poniedziałek, 16 listopada 2015

Trzeci meldunek.


Od piątkowego wieczoru zamachy w Paryżu skupiają powszechną uwagę. Chociaż są ważne, nie chciałbym jednak, aby przesłoniły wydarzenie stokroć ważniejsze, nie tylko dla mnie. W czwartek odbyło się inauguracyjne posiedzenie Sejmu RP.

Jarosław Kaczyński, gdy jasne się stało, że jego partia zdecydowanie wygrała wybory mówił: „Panie prezydencie, melduję wykonanie zadania”. Nawiązał w ten sposób do meldunku sprzed 10 lat, gdy śp. Lech Kaczyński po wyborze na prezydenta, wypowiedział podobne słowa pod adresem prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Dla przeciwników politycznych zdanie to stało się pretekstem do zmasowanego hejtu wobec obu braci. Jak potoczyła się dalsza historia, wszyscy wiemy.

Przywołuję te dwie sytuacje, gdyż mam nieodparte wrażenie, że swoisty meldunek wydarzył się ponownie, choć to słowo nie zostało użyte. Stało się tak za sprawą marszałka seniora otwierającego obrady Sejmu RP VIII kadencji. Gdy słuchałem tego, co mówił i jak mówił Kornel Morawiecki, nie miałem wątpliwości, że w obecnych okolicznościach jego wystąpienie ma wręcz symboliczny charakter. Ktoś taki jak Kornel – niezłomny bojownik, a jednocześnie pokorny sługa prawdy, wolności i solidarności, po tylu latach bycia niejako „żołnierzem wyklętym” tych wartości, miał pełne prawo czuć się jak, ktoś zdający raport. Wobec Sejmu, którego skład, w stopniu tak wielkim, jak nigdy dotąd, zasługuje na miano Sejmu Polski Niepodległej, mógł powiedzieć- Polsko, spełniła się misja mojego życia. Zamiast tego, postawił kilka najważniejszych zadań i pytań sobie (zawsze tak robi), posłom i nam, którym na Polsce zależy.

Wierzę, że poważne i z sercem podjęte wypełnianie tych obowiązków i poszukiwanie dobrych odpowiedzi spowoduje, że jak ujął to Kornel, będziemy prawdziwie użyteczni dla Polski i dla Świata. Dzięki temu będziemy mieli zdolność, między innymi, do właściwej reakcji na doniesienia z Francji.

piątek, 23 października 2015

Na kogo (nie) głosuję.


Gdybym nie miał ugruntowanego poglądu, na kogo warto głosować, od wczoraj wiedziałbym przynajmniej, na kogo głosować nie warto.

Najpierw jadąc samochodem, usłyszałem w radio (PR III) wymianę opinii ministra edukacji i ministra zdrowia na temat drożdżówek w szkolnych sklepikach. Oboje z wielkim przejęciem relacjonowali swe wysiłki na rzecz rozwiązania tego nabrzmiałego problemu. Pomyślałem, że zdecydowanie nie warto popierać rządu, którego ważni członkowie wydają się nie mieć poważniejszych zmartwień niż zażegnanie bułkowego kryzysu, który ten rząd sam wywołał.

Gdy dojeżdżałem do Legnicy, zwróciły moją uwagę przydrożne bilbordy przedstawiające dosyć nietypowo ubranego (jak na standardy wyborcze) kandydata na posła. Nazwisko napisano wielkimi literami – Jacek Kiełb. Przynależność partyjną (Platforma Obywatelska), czcionką tak małą, że musiałem prawie zatrzymać auto, żeby dostrzec tę informację. Pomyślałem, że absolutnie nie warto głosować na ugrupowanie, którego wstydzą się jego przedstawiciele.

