sobota, 13 lutego 2016

Wiara w ruski płot.


Jestem inżynierem instalacji sanitarnych i grzewczych. Potrafię policzyć różne rzeczy, choćby zapotrzebowanie ciepła do ogrzewania budynku,  w którym  mieszkam. Nie jest to nic nadzwyczajnego. Wystarczy znać i poprawnie stosować zasady wypracowane przez naukę. Ścisłe trzymanie się jej reguł pozwala także łatwo obronić poprawność tych obliczeń wobec niedowiarków. Gdyby więc ktoś absurdalnie twierdził, że na potrzeby mojej kamienicy konieczne jest wybudowanie np. wielkiej ciepłowni osiedlowej, mógłbym precyzyjnie wykazać, że się myli, choćby taki ktoś miał tytuł profesora dowolnej uczelni. Zrobiłbym to zwłaszcza wtedy, gdyby taki osobnik uporczywie, publicznie głosił, że skoro nie zgadzam się z jego stanowiskiem, to jestem głupcem, kłamcą,  agentem obcego kraju, a nawet współuczestnikiem zbrodni. Oczywiście wściekłbym się wtedy i zmiażdżył go niepodważalnymi argumentami naukowymi i technicznymi. Czy ktoś na moim miejscu zrobiłby inaczej?

Stawiam to pytanie w związku z kontrowersjami dotyczącymi katastrofy smoleńskiej. Grupa ludzi skupionych wokół pana Macierewicza kwestionuje ustalenia i wnioski rządowej komisji badającej to zdarzenie. Stawiają mnóstwo pytań, a niektórzy formułują tezę o wybuchach na pokładzie samolotu. Jeśli wszystko to jest jedną wielką niedorzecznością, dlaczego nie spotyka się z publicznie przedstawioną, wyczerpującą, rzeczową ripostą drugiej strony sporu? Zamiast tego przez poprzednie lata, a także teraz, podejmowane są próby dyskredytacji członków zespołu pana Macierewicza. Twierdzi się, że są ignorantami i oszołomami. Przedstawia się ich jako błaznów badających parówki i puszki od piwa. Przypisuje się im mnóstwo różnych rzeczy, ale nie robi się jednego – najważniejszego. Nie udowadnia się prawdziwości oficjalnie przyjętej wersji wypadków. Przeciwnie, jak ognia unika się jakiejkolwiek poważnej dyskusji.

W czwartek w telewizji widziałem program, w którym pan Jorgensen przypomniał kilka faktów. W Smoleńsku samolot spadł przy niewielkiej prędkości, pod łagodnym kątem na grząski grunt. Powstałe wskutek uderzenia ciśnienie wewnątrz kadłuba było jednak tak wielkie, że zrywało ubrania z pasażerów, a ich ciała rozerwało na strzępy. Niektóre z nich znaleziono głęboko pod ziemią.  Jednocześnie jednak siła z jaką uderzył samolot w ziemię nie spowodowała powstania żadnego śladu na jej powierzchni. Nie powstał krater, lej lub choćby zagłębienie. Specjalnie wzmacniany kadłub upadającego z wysokości kilku metrów samolotu rozpadł się na 60 tys., w większości bardzo drobnych elementów. Dla porównania, podczas słynnego zamachu nad Lockerbie odrzutowiec eksplodował na wysokości 10 kilometrów, ale znaleziono „jedynie” 10 tys. jego szczątków, chociaż szukano zdecydowanie staranniej niż w Smoleńsku.  W reportażu przedstawiono fotografię brzozy, która podobno ucięła skrzydło Tupolewa. Stał przy niej lichy płotek, którego nie naruszył strumień gazów odlotowych z trzech silników odrzutowca. Zestawiono to z filmem pokazującym, że taki ciąg jest w stanie zmieść z powierzchni ziemi sporych rozmiarów autobus.

