sobota, 19 czerwca 2010

Oświadczenie po środowej sesji

W związku z wydarzeniami, które miały miejsce podczas sesji Rady Miejskiej w dniu 16 czerwca zapewniam, że przykro mi z powodu użycia przeze mnie określenia nieodpowiadającego przyjętym standardom prowadzenia debaty publicznej. Moje wzburzenie spowodowane było przebiegiem bardzo emocjonalnej wymiany zdań, ale także wyjątkowym, nawet w realiach świdnickiego samorządu, skumulowaniem nieprawdy, demagogii, obłudy i ignorancji, jakimi także przed sesją posługiwano się dla odrzucenia projektu planu zagospodarowania przestrzennego dzielnicy „Leśna”.
Przyznaję jednak, że nawet takie okoliczności nie uzasadniają użycia nazbyt dosadnych określeń. Zarówno ci, którzy czują się oburzeni wypowiedzianym przeze mnie stwierdzeniem, jak i osoby gratulujące mi odwagi nazywania rzeczy po imieniu, mają prawo oczekiwać, że słownictwo, którym się posługuję, w każdej sytuacji odpowiadać będzie powadze zajmowanego przeze mnie stanowiska. Dlatego przepraszam za powstałe podczas obrad zamieszanie. Nie było to moją intencją i nigdy nie zamierzałem zdobywać w ten sposób wątpliwej popularności. Na co dzień swoje zaangażowanie na rzecz pomyślności Świdnicy, zdecydowanie bardziej niż słownymi utarczkami z radnymi potwierdzam, przez odpowiedzialną i pełną konkretów pracę, jako wiceprezydent miasta.

W związku z docierającymi do mnie głosami o rozpowszechnianiu przez niektórych radnych dezinformacji na temat tego incydentu, wyjaśniam, że sformułowanie, którego użyłem odnosiło się wyłącznie do tych nielicznych radnych, którzy usiłowali przeforsować rozwiązanie ewidentnie niekorzystne dla miasta i niezgodne z ustawą dotycząca planowania przestrzennego. Upierali się przy nim, pomimo jednoznacznych informacji przekazywanych przeze mnie i radcę prawnego, wskazujących na niewłaściwość proponowanych przez nich działań. Podkreślam, że moja radykalna reakcja była wynikiem sporu dotyczącego procedury pracy Rady, a nie różnic w ocenie zapisów projektu planu „Leśna”. Swoje poglądy dotyczące strony merytorycznej projektu, zdecydowanie odmienne od stanowiska radnego Mariusza Barcickiego, wielokrotnie prezentowałem publicznie. Niezależnie od tego, czy miało to miejsce podczas poprzedniej sesji, w wypowiedziach prasowych lub na prowadzonym przeze mnie blogu, wyrażałem się w sprawie jasno i zdecydowanie, nie naruszając jednak reguł poprawności języka.

Istotę sporu pomiędzy mną oraz radnym Mariuszem Barcickim rozstrzygnęła Rada Miejska. Nie przyjęła narzucanego przez niego wniosku, wykluczającego możliwość głosowania nad uwagami złożonymi do projektu planu. Warto zauważyć, że czas, w którym przegłosowano wszystkie uwagi był zbliżony do czasu trwania sprowokowanej przez kilku radnych bezproduktywnej dyskusji nad tym, czy głosowanie w ogóle przeprowadzić. Ponadto pod rozwagę przeciwników planu twierdzących, że projekt należało odrzucić w całości, podaję fakt, że część rozstrzygnięć Prezydenta Miasta w swym głosowaniu Rada Miejska podtrzymała. Uwzględniając to, że do zdecydowanej większości zapisów projektu nie zgłoszono żadnych zastrzeżeń, Rada swoim działaniem zdecydowanie zaprzeczyła skrajnym opiniom wypowiadanym przez część radnych, według których prace nad planem powinno się rozpocząć od początku.

Mam nadzieję, że równie gorące dyskusje, prowadzące do eskalacji napięć już nie będą zakłócały obrad Rady Miejskiej, pomimo zbliżających się wyborów samorządowych. W swoich relacjach z radnymi, starał się będę koncentrować wyłącznie na sprawach merytorycznych.

czwartek, 10 czerwca 2010

Jednoznacznie proszę!

Żeby zakończyć wątek planu „Leśnej” (nie przypuszczałem, że poświęcę mu tak wiele uwagi), warto sformułować jeszcze kilka uwag na temat zobowiązania, jakie publicznie ogłosił prezydent Wojciech Murdzek oraz radni Wspólnoty Samorządowej. Treść tego dokumentu jest następująca. Podpisani pod nim oświadczają, że przez najbliższe 15 lat nie będą: „inicjować, przygotowywać, głosować za i w jakikolwiek sposób wspierać działań prowadzących do likwidacji któregokolwiek ogrodu działkowego położonego na terenie objętym planem „Leśna” w celu uzyskania terenu pod realizację inwestycji mieszkaniowych lub usługowych”. Ponadto do czasu zagospodarowania na cele rekreacyjne terenu wewnątrz kwartału Armii Krajowej/Głowackiego nie będą podejmować identycznych jak wyżej czynności na rzecz powstania w tym rejonie nowych budynków. Dodatkowo, żeby wykluczyć możliwość zarzutów o „podłączeniu się” w przyszłości do takich posunięć inspirowanych przez inne niż Wspólnota podmioty, zadeklarowano głosowanie w takich przypadkach na forum Rady Miejskiej przeciwko podobnym propozycjom.