Już wcześniej zdecydowałem, że poprę w wyborach do Sejmu RP Prawo i Sprawiedliwość. Jasne, że w polityce, jak i gdzie indziej, nie ma bytów idealnych. Jednego jestem pewien- Jarosław Kaczyński i jego najbliżsi współpracownicy to ewidentni propaństwowcy. Moim zdaniem, niczego nam tak bardzo nie brakuje, jak właśnie państwa, które przynajmniej podejmie poważną próbę skutecznego zadbania o obronność kraju, suwerenną politykę zagraniczną i gospodarczą, sprawne sądownictwo i służbę zdrowia, sensowną edukację i wychowanie. Niestety, w każdej z tych dziedzin rządząca przez 8 lat PO zawiodła. Nie spodziewam się cudów i spektakularnych sukcesów od pierwszego dnia nowych rządów. Jednak chociażby Wiktor Orban na Węgrzech udowodnił, że zmiany na lepsze są możliwe, bez względu na histerię rozpętaną przez ludzi zainteresowanych utrzymaniem stanu marazmu i bylejakości.

Mam jeszcze jeden powód, by głosować na PiS. Jego kandydatem jest Wojciech Murdzek. Nie znam polityka uczciwszego i bardziej rzetelnego. Jego atutem jest również zdolność poszukiwania rozumnego kompromisu także tam, gdzie górę biorą antagonizmy. To ważna cecha i szczególnie użyteczna w Sejmie, gdzie łatwiej o postawy konfrontacyjne niż o porozumienie wokół spraw naprawdę ważnych dla Polski.

W najbliższą niedzielę wszystko już będzie jasne. Życzę każdemu dokonania dobrego wyboru.

 

sobota, 12 września 2015

Liczby i łosie.


Czy Platforma Obywatelska uważa Polaków za durniów? Zastanawiam się nad tym nie po raz pierwszy. Jednak to, co usłyszałem dzisiaj (a bardzo wytężałem słuch) podczas konwencji wyborczej PO spowodowało, że pytanie stało się wyjątkowo aktualne.

Pani premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że wprowadzi „powszechny, sprawiedliwy i prosty” podatek dochodowy PIT na poziomie 10 %. Obecna skala podatkowa to, w uproszczeniu: 18 % dla zarabiających do 7 000 miesięcznie plus 32 % nadwyżki ponad ten próg, dla zarabiających więcej. Wygląda więc na to, że nasze pensje wzrosną, bo mniejszą daninę będziemy płacić państwu. Jednak to nie koniec dzisiejszych rewelacji. Pani Ewa Kopacz zapowiedziała także zniesienie składki na ZUS i NFZ. No, to super!

Pierwsza lampka ostrzegawcza zapala się jednak, gdy mowa jest o dacie wprowadzenia tych dobrodziejstw. Półgębkiem wspomina się coś o roku 2017 lub 2018.  Dlaczego dopiero wtedy, skoro od 8 lat PO sprawuje rządy w Polsce, w tym 5 lat miała swojego prezydenta? Mogła przeprowadzić dowolną reformę fiskalną, a nie ogłaszać rewolucji podatkowej na miesiąc przed wyborami. Nawiasem mówiąc, minister Mateusz Szczurek (od finansów) twierdzi, że to wszystko, co premier zapowiada, jako konkret, jest zupełnie wstępną koncepcją.

 Druga, jeszcze bardziej jaskrawa lampka (a właściwie lampa), zapala się, gdy zastanowimy się nad liczbami. Nie jestem specjalistą od makroekonomii, ale w dobie Internetu łatwo dotrzeć do podstawowych danych. W sieci znalazłem na przykład informację, że w roku 2015 wpływy z podatku PIT szacowano na poziomie 44 miliardów. Jeśli w kieszeniach obywateli ma zostać więcej pieniędzy niż dotychczas, państwo powinno pobrać chyba mniejszą kwotę. Oczywiście, historia zna przypadki, gdy obniżenie stawek podatkowych, paradoksalnie zwiększało wpływy. Klasycznym przykładem jest akcyza na alkohol. O ile jednak, mogą wskutek zmniejszenia obciążeń i ewentualnego upowszechnienia płacenia podatku PIT (ograniczenie szarej strefy) wzrosnąć dochody budżetu? O 10, 20 czy 50 procent? Załóżmy optymistycznie, że zamiast dotychczasowych 44 miliardów, do kasy państwa wpłynie nawet 66 miliardów (co wydaje się abstrakcyjnie wysokim skokiem), czyli o 22 miliardy więcej niż obecnie.