Być może pan Jorgensen i inni całkowicie się mylą lub działają w złej wierze, twierdząc na podstawie analizy danych opublikowanych przez rosyjski MAK i polską rządową komisję , że oficjalnie podana wersja zdarzeń kłóci się z prawami fizyki. Być może, pomimo pozoru wiarygodności, ich argumenty są jedynie manipulacją. W dziedzinie badania katastrof, jak większość, jestem całkowitym laikiem. Nie znam się na sile nośnej skrzydeł, sile tnącej brzozę lub nity z poszycia samolotu, energii eksplozji paliwa lotniczego, ani, tym bardziej, trotylu. Mam jednak prawo zakładać, że wszystkie te zagadnienia są oczywiste dla uczestników (przynajmniej niektórych) rządowej komisji badającej okoliczności zdarzenia. Dlatego w żaden sposób nie potrafię zrozumieć, dlaczego  nie  obalają tez swych adwersarzy. Wszakże fizyka jest nauką ścisłą. Zatem, cóż jest łatwiejszego niż odwołując się do jej praw, spektakularnie wykazać swoje racje i przy okazji totalnie pognębić przeciwników. Powinno być to banalnie proste, jeśli rzeczywiście, jak wmawiano nam przez lata, eksperci konfrontują się z hobbystami. Wynik takiego starcia powinien być oczywisty.

Dlaczego jednak do niego nie dochodzi? W przywołanym wyżej programie telewizyjnym jest sfilmowana scena, gdy pan Jorgensen rozmawia z panem Laskiem i jeszcze jednym członkiem byłej rządowej komisji badającej katastrofę. Pyta ich o rzeczy, o których pisałem wyżej. Jedyna odpowiedź, jaka słyszy to: nie jesteśmy fizykami i spieszymy się, więc nie możemy dłużej rozmawiać. Jak, przy takim podejściu do sprawy, możemy ufać, że wszystko jest jasne? Czy zamiast twardych dowodów musi nam wystarczyć niezachwiana wiara w trwałość ruskiego płotu?

sobota, 6 lutego 2016

O tym, jak Platforma obwodnicę budowała.


Zgubiłem się, którą to już obwodnicę drogową Świdnicy stara się wybudować Platforma Obywatelska. Pod koniec ubiegłego wieku, czyli jeszcze w epoce przedplatformerskiej, do dzieła przystąpili świdniccy samorządowcy. Co nieco  nawet osiągnęli . A potem, za czasów PO, było tak.

Pierwszą obwodnicę budowano, jeśli dobrze pamiętam, w roku 2009 lub 2010. Wtedy to wrocławski oddział GDDKiA wykorzystał pracę wykonaną wcześniej  przez samorządy lokalne i uzyskał opinię środowiskową niezbędną do wykonania dokumentacji technicznej drogi. Już nawet miał być ogłoszony przetarg na wyłonienie projektanta, ale „centrala” w Warszawie ostatecznie nie wyraziła zgody. Tłumaczono nam, że przeszkodą był brak pieniędzy.

Drugą obwodnicę budowano w latach 2013 i 2014, gdy rząd PO-PSL tworzył Program Budowy Dróg Krajowych na lata 2014-2023. Prawie się udało umieścić naszą inwestycję na liście priorytetów. Niestety, potwierdziło się, że „prawie” robi ogromną różnicę. Był grudzień 2014 roku. Posłowie PO pocieszali nas, że w zasięgu możliwości jest umieszczenie inwestycji na tzw. liście rezerwowej. Najważniejsze jednak, że nie zrażali się niepowodzeniami i dalej walczyli w naszym imieniu.