Powodem podpisania deklaracji była chęć potwierdzenia, że podstawowe wymogi mieszkańców „czerwonych koszar” i działkowiczów będą spełnione. Pierwsi będą mieć pewność, że obecnie niezagospodarowany teren (rekordowej powierzchni 2,2 hektara) będzie urządzony w pożądanym przez nich celu, zanim ktokolwiek zacznie na jego obrzeżu budować kamienicę. Drudzy uzyskują komfort kilkunastoletniego, niezakłóconego użytkowania ogrodów. Jest on chyba wystarczający dla najstarszych działkowiczów, najbardziej związanych emocjonalnie ze swą ziemią.

Mimo tak jasnego postawienia sprawy, okazało się, że jednak są niejasności. Pomijam opinie tych, którzy dla zasady lub z ostrożności w każdym przypadku mówią „nie”. Ich przekonać rzeczowymi argumentami się nie da. Podobnie rzecz się ma z tymi, którzy negują konstruktywne rozwiązania z politycznego wyrachowania. Dla nich jakakolwiek deklaracja jest niezadawalająca, ponieważ racją ich działania jest tworzenie lub podsycanie konfliktów. Pozostaje dialog z tymi, którzy mówią: „deklaracja – owszem, ale mamy obiekcje”.

Najczęściej zgłaszaną jest ta, że podpisani pod deklaracją stanowią tylko część władz miasta, więc nie mogą gwarantować decyzji statutowych organów samorządowych. Ale przecież oni tego nie czynią, nie przypisują sobie nie swoich uprawnień! Nie deklarują niczego w imieniu całej rady. Mówią wyłącznie o tym, co osobiście zrobią lub czego nie zrobią. A nie są przecież anonimowi. Występują pod własnymi nazwiskami, znanymi na tyle w swoich środowiskach, że uzyskali poparcie wyborców. Niektórzy już kilkukrotnie. Na pewno nie zechcą tracić dobrego imienia, łamiąc dane słowo. A jeśli ktokolwiek czuje niedosyt, że jest nas zbyt mało (naszych radnych jest 9 w 23 osobowej radzie), niech może zapyta, czy podobną deklarację gotowi są podpisać radni innych ugrupowań. Przecież, jeśli wiarygodne są wyrazy poparcia złożone na ostatniej sesji działkowiczom przez SLD, Platformę i PiS, a radni Wspólnoty Samorządowej podpisują imiennie deklaracje, to kto może głosować w radzie za likwidacją działek? Nikt.

Innym zastrzeżeniem jest to, że w deklaracji nie napisano jednoznacznie, że działki pozostaną przez 15 lat niezagrożone. Uwzględniając uwagi zapisane wyżej, jasne jest, że podpisując się pod takim stwierdzeniem, autorzy deklaracji zaciągaliby zobowiązanie nie tylko za siebie, ale i pozostałych członków rady. Tego robić nie mogą. Jeśli jednak pozostałe kluby głośno występują przeciwko likwidacji ogrodów, a my piszemy, że nie będziemy inicjować, przygotowywać, wspierać i głosować za likwidacją, to jak może dojść do podjęcia decyzji Rady Miejskiej o likwidacji ogrodu?

Częste uwagi dotyczą także okresu ważności deklaracji. Podobno zaciągamy zobowiązania niemożliwe do realizacji. Niektórzy mówią, że za 15 lat Wojciech Murdzek nie będzie prezydentem, a Zofia Skowrońska-Wiśniewska radną. Bardzo możliwe. Jednak każdy przyzna, że szanse obecnego prezydenta na powtórny wybór są realne. Podobnie, z perspektywy lat, można powiedzieć, że skład rady po każdych wyborach bardzo się nie zmienia. Jest prawdopodobne, że większość radnych ponownie uzyska mandat. Ale nawet jeśli nie, to czy można zasadnie podważać prawdziwość składanej deklaracji? Jeśli pełniąc obecne funkcje, osoby podpisane nie będą inicjować, przygotowywać, wspierać itp., to po przegranych wyborach, tym bardziej nie będą tego robić. Przecież to jest logiczne. Skąd więc komentarze, że Wspólnota Samorządowa pewna jest swej wiecznej dominacji? Nic podobnego, nie mamy takiej pewności. Jeśli jednak kiedykolwiek wiodącą rolę pełnić miałyby inne siły, a wszystkie obecnie znane chcą utrzymania ogrodów, to kto może im zagrozić?