Jednak, ponieważ według zapowiedzi Platformy Obywatelskiej nie będą pobierane składki na ZUS i NFZ, te 22 miliardy powinny wystarczyć na sfinansowanie wydatków na ubezpieczenia społeczne i ochronę zdrowia. Czy jest to możliwe? Zamiast odpowiedzi na pytanie podam dwie liczby. Ze składek odprowadzanych do ZUS w 2015 roku wypłacone mają być emerytury, renty i zasiłki na kwotę 177 miliardów. Na utrzymanie szpitali, leczenie w przychodniach i leki dla chorych mają być wydatkowane składki pobrane na NFZ  w kwocie 66 miliardów. Łącznie z pieniędzy pobranych od Polaków płacących podatki wydatkowana będzie na te dwie dziedziny życia zawrotna suma ponad 240 miliardów.  Czy wymaga jakiegoś komentarza zestawienie liczby 240 i 22? Czy poważny jest ktoś, kto stawia między nimi znak równości?  

 

Na wypadek, gdyby ktoś usiłował tłumaczyć, że ewidentny niedobór środków (218 miliardów!) można uzupełnić przesuwając pieniądze z innych „kieszeni” budżetu państwa, spieszę donieść, że wszystkie dochody budżetu w 2015 roku szacowane są na około 270 miliardów.  Czy w związku z tym, warto jeszcze raz stawiać pytanie o wiarygodność dzisiejszych zapowiedzi  premier Ewy Kopacz i jej stronników?

Jak się zastrzegałem wcześniej, nie jestem ekspertem w dziedzinie ekonomii. Jeśli ktoś potrafi wykazać jakiś zasadniczy błąd w uproszczonym zestawieniu elementarnych liczb, które przedstawiłem, będę wdzięczny za wyprowadzenie mnie z błędnego odczucia. Jakie to odczucie?

W telewizji widziałem reklamę kredytu, w którym zapłacone odsetki podobno wracają do kredytobiorcy jak bumerang. Emitowany jest także inny spot, w którym łosiem okazuje się człowiek, dający się nabrać na mało atrakcyjne oferty ubezpieczeniowe. Moje odczucie, wracając do postawionego wyżej pytania, jest takie, że Platforma Obywatelska traktuje nas, jak stado łosi, a na dodatek trzepniętych w głowę bumerangiem. Czy populacja tych zwierząt  jest w Polsce duża, przekonamy się 25 października podczas wyborów parlamentarnych.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Dziki na klepisku.


Mam wątpliwości, czy prezydent Beata Moskal-Słaniewska, zgodnie ze swoim hasłem wyborczym, rzeczywiście jest bliżej ludzi. Zdecydowanie potwierdziło się jednak, że przynajmniej czasem, bierze pod uwagę to, co mieszkańcy mówią i piszą. Tyle tylko, że reakcja na te głosy  bywa zadziwiająca.

Konkretnie, chodzi mi o skwer przy ul. Franciszkańskiej. Faktem jest, że nie wszystkim podobał się rodzaj nasadzonej tam zieleni, a niektórym także zagłębienia w posadzce skweru kryjące oprawy iluminacji świetlnej. Ostatnio także ja wtrąciłem swe trzy grosze do dyskusji o placu. Dla mnie problemem było kiepskie utrzymanie roślin (jak mogą wyglądać np. trawy można zobaczyć nieopodal, przy hotelu „Fado”). Zwracałem uwagę, że przez brak ich należytej pielęgnacji następuje wręcz totalne zachwaszczenie (wpis na blogu w dn. 26 czerwca „Dziki na chwastowisku”) gazonów i kwater posadzkowych.