Dzięki temu robota nabierała tempa. Trzecią obwodnicę, jeśli wierzyć zapewnieniom  wypowiadanym w 2015 roku przez prezydent Beatę Moskal-Słaniewską i posłów PO, to właściwie już niomal wybudowano. W trakcie kampanii wyborczej ogłoszono pełny sukces starań o zdobycie finansowania. Nawet strzelano focha na inicjatywę byłego prezydenta Wojciecha Murdzka, który proponował zorganizowanie akcji poparcia obywatelskiego. Tłumaczono, że to niepotrzebne, bo praktycznie wszystko jest już załatwione. Nie przeszkodziło to chwilę potem, na wniosek pani prezydent BMS i popierających ją radnych, zbierać podpisy świdniczan pod odpowiednią petycją. Wyszło, jak wcześniej.

Dlatego z pewnym zdumieniem dowiedziałem się (dochodze do finału opowieści),  że w ubiegłym tygodniu posłowie PO nieomal zbudowali czwartą obwodnicę Świdnicy. Z rozpędu zamierzali także przy okazji zmodernizować stadion piłkarski, basen pływacki i wyremontować katedrę. Wszystko było na jak najlepszej drodze, ale przeszkodzili im zawistni posłowie PiS, głosując przeciwko stosownemu wnioskowi Platformy do budżetu państwa na rok 2016. Słowem, platformersi chcieli dosłownie ozłocić Świdnicę. I pewnie tak by się stało, gdyby nie….no, wiadomo kto. W informacjach medialnych na ten temat zabrakło mi jedynie wyjaśnienia, dlaczego te wszystkie świetne pomysły były przedmiotem wniosków złożonych w ostatniej chwili obecnemu rządowi, a nie znalazły się w projekcie budżetu przygotowywanym miesiącami przez rząd poprzedni. Czyżby serca pań posłanek Mrzygłockiej i Kołacz-Leszczyńskiej oraz pana posła Siemoniaka (były wicepremier!) wcześniej nie pałały tak wielką miłością do Świdnicy.  Czy dopiero teraz nastąpiła eksplozja ich kreatywności w lobbowaniu na naszą rzecz? Nie, w to nie uwierzę. A zresztą, może i dobrze się stało. Po cóż nam tyle dróg wokół miasta! Czy ktoś policzył choćby, ile kasy poszłoby na zakup wstęg do  przecięcia podczas uroczystych otwarć?

A tak na serio, nie lubię, gdy ludzi traktuje się instrumentalnie lub wręcz, jak idiotów. Dwanaście lat byłem wiceprezydentem Świdnicy, a wcześniej cztery lata radnym. Polską rządziły różne koalicje.  Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek jakieś zadanie dotyczące naszego miasta umieszczone było wprost w ustawie budżetowej, z natury rzeczy dotyczącej całego państwa.  Żenujące jest składanie przez PO wniosków do budżetu nie mających żadnej szansy uzyskania aprobaty, a potem pokazywanie palcem tych, którzy rzekomo uniemożliwili przyjęcie tych wniosków. To działanie poniżej klasy, którą dotychczas prezentowały  wyżej wymienione osoby. Nie popieram ich partii, ale znam i szanuję, jako posłów. Dlatego zdecydowanie wolałbym, żeby nie psuli swojego wizerunku, opowiadaniem głupstw na temat wielkiego zaangażowania na rzecz Świdnicy i sugerowaniem braku takiego zaangażowania u innych parlamentarzystów. Oczekuję, że pomogą miastu tam, gdzie mogą realnie wpływać na decyzje. To wystarczy.

niedziela, 17 stycznia 2016

Nic nowego


Pani Bieńkowska jest jednomyślna z innymi komisarzami KE, że Polskę trzeba objąć nadzorem unijnym w zakresie praworządności. Pan Tusk sugeruje, żeby na ten temat dyskutować także w Radzie Europy. „Głos Platformy Obywatelskiej będzie słyszalny w Brukseli” zapowiedział pan Neumann szef klubu parlamentarnego PO w związku z debatą zapowiadaną w Parlamencie Europejskim. Pan Lis po skrajnie krytycznych wypowiedziach o sytuacji w Polsce dla mediów niemieckich zapowiada podobne w telewizjach amerykańskich i szwedzkich.

