Intuicja podpowiadała mu, że nawet drugie życie, które w praktyce mu podarowano, nie daje całej pełni, potrzeba czegoś zdecydowanie większego, niezależnie od tego, jak potoczą się jego dalsze losy.
Co to ma wspólnego z zakończonymi wyborami? Dla mnie ogromnie dużo, bo odnoszę tę biblijną opowieść do mojego „dzisiaj”. Wszakże wybory mogę ocenić, jako sukces. Kierowana przeze mnie kampania wyborcza przyniosła zwycięstwo. Największa liczba oddanych głosów, największa liczba mandatów w Radzie Miejskiej, ponowna elekcja prezydenta Wojciecha Murdzka. Ja sam także dobrze wypadłem, uzyskując drugą po prezydencie ilość głosów wśród wszystkich ubiegających się o mandat radnego. Przez kolejne cztery lata będę wiceprezydentem. Jestem w gronie szczęśliwców, którzy mogą powiedzieć: dałem radę! Jednak to powodzenie nie może zagłuszyć ważnych pytań: czy mi to wystarcza i po co mi to zwycięstwo?
Nie wiem, co mnie spotka jutro, a życie jest przecież tak kruche i nieprzewidywalne. Myślę, że poszukiwanie sensownej odpowiedzi na postawione pytania jest ważniejsze od radości z wyborczego sukcesu. Jest ważniejsze od chęci udowodnienia, że jest się lepszym, niż plotą zaciekli krytycy. Jest ważniejsze niż dążenie do realizacji najbardziej spektakularnych inwestycji lub zwalczenia odradzającej się czerwonej zarazy. Jest ważniejsze niż świadomość, że zdecydowana większość świdniczan nie zdobyła się nawet na minimalny wysiłek, żeby pójść na wybory i pokazać, że nie jest im wszystko jedno, kto będzie rządził Świdnicą.
Okaże się, czy znajdę odpowiedzi obiektywnie prawdziwe, a jednocześnie mnie zadowalające. Jednak jestem pewien, że dalsza praca w samorządzie, tak jak całe życie, powinna być dążeniem, żeby stać się takim, jak dziesiąty trędowaty. Wierzę także, że im silniejsze będzie we mnie to przekonanie, tym bardziej będę użyteczny dla swojego miasta i jego mieszkańców.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