Najwyraźniej pani prezydent wzięła sobie do serca głosy obywateli i „pogodziła” wszystkich. Po kilku miesiącach zastanowienia, wybrała styl działania propagowany niegdyś przez pewnego jegościa z Białegostoku – nie będzie niczego. Zdemontowano elementy iluminacji- bo, po co nam takie fanaberie poprzedniej władzy? Wykopano wszystkie rośliny – bo, w jakim celu trudzić się utrzymaniem zieleni wymagającej troski nieco większej niż np. popularne bratki? Zasypano kwatery w posadzce ziemią- bo dlaczego ma być nierówno, skoro, jak widać po śladach zostawionych na powstałych klepiskach, świetnie się chodzi i jeździ po nich na tzw. szagę? Jeszcze jeden drobiazg- przy okazji wykopków zniszczono i pozostawiono nie naprawiona jedną z kamiennych płyt. Ale któż z obecnej władzy przejmował by się czymś, co  „betonuje Świdnicę”?

I co dalej? Nic, pełny spokój. Czy tak zostanie na stałe? Trudno powiedzieć, być może nie. W każdym razie, od trzech tygodni koszmarek przy ul. Franciszkańskiej straszy. Dlatego ludzie, którzy przychodzą tam posiedzieć na ławeczkach lub dać się pobawić dzieciom figurami dzików, z niedowierzaniem pukają się w czoło. Nie mogą się nadziwić, że władza podejmuje tak niedorzeczne decyzje, demolując poprzedni wystrój placu bez zaproponowania niczego w zamian . Dodam od siebie, że fatalny jest także termin, w jakim wykonano „rozwałkę” lub, jak ktoś woli, „ siermiężną urawniłowkę” placu.  Jesteśmy wszakże w pełni sezonu turystycznego. Choćby jutro w świdnickim Rynku zapowiadany jest zlot właścicieli ekskluzywnych samochodów.  Jakie wrażenia odniosą świdniczanie i goście, widząc skwer w obecnej postaci?

Zawsze drażniło mnie, gdy ktoś na wyrost przedstawiał się, jako tzw. głos ludu. Dlatego wyłącznie we własnym imieniu (choć wiem, że podobnie myśli wielu świdniczan), apeluję do pani Beaty Moskal-Słaniewskiej, żeby czym prędzej ponownie nadała skwerowi estetyczny wygląd i charakter miejsca do odpoczynku.

sobota, 11 lipca 2015

Śmieszne rzucanie granatem. Brawo ona.


Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej Beata Moskal-Słaniewska obszernie odpowiadała na pretensje części świdniczan o remont ul. Sikorskiego. Pani prezydent mocno dziwiła się ich reakcjom. Tłumaczyła rzecz oczywistą, że podczas prac występują pewne uciążliwości, ale warto wykazać cierpliwość, bo nowa droga będzie lepsza i bezpieczniejsza.

Przyznam, że po raz pierwszy od dawna zgadzałem się z tym, co mówiła BMS. Wyszło jednak na to, że chyba ona sama przestała się z tym zgadzać. Wysłała bowiem, list do mieszkańców Os. Młodych, których przeprasza z powodu mającej się wkrótce rozpocząć przebudowy ul. L. Zamenhofa, Ceglanej i E. Plater. Treść i forma odezwy sugeruje, że inwestycja ta jest bezsensowna, a projekt techniczny wadliwy. Co najgorsze, z pisma wynika, że miasto, wbrew przekonaniom BMS, zmuszone będzie współfinansować roboty na drodze. Jest to nieprawdą, bo koszty budowy ponosi inwestor stawiający nieopodal galerię handlową.