Wystarczająco wielu ludzi, w bardziej lub mniej trafny i wyważony  sposób, komentowało umiędzynarodawianie polskich sporów politycznych. Nie byłbym oryginalny, gdybym zrobił to samo. Dlatego zwrócę tylko uwagę, że właściwie nie mamy do czynienia z niczym nowym. Poniżej kilka wyjątków z pewnego manifestu. Mam nadzieję, że pomimo anachroniczności języka, treść jest w pełni zrozumiała.

Czy to nie przypomina skargi na „brunatny kaczyzm”?

„Żądamy wolności, narodowi naszemu przyzwoitej, bo w niej przodkowie nasi od wieków żyli, bośmy się w niej porodzili i umierać chcemy. Żądamy spokojności wewnętrznej, trwałego z sąsiadami pokoju, bo szczęśliwości, bezpieczeństwa własności, nie zamieszania wojen szukamy. Żądamy sobie utwierdzić rząd republikański, bo do innego przywyknąć nie zdołamy, bo inny niepokój i ruinę przynieść nam tylko może”.

Czy podobnie nie brzmią nawoływania do poszanowania „europejskich wartości” i uwzględniania zależności od Brukseli?

„Sprawiedliwość próśb naszych, świętość traktatów i sojuszów, które ją łączą z Rzeczpospolita, a nade wszystko wielkość jej duszy pewną nam dają nadzieję nieinteresownej, wspaniałej, jednym słowem, godnej jej dla nas pomocy”.

Czy nie równie płomiennej retoryki używają mówcy podczas demonstracji KOD-u?

„Bracia nasi, wołamy do was! Wznosimy ręce nasze do was, za tą wspólną Ojczyzną, która ginie, a którą wy zachować możecie, nie idzie tu o nas tylko, zginiecie i wy, gdy Rzeczpospolita ginąć będzie, pomnijcie, iż gdzie się sadowi tyrania, tam na czas zwlec zgon swój można, ale go nie uniknąć, później czy prędzej wszystko, co tchnie wolnością, pod ciężarem despotyzmu upaść musi.”

 

Nie wiem, co myślą o nas w Europie, jeśli znani Europejczykom Polacy przekazują tego rodzaju „prawdę” o Polsce (politycy PO zapowiedzieli mówienie w PE tylko prawdy!). Poczekajmy spokojnie,  jaka będzie reakcja unijnych instytucji.

Jeśli ktoś jest zainteresowany  całością tekstu, z którego pochodzą powyższe cytaty, powinien szukać   dokumentu napisanego 27 kwietnia 1792 roku w jednej z ważnych europejskich stolic. Nie, nie była to Bruksela. Proklamację tę oficjalnie ogłosili narodowi przedstawiciele polskiej „elity” parę tygodni później w małej nadgranicznej miejscowości o nazwie Targowica.

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015

Ostatni dzień, nieostatnie słowo.


Ostatni dzień w roku- dobry czas na spojrzenie wstecz. Świat prywatności zostawiam dla siebie i tych, którzy w nim już są. Tutaj kilka myśli i ocen tego, co „publiczne”, choć także mnie dotyczące.