Projekt planu zagospodarowania przestrzennego „Leśna” wraca do porządku obrad na sesję 16 czerwca. Moim zdaniem zrobiliśmy bardzo wiele, aby przedstawić swe intencje, zamierzenia i argumenty na rzecz przyjęcia planu. Uważamy, że protestujący przeciwko jego zapisom nie mają realnych podstaw do obaw. Równie głęboko jesteśmy przekonani, że rozpatrywanie tego planu ma ewidentny podtekst wyborczy, chociaż wszyscy aktywni uczestnicy rozgrywki deklarują dystans wobec polityki. Pozostajemy w dalszym ciągu otwarci na dialog. Prezydent Wojciech Murdzek i ja spotkaliśmy się z działaczami Polskiego Związku Działkowców, żeby jeszcze dokładniej omówić temat. Wyraziliśmy gotowość spotkania ze wszystkimi działkowcami, nawet gdyby było ich kilkuset lub więcej. Propozycja ta pozostała dotychczas bez odpowiedzi. Szkoda, bo rzeczowa rozmowa mogłaby przedstawić zainteresowanym rzeczywisty stan spraw. Nie możemy jednak dłużej odkładać rozstrzygnięcia, ponieważ oprócz konsekwencji przyszłościowych, decyzja radnych będzie miała bardzo ważne znaczenia dla najbliższych miesięcy. Jeżeli plan zostanie przyjęty teraz, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że jeszcze w tym roku sprzedamy za około 4 mln zł teren przy ul. Ceglanej. Natomiast, jeśli projekt planu nie będzie akceptowany w obecnej formie, plan trzeba będzie zmienić. Ze względu na ustawowe terminy procedury wprowadzania zmian, przewidzianego przy tworzeniu budżetu dochodu na ten rok nie wykonamy. Powstanie dziura budżetowa, której znaczenie każdy radny powinien rozumieć. Jaką decyzję podejmie Rada Miejska? Osobiście, nie mam nic przeciwko imiennemu głosowaniu. Przecież deklarację każdy podpisał sam, jawnie i z pełną odpowiedzialnością za swą postawę. Decydując o milionach złotych, teraz i w przyszłości, powinien zrobić to w sposób równie jednoznaczny.

wtorek, 8 czerwca 2010

Wciskanie kitu

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu, żeby nie być gołosłownym, zebrałem kilka przykładów nieprawdy, którymi posługują się przeciwnicy uchwalenia planu zagospodarowania przestrzennego dzielnicy „Leśna”. Opatrzyłem je swoimi komentarzami.

Pierwsza nieprawdziwa teza: prezydent jest przeciw mieszkańcom, a radni wojujący z prezydentem zawsze ich popierają.

Na przykład radny Mariusz Barcicki powiedział na sesji, że od dawna był obrońcą ogrodów działkowych. Sprzeciwiał się nawet ich likwidacji na ul. Śląskiej. Może i prawda. Warto jednak pamiętać, że na tej ulicy czyniono to dwukrotnie. Pierwszy raz, gdy działkowcy sami opuścili kompleks przy basenie. Zrujnowany teren Miasto chcąc, nie chcąc musiało przejąć. Dzisiaj w tym miejscu funkcjonuje piękny camping, więc poradziliśmy sobie chyba nieźle. Druga likwidacja dotyczy terenu pod aquapark. Właśnie kończy się przetarg na wykonanie dokumentacji technicznej. Do końca roku powinniśmy uzyskać pozwolenie na budowę, a potem z nią ruszyć. Czy chcemy, żeby w naszym mieście powstał park wodny? Jeśli tak, to zastanówmy się, czy rzeczywiście warto chwalić się głosowaniem przeciwko likwidacji ogrodów przy ul. Śląskiej. Dobrze także przypomnieć sobie, czy pozostali radni byli zawsze równie konsekwentni? Wyniki głosowań Rady Miasta nad przyszłością ogrodów przy okazji uchwalania studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego Świdnicy podałem w poprzednim tekście.

Druga nieprawdziwa teza: prezydent zabierze działkowcom ukochane ogródki, żeby oddać je obcym.

Argumentację tą z upodobaniem stosuje radny Janusz Solecki. Straszy, że na terenie ogródków w przyszłości nie powstaną domy i mieszkania dla świdniczan, lecz zawładnie nimi deweloper. Po co i dla kogo, jak nie dla mieszkańców miałby budować – tego nie mówi. W każdym razie jest to dążenie naganne do tego stopnia, że pan radny ostatnio wielokrotnie w negatywnym kontekście powtarzał słowo „deweloper”. Może to dziwić, bo całkiem niedawno ich interesów bardzo bronił. Gdy nadawaliśmy naszemu TBS-owi uprawnienia do budowy mieszkań na sprzedaż, przeciwstawiał się temu, argumentując, że utrudni to działania właśnie deweloperów. Z identycznych powodów był przeciw przekazaniu gruntu dla spółki IPD, którą Świdnica stworzyła z innymi miastami i specjalną strefą ekonomiczną. Obawy, że zmarnujemy w ten sposób cenny grunt, nie sprawdziły się. Przy ul. Towarowej od wielu miesięcy pracuje już fabryka „Defalinet”. Na Zawiszowie finiszują prace przy wielorodzinnym budynku mieszkalnym. (W oba miejsca można pojechać, sprawdzić.) Nie sadzę jednak, żeby kiedykolwiek Janusz Solecki przestał cenić przedsiębiorców inwestujących w branży budowlanej. Tym bardziej, że w ostatnich latach w Świdnicy oddali oni do użytku wiele mieszkań. Chodzi raczej o posłużenie się negatywnym stereotypem, jaki częściowo powstał po przetargu na działki przy ul. Świerkowej. Kilkudziesięciu obywateli zainteresowanych zakupem zostało przelicytowanych przez firmę, która zamiast domów jednorodzinnych buduje apartamentowce wielkości dużej „szeregówki”. O tym, że Miasto ze względu na obowiązujące prawo nie mogło zapobiec takiemu biegowi zdarzeń, pan radny doskonale wie. I wie także, że chociaż budowa długo się opóźniała, prace przy pierwszym segmencie na ul. Świerkowej są obecnie bardzo zaawansowane. Wkrótce każdy będzie sam mógł ocenić, że efekt jest dobry. Dlatego spieszy się i próbuje, póki jeszcze można, wykorzystać wywołaną przy tej okazji niechęć do deweloperów dla podsycenia obaw działkowców. Tylko czy próba ich zmanipulowania uzasadnia budzenie niechęci wobec przedsiębiorców tworzących domy?