Skoro jednak, zdaniem BMS dzieje się tragedia, trzeba napiętnować jej sprawców. Pani prezydent zaliczyła do nich Wojciecha Murdzka i mnie. Nie wiem, czy za chwilę wypomni nam także inne zbrodnie. Przyznać muszę, że dopóki rządziliśmy Świdnicą, sporo nabroiliśmy w dziedzinie dróg, także przygotowując kilka zadań na ten rok. Obecna władza właśnie je realizuje lub przystąpi do nich za chwilę. Oczywiście, jeśli po drodze (nomen omen) czegoś nie zepsuje. Dla mniej zorientowanych z pamięci przypominam kilka z tych zadań: przebudowa ul. Sikorskiego, przebudowa ul. Kliczkowskiej, budowa ronda u zbiegu ul. Wałbrzyskiej, Polej Drogi i J. Kochanowskiego, przebudowa ul. Wałbrzyskiej, budowa ul. Sudeckiej (nowe osiedle domów jednorodzinnych pomiędzy ul. Bystrzycką i Westerplatte), przebudowa ul. Spółdzielczej.

 Najwyraźniej BMS pisząc swój list miała intencję „dokopania” nam. Jak wiele innych rzeczy, które robi, wyszło to w stylu komediowo-samobójczym. Przykładem jego stosowania jest zachowanie pewnego dzielnego wojaka, który chciał wykonać atak granatem. Wyciągnął zawleczkę, a potem……..rzucił ją w kierunku  swych wrogów, resztę niebezpiecznego narzędzia zostawiając w dłoni.  

Nie lubię makabry, więc kończę ten tekst. Jednak dla wywołania uśmiechu pani prezydent dedykuję jej swój  pomysł na korektę scenariusza pewnej reklamy, często emitowanej w telewizji.

Ja plus moja historia.

Umiem ruszać uszami.

Umiem zrobić rurkę z języka.

Umiem nie oblizać się po pączku.

Umiem nie rumienić się przy pisaniu bzdur.

Umiem odwracać kota ogonem do góry.

Umiem robić ludziom wodę z mózgu.

Umiem nawet przepraszać, że za cudzą kasę poprawiają się świdnickie drogi.

Umiem strugać z siebie głupka.

Wszystko umiem.

Brawo ja.

wtorek, 7 lipca 2015

Im naprawdę może się udać!


Sobotę spędziłem w Katowicach. Postanowiłem na własne oczy zobaczyć Konwencję Programową PiS i zjednoczonej prawicy,  której tak wiele miejsca poświęcają media. Co o niej myślę?

1.      Zaskoczyła mnie otwartość PiS, mającego opinię wyjątkowo hermetycznego środowiska. Żeby wejść na salę, gdzie odbywały się  panele dyskusyjne, wystarczyło jedynie wpisać się na listę gości. Nikt mnie nie pytał kim jestem i skąd się tam wziąłem. W ciągu minuty otrzymałem identyfikator upoważniający do wejścia na sale obrad oraz książkę zawierającą skróty wystąpień wszystkich panelistów występujących tego dnia.

2.      Nie powiem, że wszystko, co tam słyszałem, budziło mój zachwyt. Przekonałem się jednak, że to środowisko stanowi liczna grupa osób, które same w sobie są osobowościami, a łącznie posiadają ogromny potencjał intelektualny. I wcale wiodącymi postaciami nie byli obecni posłowie lub członkowie tzw. zakonu. Zdecydowanie najbardziej błyszczeli specjaliści, z których tylko część pełni obecnie funkcje polityczne lub publiczne.

3.      Sądząc po zróżnicowanej tematyce paneli i ich wysokim poziomie merytorycznym, wygląda na to, że PiS bardzo poważnie i odpowiedzialnie  przygotowuje się do przejęcia władzy. Oczywiście, dostrzegałem też elementy, odgrywające głównie rolę wizerunkową. Któż jednak tego nie robi? Dla mnie taka konwencja jest zdecydowanie bardziej sensowna niż powtarzające się „produkcyjniaki” w wykonaniu pani premier Kopacz, odwiedzającej kolejne zakłady pracy.