Największą satysfakcją 2015 roku było dla mnie uchwalenie Ustawy o rewitalizacji. To dobre prawo i, jak się podkreśla, przyjęte w absolutnej harmonii przez zwalczające się na co dzień ugrupowania parlamentarne. Jest ono bardzo wysoko oceniane także przez organizacje pozarządowe oraz środowisko samorządowców. Jądrem – najistotniejszą częścią tej ustawy jest rozdział zatytułowany „Specjalne strefy rewitalizacyjne”. W nim właśnie zawarto najważniejsze przywileje i ułatwienia (jest ich naprawdę sporo) przysługujące miastom prowadzącym proces rewitalizacji.  Powodem mojej cichej radości jest, że wymyśliłem tę koncepcję. Jako pomysłodawca specjalnych stref rewitalizacyjnych zostałem przedstawiony podczas dużej konferencji podsumowującej prace legislacyjne zorganizowanej w październiku w Warszawie przez Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju, Związek Miast Polskich oraz Śląski Związek Gmin i Powiatów. Zaproszono mnie do grona osób prezentujących podczas tej konferencji wybrane zagadnienia dotyczące ustawy. Niewiele osób wie, że po raz pierwszy swój pomysł przedstawiłem podczas Kongresu Regionów (to drobny przyczynek do rozważań o celowości organizowania tej imprezy). Ideę uznano za ciekawą i wykorzystano w takim stopniu, że większość proponowanych przeze mnie konkretnych rozwiązań jest dziś obowiązującym prawem. Z uwagą będę śledził efekty jego praktycznego stosowania. Oczywiste, że najbardziej ciekawi mnie, jaki użytek zrobią z niego rządzący Świdnicą, skoro zapowiadają wielkie działania rewitalizacyjne. Na razie są one nieco niemrawe, ale może to tylko trudny początek.

Na plus mijającego roku zapisuję też to, że w Świdnicy zrealizowano sporo ważnych inwestycji, w których przygotowanie włożyłem wiele serca i energii, gdy byłem wiceprezydentem miasta. Przyznam szczerze - szkoda mi trochę, że przemilczana jest rola „ekipy Murdzka”,  która wręcz „na talerzu” zostawiła swym następcom przebudowę ul. Kliczkowskiej, Sikorskiego, kończonego właśnie ronda i mostu na Wałbrzyskiej,  budynku mieszkalnego na Spółdzielczej i innych. Jednak opinie niektórych klakierów obecnej władzy w stylu: „teraz to się buduje, nie tak, jak za Murdzka” raczej budzą we mnie uczucie politowania wobec autorów, niż irytacji na nich. Przecież faktów się nie zmieni nawet najbardziej zmasowaną propagandą. Dobrym przykładem tej prawdy jest przebudowa ul. Zamenhofa. Dzisiaj, gdy widać efekt końcowy prac, uciszyli się krytycy tej inwestycji, w tym pani prezydent, która wcześniej bardzo starała się ją zastopować.

Oczywiście, jestem rozczarowany, że bez racjonalnego uzasadnienia nowa władza zaniechała realizacji szeregu dobrych zamierzeń swych poprzedników. Pewnie napiszę o tym, następnym razem. Warto to zrobić tym bardziej, że stopień zachwytu obecnej władzy nad sobą jest przeogromny. Na jednym z portali ukazał się obszerny wywiad, w którym pani Beata Moskal-Słaniewska mówi wprost: „Nie cofnęłabym żadnej decyzji”. Moim zdaniem, rok jej rządów przyniósł także dobre decyzje (np. zwiększenie wydatków na remonty kamienic). Jednak tak buńczuczne oświadczenie pani prezydent możliwe jest tylko w sytuacji, gdy w praktyce absolutnie i bezwzględnie „trzyma za twarz” świdnickie media i jest pewna, że żadne z nich nie odważy się poddać takich jej twierdzeń w wątpliwość. Jeśli ktoś nie zgadza się z oceną stopnia podporządkowania mediów niech spojrzy na wspomniany portal. Od lat na zlecenie i koszt Urzędu Miasta zamieszczane są na nim rozmowy prezydenta i radnych na temat pracy Rady Miejskiej. W czasie prezydentury Wojciecha Murdzka konsekwentnie przestrzegaliśmy zasady, żeby w kluczowych sprawach zapewnić głos przedstawicielom opozycji. Między innymi Beata Moskal-Słaniewska korzystała wielokrotnie z takiej możliwości wypowiedzenia się. A dzisiaj? Wszystkie trzy rozmowy na temat najważniejszej uchwały w roku - budżetu na 2016 przeprowadzone są wyłącznie z panią prezydent, jej zastępcą i bezwarunkowo popierającymi ich przewodniczącym rady.  Czy w poprzedniej kadencji taka sytuacja byłaby do pomyślenia? Czy jest potrzeba pisania na ten temat czegoś więcej?