Trzecia nieprawdziwa teza: prezydent nie liczy się z potrzebami mieszkańców, więc degraduje środowisko ich zamieszkania i odpoczynku.

Tego rodzaju argumentacją wojuje wielu radnych bez względu na przynależność partyjną. Zresztą nie po raz pierwszy. Gdy jakiś czas temu proponowaliśmy zmianę sposobu zagospodarowania targowiska przy ul. Riedla przepowiadano wręcz katastrofalne skutki dla kupców i mieszkańców os. Młodych. Właśnie w imię obrony ich praw i warunków życia zorganizowano protest, pod którym podpis złożyło kilkaset osób. Ciekawe, co jego organizatorzy mają do powiedzenia dzisiaj? Czy to dobrze, że hala targowa i „Stokrotka”, parkingi oraz boisko „Orlik” w SP 4 ze sztuczna trawą i oświetleniem zastąpiły drewniane budy i nierówne klepisko, na którym chłopcy kopali piłkę? Rozsądni ludzie powiedzą, że dobrze się stało. Jednak niektórym radnym, takie zdanie przez gardło na pewno nie przejdzie. Tym bardziej, że podobną histerię usiłują wywołać dzisiaj. Nakręcana jest akcja sprzeciwu przeciwko zapisom planu dotyczącym wnętrza kwartału położonego pomiędzy ulicami Armii Krajowej i Głowackiego. Planujemy tam urządzenie największego w Świdnicy terenu rekreacyjnego wewnątrz zabudowy mieszkaniowej (powierzchnia 2,2 hektara). Na jego obrzeżach powstać mają trzy nowe budynki. Pojawią się też dwa parkingi o łącznej pojemności około 300 miejsc. Nie jest to przesadna wielkość, biorąc pod uwagę, że już obecnie mieszkańcy (około 200 mieszkań) parkują swe samochody dosłownie pod oknami kamienic lub blokują chodniki. Z terenu rekreacyjnego oraz parku przy ul. A. Krajowej korzystać będą ludzie z innych dzielnic, którzy także powinni mieć gdzie zostawić swoje auta. Jednak tej wyważonej propozycji nie akceptują liczni radni, opowiadający nonsensy na temat niedopuszczalnego pogorszenia warunków życia mieszkańców. Czy na pewno blokowanie rozsądnych pomysłów w imię uwzględnienia partykularnych interesów wybranych osób jest rozsądne?

Czwarte nieprawdziwa teza: prezydent dąży do osiągnięcia dochodów kosztem dobra obywateli - zabiera biednym, a rozdaje bogatym.

Najczęściej takie poglądy głosi radny Adam Markiewicz. Trudno jest mu wprost zanegować sens powstania nowych fabryk. Stara się, więc uzasadnić, że budując np. drogi w strefie przemysłowej, niepotrzebnie pomaga się kapitalistom, zamiast rozdać pomoc socjalną i tym, co nie mogą, i tym, co nie chcą pracować. Brak pomysłu, co będzie później, gdy już pieniądze w ten sposób bezpowrotnie wydamy. Ale to nie problem radnego. Wszakże rządzi prezydent Murdzek i Wspólnota Samorządowa, to niech się martwią. W odniesieniu do planu zagospodarowania „Leśnej” pan radny przekonywał, że Miasto chce się obłowić kosztem działkowiczów, sprzedając deweloperom (znowu ci wstrętni krwiopijcy!) teren ogrodów przy ul. Staszica. Prawda jest zupełnie inna. Uzyskiwane na rynku ceny sprzedaży mieszkań w Świdnicy nie są tak wysokie, jak w dużych miastach. Dlatego żaden deweloper nie wykona we własnym zakresie pełnego uzbrojenia terenu niezbędnego dla powstania osiedli mieszkaniowych. Może to zrobić jedynie Miasto. A niezbędne do tego nakłady przewyższają dochody ze zbycia gruntu. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek zysku dla budżetu. Chodzi raczej o to, żeby jak najmniej z pieniędzy podatników dopłacać do przygotowania terenów potrzebnych dla powstawania nowych domów. Bo mieszkania muszą być budowane, żeby Świdnica mogła się rozwijać. Jednak rozmowy z działkowcami o ewentualnym sukcesywnym przejmowaniu ogrodów rozpoczną się wyłącznie (dopiero) wtedy, gdy wyczerpią się możliwości zabudowy w innych miejscach, tańszych pod względem inwestycyjnym. Jeśli rzeczywiście będzie taka konieczność, to w przyszłości dowolny prezydent i rada miasta będą musieli rozpocząć likwidację ogrodów. Po prostu wymusi to życie. Natomiast zapisy o docelowym przekształceniu działek w tereny budownictwa mieszkaniowego są ważne już dzisiaj z innego powodu. Jeśli ich nie będzie, to za kilkanaście lat wielomilionowe nakłady na uzbrojenie terenu nie będą ponoszone (choćby częściowo) przez dostawców gazu, energii elektrycznej itp., lecz wyłącznie przez Miasto. Miasto, czyli podatników, w tym działkowców, których interesów radni podobno usilnie bronią. Tyle tylko, że według tych radnych piętnaście lat do szmat czasu, a wybory przecież już jesienią. Po co więc zaprzątać sobie głowę odległymi w czasie problemami? Lepiej teraz próbować ugrać kilka głosów zdezorientowanych działkowiczów.