4.      Nie wiem, czy PiS i współdziałające z nim ugrupowania wygrają wybory. Jestem jednak spokojny, że bardzo realistycznie oceniają stan Polski i wiedzą co chcą osiągnąć, zdobywając władzę. Jestem też pewien, że stawiają sobie realizację celów odpowiadających obecnym wyzwaniom i dobrze służących Polsce. Co ważne, sadzę, że w dużym stopniu wiedzą, jak je osiągnąć. Im naprawdę, może się udać!

czwartek, 2 lipca 2015

Pomagam prezydent Beacie Moskal-Słaniewskiej. Bezinteresownie!


Podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej okazało się, że prezydent Beata Moskal-Słaniewska pilnie śledzi moją aktywność w Internecie. Postanowiłem to wykorzystać i poprzez kolejny tekst pomóc jej w ogarnięciu ważnej sprawy. Robię to, bo szkoda mi pani prezydent, gdy publicznie wypowiada niedorzeczności na temat Parku Centralnego, usiłując usprawiedliwić rezygnację z jego rewitalizacji. Nie wnikam, czy nikt z urzędników nie przekazuje  BMS podstawowych informacji, czy może pani prezydent ma dystans do przekazywanej wiedzy. W każdym razie przykro jest obserwować, jak błądzi, żyjąc w obłoku  fałszywych przekonań.

Przede wszystkim chcę jej uświadomić, że nie jest prawdą, jakoby „poprzednia ekipa” nie przygotowała całościowej koncepcji rewitalizacji Parku Centralnego. Kompleksowe opracowanie znajduje się od kilku lat w Urzędzie Miejskim. Jeśli BMS ma kłopot w jego identyfikacji to podpowiem, że chodzi o dokument z wieloma obrazkami. Kilka z nich jest szczególnie charakterystycznych, więc opiszę je, żeby łatwiej było rozpoznać. Takie kolorowe „prostokąciki” ustawione pionowo, to „brama światła”, czyli wejście do parku od strony ul. Sprzymierzeńców vis a vis Szkoły Podstawowej 315. Wielobarwna „harmonijka” ustawiona ukośnie w przestrzeni, to zlokalizowane  obok klubu muzycznego „Łaźnia” zmodernizowane schody pomiędzy dawnym cmentarzem a terenem parku. „Pudełeczka z płotkami” to planowana przystań dla kajaków i miejsce do grillowania.  „Wężyk”’ znajdujący się w okolicach dawnego ogrodu różanego, to kaskada wodna z zamontowanymi na niej stanowiskami dla dzieci, które bawiąc się, w praktyce poznawałyby podstawy hydrotechniki.   „Chałupki” rozsiane wśród drzew przy rondzie, to interaktywne stanowiska badawcze, na których dzieci ( a może i dorośli) dokonywałyby doświadczeń ilustrujących naturę różnych zjawisk przyrodniczych.  Gdyby te wskazówki były niewystarczające dla rozpoznania koncepcji, można szukać obrazków ze zrewitalizowana halą sportową, którą chcieliśmy przekształcić w Interaktywne Centrum Edukacyjne (takie małe „ Centrum Kopernik”). W ostateczności trzeba się rozglądać za  „ptaszkami” unoszącymi się nad kopcem zajmowanym kiedyś przez Światowida. Tego chyba nie sposób pomylić z czymś innym.

 

Nieśmiało zwrócę jeszcze uwagę na inne kolorowe „kratki” zawarte w koncepcji. Każda z nich jest podpisana. Nie pamiętam, być może oprócz słów polskich, umieszczono przy nich także łacińskie wyrazy. Proszę się jednak nie przerażać. Są to nazwy roślin przewidzianych do nasadzenia w miejscach oznaczonych na planie parku kolorami z tychże „kratek”. Piszę to, żeby rozwiać wyrażaną przez BMS obawę o  marginalne potraktowanie przez poprzedników spraw zieleni parkowej.