Mimo wszystko z optymizmem patrzę w przyszłość.  Przez lata wspólnym wysiłkiem mieszkańców zapewniliśmy dobre podstawy dalszego rozwoju miasta. Obecnie władza jest w rękach ludzi, z którymi w wielu fundamentalnych sprawach się nie zgadzam. Liczę jednak, że także oni wniosą swój dobry wkład w budowanie pomyślności Świdnicy. A ja, będąc obecnie nieco z boku, pisząc na swoim blogu, postaram się wskazywać alternatywę dla podejmowanych przez nich decyzji.  Czy to im pomoże, nie wiem. Za to jestem pewien, że nie zaszkodzi Miastu i moim Czytelnikom, którzy chcieliby wiedzieć coś więcej, niż wynika z urzędowych komunikatów. Życzę Państwu wiele dobra i radości w Nowym Roku.

 

 

 

poniedziałek, 16 listopada 2015

Trzeci meldunek.


Od piątkowego wieczoru zamachy w Paryżu skupiają powszechną uwagę. Chociaż są ważne, nie chciałbym jednak, aby przesłoniły wydarzenie stokroć ważniejsze, nie tylko dla mnie. W czwartek odbyło się inauguracyjne posiedzenie Sejmu RP.

Jarosław Kaczyński, gdy jasne się stało, że jego partia zdecydowanie wygrała wybory mówił: „Panie prezydencie, melduję wykonanie zadania”. Nawiązał w ten sposób do meldunku sprzed 10 lat, gdy śp. Lech Kaczyński po wyborze na prezydenta, wypowiedział podobne słowa pod adresem prezesa Prawa i Sprawiedliwości. Dla przeciwników politycznych zdanie to stało się pretekstem do zmasowanego hejtu wobec obu braci. Jak potoczyła się dalsza historia, wszyscy wiemy.

Przywołuję te dwie sytuacje, gdyż mam nieodparte wrażenie, że swoisty meldunek wydarzył się ponownie, choć to słowo nie zostało użyte. Stało się tak za sprawą marszałka seniora otwierającego obrady Sejmu RP VIII kadencji. Gdy słuchałem tego, co mówił i jak mówił Kornel Morawiecki, nie miałem wątpliwości, że w obecnych okolicznościach jego wystąpienie ma wręcz symboliczny charakter. Ktoś taki jak Kornel – niezłomny bojownik, a jednocześnie pokorny sługa prawdy, wolności i solidarności, po tylu latach bycia niejako „żołnierzem wyklętym” tych wartości, miał pełne prawo czuć się jak, ktoś zdający raport. Wobec Sejmu, którego skład, w stopniu tak wielkim, jak nigdy dotąd, zasługuje na miano Sejmu Polski Niepodległej, mógł powiedzieć- Polsko, spełniła się misja mojego życia. Zamiast tego, postawił kilka najważniejszych zadań i pytań sobie (zawsze tak robi), posłom i nam, którym na Polsce zależy.

Wierzę, że poważne i z sercem podjęte wypełnianie tych obowiązków i poszukiwanie dobrych odpowiedzi spowoduje, że jak ujął to Kornel, będziemy prawdziwie użyteczni dla Polski i dla Świata. Dzięki temu będziemy mieli zdolność, między innymi, do właściwej reakcji na doniesienia z Francji.

piątek, 23 października 2015

Na kogo (nie) głosuję.


Gdybym nie miał ugruntowanego poglądu, na kogo warto głosować, od wczoraj wiedziałbym przynajmniej, na kogo głosować nie warto.

Najpierw jadąc samochodem, usłyszałem w radio (PR III) wymianę opinii ministra edukacji i ministra zdrowia na temat drożdżówek w szkolnych sklepikach. Oboje z wielkim przejęciem relacjonowali swe wysiłki na rzecz rozwiązania tego nabrzmiałego problemu. Pomyślałem, że zdecydowanie nie warto popierać rządu, którego ważni członkowie wydają się nie mieć poważniejszych zmartwień niż zażegnanie bułkowego kryzysu, który ten rząd sam wywołał.