Generalnie, można zauważyć u wielu radnych rozdwojenie jaźni na tle stosunku do pieniędzy. Nieustannie generują pomysły na ich wydawanie, kompletnie nie przejmując się źródłami pokrycia wydatków. Jednocześnie troskę prezydenta o stan budżetu traktują, jako działanie antyspołeczne. Czy takie podejście wynika z niezrozumienia spraw przez część radnych, czy z ich chęci zmanipulowania obywateli populistyczną retoryką.Można mnożyć przykłady niezgodnych z prawdą stwierdzeń i nieuzasadnionych oskarżeń kierowanych przez politycznych konkurentów prezydenta Wojciecha Murdzka i Wspólnoty Samorządowej. Podałem kilka dotyczących planu „Leśnej”.

Jednak nie mam złudzeń, że w miarę zbliżania się wyborów samorządowych ilość jadu i demagogii sączonej do świadomości wyborców przez naszych oponentów będzie stale wzrastać. Ponieważ obywatele Świdnicy traktowani są przez nich jak naiwne dzieciaki, prawdopodobnie wkrótce ogłoszone będą kolejne rewelacje. Pewnie dowiemy się, że prezydent jest wrogo nastawiony do pasażerów komunikacji miejskiej, nauczycieli, emerytów, rowerzystów, przedszkolaków, zieleni miejskiej, szpaków, bezdomnych psów, kotów itp. A ukoronowaniem tych bredni będzie prawdopodobnie zarzut, że wszyscy mieszkańcy zostaną zabici przez telefony komórkowe, których używania prezydent nie zakazuje. Gdy dojdziemy do takiej granicy absurdu, proszę uprzejmie policzyć ilość komórek w swojej rodzinie, a potem ewentualnie zastanowić się, czy tytuł tego wpisu jest uzasadniony i kogo dotyczy.

czwartek, 3 czerwca 2010

Dień pabiedy

Dień pabiedy – tak określano za czasów Związku Radzieckiego (a także później) obchody zakończenia II wojny światowej. Przez lata nadawano tym uroczystościom wielką rangę, zakłamując prawdziwą historię i unikając stawiania pytań, czy pabieda to na pewno zwycięstwo. A działo się to w kraju, w którym wszystko podobno robiono dla człowieka, bo zgodnie z linią partyjnej propagandy człowiek był dobrem najwyższym.

W tym roku 8 i 9 maja spędziłem w naszym partnerskim mieście na Ukrainie. Widziałem defiladę. Mogłem także z bliska przyjrzeć się, jak po prawie 20 latach niepodległości wygląda spuścizna po ustroju, który na sztandarach miał wypisane hasła troski o ludzi pracy oraz prawa kobiet, dzieci i emerytów. Szczerze polecam zwiedzanie tej części Europy. Szczególnie ludziom młodym i tym, którzy przyzwyczaili się narzekać na wszystko i wszystkich. I jedni i drudzy często nie chcą lub nie potrafią rozpoznać ewidentnego fałszu w świecie pozorów tworzonym przez krętaczy i oszustów. Jestem przekonany, że po powrocie będą w dużo większym stopniu odporni na populistyczną demagogię pojawiającą się ilekroć walczący o władzę cynicy (także w lokalnym samorządzie) chcą zjednać sobie ludzi, przedstawiając się jako obrońcy tzw. zwyczajnych obywateli.

Piszę o tym wszystkim, bo nie dają mi spokoju myśli o „dziwnej wojnie”, której poświęciłem poprzedni wpis. Zastanawiam się, w jakim stopniu mieszkańcy Świdnicy podatni są na prostackie chwyty propagandowe, których celem jest przeciwstawienie dobra pojedynczych osób i troski o miasto, jako całość. Prawie zawsze (z absolutnie nielicznym wyjątkami) dylemat taki jest fałszywy. Realnie nie ma go również w planie zagospodarowania przestrzennego dzielnicy „Leśna”. Ale to źle dla zainteresowanych konfliktem bojcom, więc próbują wmówić świdniczanom prawdziwość zmyślonych przez siebie, chwytliwych hasełek.
Najczęściej stosowane przedstawię w następnym wpisie. Ich wspólną cechą jest to, że
pozornie są wyrazem troski o „przeciętnego” obywatela. Jednak doprawdy trudno uwierzyć, że kilka miesięcy przed wyborami samorządowymi właśnie taka szlachetna motywacja spowodowała praktyczną zgodność działań radnych SLD, Platformy i PiS-u, dążących do odrzucenia planu „Leśnej”.