Jeśli poszukiwania koncepcji zakończą się powodzeniem, warto skupić się na innych ważkich problemach podnoszonych przez panią prezydent. Martwi się ona, jak dojechać lub dojść do Parku Centralnego. Uprzejmie informuję, że jest to wykonalne. Temu służy przede wszystkim zmodernizowana gruntownie ul. Śląska z dogodną ścieżką rowerową. Między innymi w tym celu wykonano w ubiegłym roku przebudowę ul. Pionierów. Z tych samych powodów ułożono nową nawierzchnię chodnika ul. Sprzymierzeńców. Dla pieszych z kierunku pl. Grunwaldzkiego użyteczne będą nowe alejki w zrewitalizowanym Parku Kasprowicza. A integracji przestrzeni parku z sąsiednim terenem rekreacyjnym służy przebudowa wiaduktu na Polnej Drodze oraz planowane do wykonania w tym roku chodniki wzdłuż zalewu.  Przy okazji warto wyprowadzić BMS z błędu, że do obsługi Parku Centralnego kluczowe znaczenia ma ul. Lipowa. Jej rolą jest obsługa przyszłego osiedla mieszkaniowego, które powstanie w okolicach byłego szpitala. W związku z tym budowa tej drogi powinna być traktowana przede wszystkim, jako obowiązek  dewelopera (i przez niego sfinansowana), a nie inwestycję  miasta konieczną do komunikacji z parkiem.

Słusznie BMS troszczy się o miejsca do parkowania samochodów.  Duża ich ilość może być dostępna bezpośrednio po drugiej stronie ul. Śląskiej. Tak przewidywał projekt aquaparku, a potem całościowa koncepcja rewitalizacji terenu OSiR-u. Być może pani prezydent pamięta, że niedawno, podczas spotkania z mieszkańcami Kraszowic mówiłem o tym. To było wtedy, gdy  zebrani usłyszeli, że w Świdnicy nie powstanie żaden aquapark (nawet skromny), bo są pilniejsze potrzeby. Otóż, odniosłem wrażenie, że BMS nie zamierza  brać pod uwagę tej koncepcji, a może nawet jej nie zna. Nawiązuję do tej sprawy, bo istotne jest, żeby parking zbudować z sensem, czyli uwzględnić przyszłościowe zagospodarowanie całości terenu, a w szczególności fakt, że przy ul. Śląskiej można wydzielić atrakcyjną działkę pod zabudowę kubaturową. Parking nie powinien z nią kolidować.

Absolutnie zgadzam się z BMS, że w Parku Centralnym ważna jest woda, a dokładniej jej fatalny stan. Wbrew pozorom nie jest to problem nadmiernie skomplikowany, a jego rozwiązanie absolutnie nie utrudnia prowadzenia prac rewitalizacyjnych na terenie parku. Pod koniec ubiegłego roku spotkałem się z przedstawicielem zarządcy „wody”, który zapewnił mnie, że jeśli miasto sfinansuje oczyszczenie stawów ( w tym wywiezienie mułu) „od ręki” możliwe jest zawarcie stosownego porozumienia. Z oczywistych względów nie mogłem  sfinalizować sprawy, ale nie jest to chyba szczególnie trudne dla pani prezydent, która chętnie opowiada o swych znakomitych relacjach z otoczeniem. Koszt tej operacji nie jest też monstrualny i stanowi ułamek oszczędności, jakie miasto uzyskało wskutek wyjątkowo udanego rozstrzygnięcia przetargu na I etap rewitalizacji parku. Niestety, bez uzasadnionego powodu BMS rozwiązała umowę z tanim i rzetelnym wykonawcą.  

 

Mógłbym jeszcze sporo dodać w sprawie Parku Centralnego, ale kończę, żeby nie nadwyrężać sił pani prezydent, gdy będą jej referowali mój tekst. Żeby było jasne, te życzliwe podpowiedzi sformułowałem całkowicie bezinteresownie. Prezydent Beata Moskal-Słaniewska może z nich korzystać nawet nie wspominając o źródle ich pochodzenia.