Gdy dojeżdżałem do Legnicy, zwróciły moją uwagę przydrożne bilbordy przedstawiające dosyć nietypowo ubranego (jak na standardy wyborcze) kandydata na posła. Nazwisko napisano wielkimi literami – Jacek Kiełb. Przynależność partyjną (Platforma Obywatelska), czcionką tak małą, że musiałem prawie zatrzymać auto, żeby dostrzec tę informację. Pomyślałem, że absolutnie nie warto głosować na ugrupowanie, którego wstydzą się jego przedstawiciele.

Już wcześniej zdecydowałem, że poprę w wyborach do Sejmu RP Prawo i Sprawiedliwość. Jasne, że w polityce, jak i gdzie indziej, nie ma bytów idealnych. Jednego jestem pewien- Jarosław Kaczyński i jego najbliżsi współpracownicy to ewidentni propaństwowcy. Moim zdaniem, niczego nam tak bardzo nie brakuje, jak właśnie państwa, które przynajmniej podejmie poważną próbę skutecznego zadbania o obronność kraju, suwerenną politykę zagraniczną i gospodarczą, sprawne sądownictwo i służbę zdrowia, sensowną edukację i wychowanie. Niestety, w każdej z tych dziedzin rządząca przez 8 lat PO zawiodła. Nie spodziewam się cudów i spektakularnych sukcesów od pierwszego dnia nowych rządów. Jednak chociażby Wiktor Orban na Węgrzech udowodnił, że zmiany na lepsze są możliwe, bez względu na histerię rozpętaną przez ludzi zainteresowanych utrzymaniem stanu marazmu i bylejakości.

Mam jeszcze jeden powód, by głosować na PiS. Jego kandydatem jest Wojciech Murdzek. Nie znam polityka uczciwszego i bardziej rzetelnego. Jego atutem jest również zdolność poszukiwania rozumnego kompromisu także tam, gdzie górę biorą antagonizmy. To ważna cecha i szczególnie użyteczna w Sejmie, gdzie łatwiej o postawy konfrontacyjne niż o porozumienie wokół spraw naprawdę ważnych dla Polski.

W najbliższą niedzielę wszystko już będzie jasne. Życzę każdemu dokonania dobrego wyboru.

 

sobota, 12 września 2015

Liczby i łosie.


Czy Platforma Obywatelska uważa Polaków za durniów? Zastanawiam się nad tym nie po raz pierwszy. Jednak to, co usłyszałem dzisiaj (a bardzo wytężałem słuch) podczas konwencji wyborczej PO spowodowało, że pytanie stało się wyjątkowo aktualne.

Pani premier Ewa Kopacz zapowiedziała, że wprowadzi „powszechny, sprawiedliwy i prosty” podatek dochodowy PIT na poziomie 10 %. Obecna skala podatkowa to, w uproszczeniu: 18 % dla zarabiających do 7 000 miesięcznie plus 32 % nadwyżki ponad ten próg, dla zarabiających więcej. Wygląda więc na to, że nasze pensje wzrosną, bo mniejszą daninę będziemy płacić państwu. Jednak to nie koniec dzisiejszych rewelacji. Pani Ewa Kopacz zapowiedziała także zniesienie składki na ZUS i NFZ. No, to super!

Pierwsza lampka ostrzegawcza zapala się jednak, gdy mowa jest o dacie wprowadzenia tych dobrodziejstw. Półgębkiem wspomina się coś o roku 2017 lub 2018.  Dlaczego dopiero wtedy, skoro od 8 lat PO sprawuje rządy w Polsce, w tym 5 lat miała swojego prezydenta? Mogła przeprowadzić dowolną reformę fiskalną, a nie ogłaszać rewolucji podatkowej na miesiąc przed wyborami. Nawiasem mówiąc, minister Mateusz Szczurek (od finansów) twierdzi, że to wszystko, co premier zapowiada, jako konkret, jest zupełnie wstępną koncepcją.