Wyłącznie głosami radnych Wspólnoty Samorządowej planu tego uchwalić się nie da, więc nasi oponenci są w tej chwili górą. Ale moim zdaniem, uzasadnione jest pytanie, czy ta ich obecna przewaga to pabieda, czy zwycięstwo. I kto rzeczywiście wygrywa? Bo niestety, przecież nie Świdnica – nasze wspólne dobro. Sięgając do zupełnie niedawnej przeszłości wiemy, jak życie zweryfikowało dążenia komunistycznych sprzedawców złudzeń i specjalistów od społecznej manipulacji. A przecież z wielką gorliwością zapewniali, że nikomu innemu nie leżą tak bardzo na sercu warunki życia „szarego” człowieka, nikt bardziej niż oni nie przejmuje się ludźmi i nie wsłuchuje się w ich opinie. Czy podobne nuty nie pobrzmiewały w płomiennych, pełnych egzaltacji wystąpieniach części radnych na ostatniej sesji Rady Miejskiej? Słuchając ich miałem nieodparte wrażenie, że chcąc przypodobać się zgromadzonej publiczności, wyraźnie zmierzają w kierunku „demokracji ludowej”. Przecież wbrew faktom, utwierdzali obecnych na sali działkowców w przekonaniu, że ich obawy o przyszłość są uzasadnione, ale SLD, Platforma i PiS będą ich bronić, nawet jeśli nie ma ku temu rzeczywistych powodów. Dzisiaj wiemy, że wszechobecna w poprzednim ustroju gra pozorów nie miała nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, racjonalnością ekonomiczną i rzeczywistym szacunkiem dla człowieka – obywatela? Na Ukrainie, mimo upływu czasu, katastrofalne skutki działania rzekomych obrońców ludu są oczywiste, widoczne na każdym kroku. Dla nas, trochę mniej dotkniętych tym „najlepszym” z ustrojów, mogą stanowić przestrogę przed bezkrytycznym zaufaniem demagogom. Wierzę, że ta lekcja historii jest pouczająca dla roztropnych mieszkańców Świdnicy. Jestem przekonany, że opowiadają się oni za choćby małymi, czasem trudnymi do uzyskania, ale prawdziwymi zwycięstwami, a nie pozorną, ale pełną rozgłosu pabiedą.

wtorek, 18 maja 2010

Dziwna wojna

Gdy myślę o przebiegu ostatniej sesji Rady Miejskiej przychodzi mi na myśl określenie „dziwna wojna”. Dziwna przede wszystkim dlatego, że wywołany konflikt w sprawie planu zagospodarowania przestrzennego dzielnicy „Leśna” właściwie jest pozorny. Dlatego nie powinien budzić wielkich negatywnych emocji, a jednak wywołał je.
Kuriozalność sytuacji polega na tym, że zupełnie bezpodstawnie działacze POD (być może z usprawiedliwionego braku całościowej wiedzy) i część radnych (z czystego wyrachowania) wmówili działkowcom, że pozostali radni i prezydent chcą ich wyrugować z użytkowanych ogrodów. Nic dziwnego, że wywołano psychozę sprzeciwu wobec planu, podczas której prawdziwe informacje nie są w cenie. Wprost wypowiedziała to podczas obrad radna Anna Bielawska ogłaszając, że nie należy w tej sprawie kierować się rozumem, ponieważ wymiana argumentów musi wykazać słuszność prezentowanego planu. A to niedobrze, bo (cytuję): „może wprowadzić rozłam między społeczeństwem i władzą”. Dlatego zdaniem radnej, lepiej zdać się na emocje. Teza to bardzo dyskusyjna, zwłaszcza, gdy pamięta się o powiedzeniu, że gdy rozum śpi, budzą się demony. Dlatego zamiast posługiwać się sloganami, którymi szermował już niejeden demagog, proponuję zastanowić się, czy konfrontacja jest nieunikniona, chociaż podżegaczom wojennym bardzo na niej zależy. Wszakże jeszcze w piątek odebraliśmy w urzędzie telefon od świdniczanki, pytającej co się dzieje, bo sąsiad z ul. Staszica namawiał ją do przyjścia na sesję Rady, gdyż „mają zabierać działki”.

Gdyby część radnych z premedytacją nie głosiła nieprawdy, a działacze POD byli otwarci na argumenty i rzetelnie przekazywaliby je swoim członkom, jasne byłoby, że nikt nikomu nie będzie niczego zabierał przynajmniej z trzech powodów. Po pierwsze, nie ma takiego prawa. Ustawa o pracowniczych ogrodach działkowych jednoznacznie stanowi w art. 17, że likwidacja ogrodu odbywa się za zgodą Polskiego Związku Działkowców. Wbrew użytkownikom ogrodów ani obecna rada, ani następne nie mogą zająć działek, choćby chciały. Po drugie, likwidacja ogrodów przy ul. Staszica byłaby ogromnie kosztowna. Kwota konieczna na same odszkodowania dla użytkowników szacuje się na około 13 mln. Nakłady na uzbrojenie terenu pod budownictwo to około 29 mln. Konieczność przygotowania ewentualnych terenów zastępczych pod działki to kolejne, ogromne sumy. W związku z bardzo ambitnymi planami inwestycyjnymi realizowanymi przez miasto, niemożliwe jest jeszcze przez wiele lat sfinansowanie budownictwa mieszkaniowego w omawianym obszarze. Po trzecie, nie ma takiej potrzeby. Budownictwo mieszkaniowe, na podstawie już obowiązujących planów zagospodarowania przestrzennego, rozwijane będzie najpierw w innych częściach miasta: rejon Bystrzycka-Westerplatte, Parkowa, Sikorskiego, Kraszowice. Nowe budynki powstaną też w śródmieściu i na Zawiszowie. Pomysły dotyczące spornych ogrodów z powyższych powodów będą aktualne dopiero po wyczerpaniu innych rezerw terenowych, bo po prostu nie będzie wtedy innego wyjścia. A wymienione wyżej, bardzo wysokie koszty będą i tak niższe niż budowa w innym miejscu tzw. infrastruktury społecznej (szkoła, przychodnie zdrowia, placówki usługowe i handlowe, kościół, urządzenia rekreacyjne), w tej dzielnicy już istniejącej. Jeśli życie zmusi nas, świdniczan do zmiany funkcji ogrodów przy ul. Staszica, będzie to nieuniknione. Jeśli natomiast nie będzie takiej konieczności, ogrody pozostaną tam gdzie są.

I jeszcze jedna uwaga. Nawet najbardziej zapalczywi działkowcy przyznać muszą, że zainteresowanie uprawianiem ogrodów stopniowo maleje. Od wielu lat nie pojawił się ani jeden wniosek o utworzenie nowych ogrodów. Jednocześnie kilka z nich zostało opuszczonych przez użytkowników, bez żadnej presji ze strony administracji. Demografia jest po prostu nieubłagana. Zmiany pokoleniowe powodują, że obecni działkowicze są coraz starsi, a popyt na działki wśród ich dzieci i wnuków coraz mniejszy. I dlatego odpowiedzialna, realnie oceniająca rzeczywistość władza powinna tworzyć plany zagospodarowania przestrzennego dotyczące obszarów dzisiejszych działek z perspektywą wieloletnią. Głównie dlatego, że na ich podstawie energetyka i gazownicy tworzą wieloletnie plany inwestycyjne, których realizacja w przyszłości odciąży miasto z wydatków na doprowadzenie tych mediów.

Powyższą argumentację negującą pogląd o nieuniknionej konfrontacji dążeń miasta i działkowców można by jeszcze wzbogacić. Sądzę jednak, że osoby patrzące na problem trzeźwo i bez uprzedzeń dostrzegają już sztuczność wywołanego sporu. Natomiast radnym mieniącym się obrońcami ogrodów przypomnę, że obecny projekt planu zagospodarowania wynika wprost z ustaleń studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego przyjętego przez Radę Miasta w lipcu ubiegłego roku. Radni uchwalili je przytłaczającą większością głosów, przy jedynie trzech głosach sprzeciwu. Za przyjęciem formułowanych wtedy przez zarząd POD uwag do studium (bardzo podobnych do przedstawionych obecnie wobec planu) opowiedział się tylko jeden radny! Niespełna rok temu uznano, że nie ma o co toczyć walki, bo racje stron nie są przeciwstawne. Dzisiaj przeciwnie – w części rady dominują nastroje wojenne. A każda wojna, nawet tak dziwna jak ta obecna powoduje rany i straty materialne. Na przykład nieuchwalenie planu w ciągu najbliższych tygodni wykluczy z powodów proceduralnych sprzedaż w tym roku terenów inwestycyjnych przy ul. Zamenhofa/Ceglanej. W rezultacie nasz budżet nie uzyska około 4 mln dochodów, co ma fatalne konsekwencje dla całego miasta. Wiedzą o tym entuzjaści „dziwnej wojny”. Może jednak uważają, że pozyskanie ewentualnych głosów działkowiczów warte jest tych pieniędzy (zwłaszcza, że nie swoich prywatnych) i ryzyka wojennej porażki. Przekonamy się o tym podczas jesiennych wyborów samorządowych. Mam zaufanie, że świdniczanie znakomicie odróżniają demagogię od rzeczywistej troski o dzień dzisiejszy i przyszłość Świdnicy.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Katyń – nasze życie

W czwartek spotkaliśmy się z przyjaciółmi przy kawie. Rozmawialiśmy o sensie Wielkanocy. Jeden z nas wypowiedział pogląd, że współczesny człowiek często stara się za wszelka cenę oddalić myśl o śmierci. A przecież odpowiedzenie sobie na pytanie, czym ona jest, może mieć decydujący wpływ na to, jakie znaczenie ma dla nas nasze życie. Ta rozmowa pozostała wtedy niedokończona. Być może takiej rozmowy w ogóle nie można nigdy zakończyć. W każdym razie, w czwartkowy wieczór jakoś nie dotarło do mnie to, co jest bardziej wyraziste po katastrofie w Smoleńsku. Ta tragedia uświadomiła mi, że zachodzi również relacja odwrotna. Także śmierć, przy całej swej nieogarnionej tajemniczości, bywa wymownym zwieńczeniem, komentarzem do tego, jak żyjemy.

Prezydent Lech Kaczyński oraz towarzyszące mu osoby zmierzały do Katynia, by zaświadczyć o prawdzie i naszej narodowej pamięci. Wszyscy oni, pełniąc różnej rangi role społeczne, byli w służbie dla Ojczyzny. Dla wielu z tych osób przeciwstawienie się trwającej przez lata zmowie milczenia, a bardzo często także kłamstwu dotyczącemu martyrologii Polaków na Wschodzie oraz upominanie się o należną cześć ofiarom nieludzkiego systemu było jednym z najważniejszych wyzwań życiowych. Trudno byłoby znaleźć bardziej przejmujące, trafiające do serca potwierdzenie ich życiowej drogi. Ostatnie tchnienie wydane tuż obok mogił elity społeczeństwa II Rzeczypospolitej jest jej poruszającym, niepodważalnym dopełnieniem.