 Druga, jeszcze bardziej jaskrawa lampka (a właściwie lampa), zapala się, gdy zastanowimy się nad liczbami. Nie jestem specjalistą od makroekonomii, ale w dobie Internetu łatwo dotrzeć do podstawowych danych. W sieci znalazłem na przykład informację, że w roku 2015 wpływy z podatku PIT szacowano na poziomie 44 miliardów. Jeśli w kieszeniach obywateli ma zostać więcej pieniędzy niż dotychczas, państwo powinno pobrać chyba mniejszą kwotę. Oczywiście, historia zna przypadki, gdy obniżenie stawek podatkowych, paradoksalnie zwiększało wpływy. Klasycznym przykładem jest akcyza na alkohol. O ile jednak, mogą wskutek zmniejszenia obciążeń i ewentualnego upowszechnienia płacenia podatku PIT (ograniczenie szarej strefy) wzrosnąć dochody budżetu? O 10, 20 czy 50 procent? Załóżmy optymistycznie, że zamiast dotychczasowych 44 miliardów, do kasy państwa wpłynie nawet 66 miliardów (co wydaje się abstrakcyjnie wysokim skokiem), czyli o 22 miliardy więcej niż obecnie.

Jednak, ponieważ według zapowiedzi Platformy Obywatelskiej nie będą pobierane składki na ZUS i NFZ, te 22 miliardy powinny wystarczyć na sfinansowanie wydatków na ubezpieczenia społeczne i ochronę zdrowia. Czy jest to możliwe? Zamiast odpowiedzi na pytanie podam dwie liczby. Ze składek odprowadzanych do ZUS w 2015 roku wypłacone mają być emerytury, renty i zasiłki na kwotę 177 miliardów. Na utrzymanie szpitali, leczenie w przychodniach i leki dla chorych mają być wydatkowane składki pobrane na NFZ  w kwocie 66 miliardów. Łącznie z pieniędzy pobranych od Polaków płacących podatki wydatkowana będzie na te dwie dziedziny życia zawrotna suma ponad 240 miliardów.  Czy wymaga jakiegoś komentarza zestawienie liczby 240 i 22? Czy poważny jest ktoś, kto stawia między nimi znak równości?  

 

Na wypadek, gdyby ktoś usiłował tłumaczyć, że ewidentny niedobór środków (218 miliardów!) można uzupełnić przesuwając pieniądze z innych „kieszeni” budżetu państwa, spieszę donieść, że wszystkie dochody budżetu w 2015 roku szacowane są na około 270 miliardów.  Czy w związku z tym, warto jeszcze raz stawiać pytanie o wiarygodność dzisiejszych zapowiedzi  premier Ewy Kopacz i jej stronników?

Jak się zastrzegałem wcześniej, nie jestem ekspertem w dziedzinie ekonomii. Jeśli ktoś potrafi wykazać jakiś zasadniczy błąd w uproszczonym zestawieniu elementarnych liczb, które przedstawiłem, będę wdzięczny za wyprowadzenie mnie z błędnego odczucia. Jakie to odczucie?

W telewizji widziałem reklamę kredytu, w którym zapłacone odsetki podobno wracają do kredytobiorcy jak bumerang. Emitowany jest także inny spot, w którym łosiem okazuje się człowiek, dający się nabrać na mało atrakcyjne oferty ubezpieczeniowe. Moje odczucie, wracając do postawionego wyżej pytania, jest takie, że Platforma Obywatelska traktuje nas, jak stado łosi, a na dodatek trzepniętych w głowę bumerangiem. Czy populacja tych zwierząt  jest w Polsce duża, przekonamy się 25 października podczas wyborów parlamentarnych.