Oczywiste jest, że to wydarzenie ma przede wszystkim wymiar ludzki. Jest sumą dramatów konkretnych, znanych nam osób, ich rodzin i przyjaciół. Jednak ze względu na okoliczności i symbolizm miejsca uzyskuje także inny wymiar i wywołuje następstwa, wręcz historyczne. Świat, który przez 70 lat nie wiedział, udawał, że nie wie lub nie chciał wiedzieć o wydarzeniach z 1940 roku, może je także teraz zignorować. Jest jednak ogromna szansa, że ofiara życia pasażerów prezydenckiego samolotu stanie się czytelnym znakiem, który przywołując pamięć o historii zamordowanych w Katyniu oficerów, zawsze już będzie wyczerpującym uzasadnieniem naszego pragnienia oraz prawa do wolności, pokoju i solidarności. Ogromny żal, że aby to osiągnąć, płacona jest tak wysoka cena. Zupełnie jak, zachowując niezbędne proporcje, podczas Powstania Warszawskiego. Nie pamiętam już, kto pisał, że barykady na ulicach stolicy usypano wtedy z żywych diamentów narodu.

Wracając do myśli wyrażonej podczas czwartkowej dyskusji z przyjaciółmi, każdy kto tego chce, sam musi zmierzyć się z prawdą o kruchości życia. Jednak stanięcie w prawdzie w obliczu tego problemu daje wiarę w moc przemiany serc. I dzieje się to naszych oczach. Nawet największa nieufność wobec władz Rosji, konfrontuje się z tym, co widzimy. Kierowane do nas przez ich prezydenta i premiera odruchy współczucia oraz gesty szacunku przynoszą nadzieję, że okres wrogości, uprzedzeń i fałszu może zmienić się w normalne współistnienie, pomimo różnic interesów państw. Bardzo życzliwe, wręcz serdeczne reakcje Rosjan, z którymi spotykają się rodziny ofiar, pracujący tam urzędnicy i dziennikarze mogą być zwiastunem, że nadejdzie wreszcie czas ujawnienia prawdy, wybaczenia i rzeczywistego pojednania. Może w końcu przezwyciężone zostanie złowrogie fatum ciążące nad krwawą historią naszych narodów. Bo jeśli nie teraz ma to nastąpić, to kiedy?

Jeśli na poważnie chylimy głowy przed tymi, co polegli w 1940 roku i tymi, co oddali swe życie spiesząc oddać im hołd, weźmiemy naprawdę w swe ręce odpowiedzialność za swe życie. A tym samym za Polskę, która jest jego zasadniczą częścią.

piątek, 2 kwietnia 2010

Wielkanoc

Z tym najważniejszym ze świąt powiązanych jest tak dużo treści i znaczeń. Gdy o tym myślę, przychodzą na myśl różne obrazy. Najpierw chorego Jana Pawła II, mimo wysiłku niemogącego już wypowiedzieć ani słowa, więc błogosławiącego w milczeniu pielgrzymów pod papieskim oknem. Przypomina mi się też scena biczowania z filmu Mela Gibsona. Żołdak sięgający po pejcz, którego ostre końcówki rzemieni rwą w drzazgi nawet blat drewnianego stołu. Dreszcz wywołuje wspomnienie samotnego człowieka zatrzymującego kolumnę czołgów na placu Tian’anmen, podczas pamiętnej masakry demonstrantów. Uśmiecham się do pogodnego oblicza Matki Teresy pochylającej się nad chorymi nędzarzami. Powraca wspomnienie ratowników z narażeniem życia wyciągających rannego, uwięzionego przez kilka dni w rumowisku po trzęsieniu ziemi w Chile. Widzę naszego biskupa podczas wczorajszego obrzędu obmywania nóg w ramach liturgii Wielkiego Czwartku. Do dzisiaj czuję dotyk spracowanej dłoni mojego, nieżyjącego już, taty.

Tyle konkretów, tyle dosłowności i prawdy o człowieku, a jednocześnie przejmującej symboliki dotyczącej naszego życia. Po tym nie ma tu już miejsca na efektowne komentarze, mędrkowanie lub tryb warunkowy:….co prawda, ……jakkolwiek,…..kto wie?...
Pisanki, kurczaki i zające nie muszą być najbardziej kolorowe na świecie, a wierszyki przesyłane e-mailami i sms-ami tak banalne, że nawet nie zabawne. Wystarczy mi pewność Jego obecności w naszym świecie, w życiu tu i teraz, w ludziach, których spotykam. I nic ponadto.

Czytelnikom mojego bloga, zwłaszcza tym krytycznie, a może nawet wrogo nastawionym, składam życzenia prawdziwie radosnych Świąt Zmartwychwstania. Załączam mały prezent. To wiersz ks. Jana Twardowskiego.

O wierze

Jak często trzeba tracić wiarę
urzędową
nadętą
zadzierającą nosa do góry
asekurującą
głoszoną stąd dotąd
żeby odnaleźć tą jedną
wciąż jak węgiel jeszcze zielony
tę która jest po prostu
spotkaniem po ciemku
kiedy niepewność staje się pewnością
prawdziwą wiarę bo całkiem nie do wiary.